Wymyślono go przy Okrągłym Stole: miał być gwarantem, że proces transformacji nie wymknie się spod kontroli, nie doprowadzi do wyjścia Polski z Układu Warszawskiego i nie zagrozi najważniejszym interesom partii komunistycznej. Do których wtedy – w 1989 r. – partia ta zaliczała wciąż utrzymanie się przy władzy. Plan jednak szybko okazał się nieaktualny.
Prezydent w czasie transformacji
Powstał niekomunistyczny rząd, a następnie wybuchła „wojna na górze”, której uczestnicy uznali, że o tym, kto ma być w nowej Polsce najważniejszy, zadecydować należy w pojedynku – to znaczy w wyborach bezpośrednich. W ten sposób stołek stracił generał Wojciech Jaruzelski, a prezydentura po wyborach w 1990 r. wpadła w ręce Lecha Wałęsy, przy okazji uzyskując najmocniejszą możliwą legitymację. Wałęsa nie miał jednak własnej partii i zajął się zwalczaniem wszystkich istniejących.
Niezależnie od jego osobowości, przyznać trzeba, że kształt, jaki nadano urzędowi głowy państwa przy Okrągłym Stole, nie nadaje się do prowadzenia jakiejkolwiek innej polityki niż negatywna. Jej wpływ na rząd jest niewielki, podobnie rzecz ma się z możliwościami inicjowania polityki legislacyjnej. Prezydent to po prostu wybierany w wyborach powszechnych nadzorca parlamentu, w zasadzie wbrew idei trójpodziału władzy (skoro to parlament ma być wyrazicielem woli suwerena).
Znaczenie prezydenckiego weta
W połowie lat 90. Polska była o krok od wprowadzenia systemu parlamentarno-gabinetowego: przygotowany w II kadencji Sejmu projekt Konstytucji znacząco okroił urząd prezydenta z jego uprawnień, np. pozbawiając go weta. Tyle że w 1995 r. wybory wygrał Aleksander Kwaśniewski, a tracący poparcie postkomuniści zmienili zdanie – w Konstytucji z 1997 r. weto pozostawiono, nieznacznie je tylko osłabiając.
Zwalczanie rządu wpisane było jednak w modus operandi tego urzędu nie tylko w czasach kohabitacji: pamiętamy przecież „szorstką przyjaźń” Kwaśniewskiego z Millerem, choć obaj pochodzili z jednego obozu. Niezależnie od walki o rząd dusz w środowisku elity postkomunistycznej, jej podłożem był fakt, że prezydent poza utrudnianiem życia rządowi niewiele może zrobić.
Rozwiązaniem tego problemu okazało się uzależnienie prezydenta od partii. Stworzony w 2001 r. z inicjatywy Ludwika Dorna system ich finansowania z budżetu ustabilizował scenę polityczną w Polsce, ale uniemożliwił wygranie wyborów prezydenckich bez przeprowadzenia kampanii kosztującej 20-30 mln zł. Takimi funduszami w naszych realiach dysponuje tylko partia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















