Agata Kaźmierska, Wojciech Brzeziński: Kilka godzin po zestrzeleniu rosyjskich dronów pojawiły się zarzuty, że SMS-y od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa dotarły do ludzi dopiero rano, jak było już po wszystkim. Że państwo znów nie zadziałało tak, jak powinno.
Paulina Piasecka: Te wiadomości nie miały ostrzegać przed atakiem dronów, tylko przed tym, co z tych dronów zostało po zestrzeleniu. A to znaczy, że wiadomości pojawiły się wtedy, kiedy powinny. Można oczywiście pytać, czy wcześniej nie powinno się pojawić ostrzeżenie, że te drony lecą. Tylko jak taki SMS miałby brzmieć? „Nie wychodźcie z domów”? W środku nocy większość ludzi i tak w nich była, a taki komunikat tylko by pobudził ciekawość i zapewne, przynajmniej niektórzy, z domów by powychodzili. Efekt byłby więc odwrotny do zamierzonego.
A co właściwie powinniśmy zrobić, gdyby w środku nocy rzeczywiście dotarły do nas SMS-y z ostrzeżeniem, że nadlatują drony?
Coś, co stoi w absolutnej sprzeczności z naszym narodowym instynktem: powinniśmy zachować się dokładnie tak, jak państwo nam mówi, że mamy się zachować.
Trudno ufać państwu, jeśli regularnie mamy poczucie, że w czasie kryzysów nas zwodzi. Podczas pandemii jednego dnia słyszeliśmy, że maseczki nie zapobiegają zakażeniu, następnego – że najlepsze są plastikowe półmaski, a zaraz potem, że półmaski są bez sensu i trzeba nosić szmaciane. Przykłady można mnożyć.
Tu tkwi sedno problemu: społeczeństwo nie ufa państwu, a państwo nie umie komunikować zagrożeń w taki sposób, żeby nie wywoływać paniki i jednocześnie traktować obywateli jak sojuszników.
Kilka lat temu, gdy największym zagrożeniem był terroryzm, prowadziliśmy kampanię informacyjną, która uczyła, że w systemie antyterrorystycznym zasobem jest każdy. Dziś, w obliczu ryzyka ze strony wojny hybrydowej, należałoby uczyć, że każdy jest – a przynajmniej powinien być – zasobem w systemie bezpieczeństwa państwa.
Co to znaczy?
Że każdy powinien mieć świadomość potencjalnych zagrożeń i wiedzieć, jak się w ich obliczu zachowywać, by nie stać się źródłem jeszcze większych zagrożeń.

Trzeba być przygotowanym zarówno na to, jak działać, zanim jeszcze zareaguje państwo, jak i na to, jak zachować się, gdy rozpocznie ono akcję antykryzysową. Eksperci nazywają to – dość paskudnie, ale trafnie – „zdolnością absorpcji pomocy”. Chodzi o to, byśmy potrafili początkowo poradzić sobie sami, a później współpracować ze służbami ratowniczymi i innymi instytucjami, zamiast „plątać się im pod nogami”.
Powódź czy pandemię mamy już „przećwiczone” i mniej więcej wiemy, jak reagować. Konflikt z Rosją, szczególnie teraz, gdy eskaluje, jest całkiem inny.
Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że działania, które wobec nas prowadzi Rosja, toczą się przede wszystkim w naszych głowach. To właśnie tam przebiega linia frontu – być może najważniejsza w tej wojnie. I wyjątkowo często pokrywa się ona z linią podziałów i napięć w naszym spolaryzowanym społeczeństwie.
Rosjanie bardzo starannie wybrali to miejsce, bo my sami chętnie podważamy zaufanie do własnego państwa i jego instytucji. Przykład? W latach 90. policja, uważana wówczas za spadkobierczynię aparatu bezpieczeństwa PRL, zaczęła mozolnie odbudowywać zaufanie wśród obywateli. Ogromny wysiłek, w tym m.in. walka z przestępczością zorganizowaną, sprawił, że zawód policjanta zaczął odzyskiwać szacunek. W pewnym momencie ten kapitał został jednak roztrwoniony w rozgrywkach partyjnych, a policji użyto do spraw, które naturalnie budzą emocje. Po czymś takim trudno się dziwić, że ludzie nie słuchają funkcjonariuszy, gdy ci proszą np. o odsunięcie się od miejsca wypadku.
W jaki sposób Rosja nas rozgrywa?
Central European Policy Analysis Institute już w 2016 r. opublikował raport, który pokazywał, jak Polacy są rozgrywani przeciwko sobie i swojemu państwu w ramach rosyjskich operacji informacyjnych. Wskazano, że Kreml nie musi nawet wprowadzać nowych narracji – wystarczy, że wykorzystuje już istniejące. Bywało to wręcz groteskowe, choć absolutnie nie śmieszne, gdy do polskiej memosfery trafiały obrazki z hasłami w rodzaju: „Ej, Paliaki, wyobrażacie sobie, że ktoś wam przyjdzie z pomocą? Zostaniecie jak zwykle sami”.
Dziś prowadzone są przeciwko nam działania długofalowe i znacznie poważniejsze, oparte na faktycznie istniejących w Polsce emocjach. Stąd wspierane przez Rosję narracje, takie jak: „to nie nasza wojna”, czy „rządzący służą obcym interesom”. Im mocniej utrwala się taki sposób myślenia, tym łatwiej postrzegać polityków nie jako służących państwu i jego obywatelom, ale jako agentów, którzy rozkradają majątek albo oddają kraj pod cudze panowanie. Choćby „europejskiego sowchozu” – tak właśnie narracje rosyjskie próbują przedstawiać Unię Europejską, podważając sens naszych międzynarodowych sojuszy.
Które z tych narracji są najgroźniejsze?
Amerykanie opisują środowisko informacyjne – czyli obszar, w którym toczy się wojna kognitywna – w trzech wymiarach. Pierwszy to wymiar fizyczny, czyli nośniki informacji: gazety, telewizja, media społecznościowe. Drugi to wymiar „datacentryczny” – przestrzeń cyfrowa i wirtualna, w której te informacje krążą. I wreszcie trzeci, najważniejszy: wymiar kognitywny, czyli nasze umysły, przekonania i postawy. To one decydują, jak reagujemy na bodźce informacyjne.
Operacje prowadzone w tej ostatniej sferze są niezwykle złożone. Mogą polegać na podważaniu zaufania do państwa albo do sojuszy międzynarodowych. Co trzeba zrobić, żebyśmy zaczęli patrzeć na partnerów – sojuszników czy instytucje międzynarodowe – jak na wrogów? Świetnym narzędziem jest ksenofobia: narracje mówiące, że jesteśmy inni, lepsi, że trzeba się odciąć od „obcych”. Bardzo skuteczne są też hasła antyimigracyjne, które trafiają w czułe punkty dużych grup społecznych.
Co jeszcze przydaje się Rosjanom?
Często wskazuje się, że przygotowanie wojny hybrydowej jest tym łatwiejsze, im bardziej spełnione zostaną warunki wstępne: spadek wiarygodności administracji publicznej, nasilający się konflikt wewnętrzny, istnienie partykularnych grup interesów podatnych na zewnętrzne wsparcie. A jeśli spojrzymy na całość naszej debaty publicznej i posłuchamy tego, co mówią politycy – nie będę wymieniać nazwisk – którzy w chwili, gdy Polska staje się celem rosyjskich dronów, opowiadają, że prawdziwym zagrożeniem jest ekonomiczna wojna z Niemcami, to trudno nie zadać sobie pytania, czy naprawdę chodzi im o bezpieczeństwo i stabilność Rzeczypospolitej.
Tylko co w takiej sytuacji może zrobić zwykły obywatel?
Pierwszą rzeczą, którą powinien zrobić, jest policzenie do dziesięciu i wzięcie głębokiego oddechu, zanim zareaguje. Znakomita część rosyjskich operacji ma na celu wywołanie reakcji, najczęściej powiedzenia, czy zrobienia w emocjach tego, co od razu przychodzi człowiekowi do głowy. To właśnie w ten sposób przeciwnik sprawdza, gdzie będzie mógł następnym razem uderzyć jeszcze celniej.
Podam przykład, jak takie operacje działają. Kiedy w internecie zaczęło huczeć od informacji, że w bankomatach wkrótce zabraknie pieniędzy, ludzie rzucili się, żeby je wypłacać. A ponieważ ilość gotówki w bankomatach jest analizowana i na tej podstawie są one zasilane, gdy na gwałt zaczęto wypłacać pieniądze, rzeczywiście ich w bankomatach zabrakło. To z kolei stało się paliwem dla internetowych podszeptów, że pierwsza informacja okazała się prawdziwa, a druga jest taka, że system ekonomiczny państwa upada.
W sytuacji, gdy społeczeństwo staje się celem tego typu operacji, musimy po prostu starać się budować społeczną odporność na panikę, którą ktoś próbuje w nas zasiać.
A jest kraj, w którym taką odporność udało się zbudować? Mamy z kogo brać przykład?
Są państwa z dobrą tradycją komunikacji kryzysowej, ale nawet tam system nie zawsze działa bezbłędnie. W Wielkiej Brytanii przez dziesięciolecia budowano BBC, która miała być wolna od wpływów politycznych i obdarzona społecznym zaufaniem. Mimo to rosyjskie narracje przed głosowaniem w sprawie brexitu weszły jak nóż w masło.
Złotych recept więc nie ma?
Każde państwo musi szukać rozwiązań dostosowanych do własnego społeczeństwa, ale jak długo nie zbudujemy systemu, w którym obywatele czują się traktowani jak poważny partner, a państwo komunikuje zagrożenia w sposób transparentny i wiarygodny, będziemy przegrywać w wojnie hybrydowej z Rosją. Piłka jest po stronie rządu i administracji, ale także po stronie wszystkich aktorów życia publicznego. Zabrzmi to pewnie jak frazes, ale odpowiedzialność za słowo, w szczególności w obszarze bezpieczeństwa państwa, dotyczy wszystkich.
W USA Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego publikuje listy, poradniki oraz instrukcje dotyczące tego, jakie rzeczy każdy obywatel powinien zgromadzić czy jak ma reagować na fizyczne zagrożenia. A w Polsce?
U nas hasło „plecak ewakuacyjny” najczęściej kojarzy się z reklamą drogiego zestawu, który ktoś próbuje nam sprzedać.
Nie jestem przeciwniczką plecaków ewakuacyjnych. Ale to państwo, a nie jakieś firmy, powinno nam powiedzieć, jak mamy taki plecak przygotować. Im więcej państwo nam powie, jak możemy zadbać o swoje bezpieczeństwo, tym mniej będziemy podatni na manipulacje.
W każdym domu powinien być plecak ewakuacyjny, ale bynajmniej nie dlatego, że spodziewamy się przedzierania po nocach z latarkami czołowymi przez bagna, tylko dlatego, że panika to reakcja na nieznane, z którym nie umiemy sobie poradzić. Jeżeli mam przekonanie, że wiem, co robić i sobie poradzę w trudnej sytuacji, to będę reagować znacznie spokojniej, gdy zagrożenie rzeczywiście się pojawi. Będę też ze znacznie większą intelektualną stabilnością czekać na instrukcje od mojego państwa. A z pewnością nie będę panicznie reagować na wszystko, co mi się wyświetli w internecie.
Skoro nie ma państwa, które może nam świecić przykładem całościowo, to może przynajmniej są kraje, które mają jakieś wyjątkowo udane rozwiązania?
W Estonii działa Liga Obrony Cyberprzestrzeni, która ma swoją genezę w 2007 r., kiedy Rosjanie – w odpowiedzi na decyzję o przeniesieniu pomnika czerwonoarmisty, tzw. Żołnierza z Brązu – zaatakowali kraj cybernetycznie. Wówczas do obrony zorganizowali się ludzie, którzy mają kompetencje w branży IT, pracują w prywatnych firmach i zapewne państwa nie byłoby stać, żeby płacić im tyle, ile tam zarabiają.
Od tego czasu Estonia ma w razie potrzeby do dyspozycji armię ludzi, którzy na co dzień zajmują się cyberbezpieczeństwem i są w stanie w bardzo krótkim czasie reagować na zagrożenia. Co więcej: każdy może do nich dołączyć, a państwo zapewnia dodatkowe szkolenia i odpowiednie struktury, by wiedza i umiejętności każdego obywatela mogły być wykorzystane dla dobra wspólnego. Estończycy rozumieją, że w cyberprzestrzeni każdy może i powinien być zasobem. I nie jest to tylko puste hasło, ale element systemu bezpieczeństwa, w którym państwo i obywatele wzajemnie się wspierają. Nie chodzi ani o „obawę przed wrogiem”, ani o „panikowanie”, ale o racjonalną odpowiedź na realne zagrożenie.
Nie reagować spontanicznie na polityczne awantury. Nie kupować gotowego plecaka ewakuacyjnego, tylko skompletować go samemu. Co jeszcze można dla siebie zrobić?
Śledzić informacje, które są przekazywane przez instytucje bezpieczeństwa państwa, jak RCB czy MSW. Sprawdzić – na stronach rządowych są takie informacje – jak w danej sytuacji reagować na zagrożenia.
Kto ma czas, żeby samemu znaleźć i przeczytać te wszystkie instrukcje? Czy to nie obowiązek państwa, żeby nam to powbijać do głów? Na przykład, żebyśmy wiedzieli, że kiedy nagle wyłączą prąd i przestaną działać telefony, choćby z powodu cyberataku, to najważniejsze komunikaty usłyszymy w Polskim Radiu?
Mimo że bezpieczeństwem zajmuję się od lat, byłam zaskoczona, kiedy się dowiedziałam, że dźwiękowe systemy ostrzegawcze – te nadawane przez syreny, których rodzajów musieliśmy się uczyć na przysposobieniu obronnym – dziś są zupełnie inne. Jesteśmy społeczeństwem niedoinformowanym w kwestii tego, jak będziemy poinformowani o zagrożeniach, mimo że to element systemu bezpieczeństwa.
Z tym doinformowaniem społeczeństwa wiąże się jednak pewien paradoks. Jeśli bowiem za największe zagrożenie uznaje się teraz niestabilność wywołaną paniką, to uruchomienie wielkiej kampanii typu „przygotujcie się na koniec świata” samo w sobie może wywołać panikę. Kluczowe jest więc to, czy państwo wie, kiedy powinno zintensyfikować komunikację z obywatelami i doedukować ich w kwestii, jak się będzie z nimi komunikować, gdy za największe zagrożenie zostanie uznane coś innego.
Zmęczenie wojną w Ukrainie nie osłabia naszej gotowości?
Z jednej strony możliwe, że wiara w to, że u nas w Polsce nic złego się nie wydarzy, jest sposobem na zachowanie zdrowia psychicznego, ale z drugiej zachowujemy się, jak byśmy mieli syndrom gotującej się żaby. Ze zdumieniem słuchałam ostatnio osób dyskutujących o tym, że rosyjskie drony wleciały do Polski, które traktowały te informacje na zasadzie: „no, wlecieli, ale wylecieli”. Oczywiście ludzie nie mogą wpadać w amok przy każdym sygnale zagrożenia, ale musimy umieć racjonalnie oceniać, co i w jakim stopniu nam grozi. A to wymaga opracowania nie tylko systemu komunikowania się ze społeczeństwem, ale też formułowania komunikatów tak, by nie wywołując paniki, motywować ludzi do działania. Na razie tego u nas nie ma.
Nie ma też racjonalnych postaw obywateli?
Kilka dni temu rozmawiałam z mężczyznami, którzy twierdzili, że powinniśmy pójść z Rosją na wojnę, „bo NATO przykryje Rosję czapkami”. Na pytanie, czy są gotowi iść na front, moi rozmówcy odpowiadali, że nie, bo od tego są zawodowi żołnierze, którzy dostają za to pieniądze. Czyli mają nas bronić inni, my sami mamy nie robić nic.
To pokazuje, że chociaż czujemy się zagrożeni, nie czujemy się osobiście odpowiedzialni za nasze państwo. Nie czujemy z nim związku na tyle silnego, by uznać, że mamy również wobec niego obowiązki. I tu nie chodzi o zaufanie do takiego czy innego polityka i do tego, jak jesteśmy rządzeni, tylko o to, na ile cenimy nasz język, historię, tradycję. Jeśli tego w nas nie ma, możliwe, że jest to największe ze zwycięstw Kremla.

Dr PAULINA PIASECKA jest dyrektorką Centrum Badań nad Terroryzmem i prorektorką ds. dydaktycznych Uniwersytetu Civitas. Zajmuje się nauką o bezpieczeństwie, wojną i zagrożeniami hybrydowymi.
Jak być odpornym
- Zanim zareagujesz na informację, która wzbudza silne emocje – najczęściej strach albo wściekłość – sprawdź, czy jest prawdziwa. Zweryfikuj, czy podają ją wiarygodne źródła. Jeśli tak, przeczytaj uważnie i samodzielnie wyrób sobie opinię. Pamiętaj: twoja reakcja też jest elementem systemu obrony, a spokój działa jak tarcza.
- Myśl długofalowo. Rosyjska wojna hybrydowa to maraton, nie sprint. Wygrywa wytrwałość. Przygotuj sobie plan: co zrobię, jeśli zabraknie prądu, internetu, albo gdy nie zadziała bankomat. To daje poczucie kontroli w chwili kryzysu.
- Jeśli chcesz się dowiedzieć więcej, wpisz w wyszukiwarkę „ministerstwo spraw wewnętrznych poradniki”. To krótkie materiały – część informacji, które zawierają, pewnie już znasz, ale pozwolą ci usystematyzować wiedzę. Na stronie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa znajdziesz natomiast „Poradnik na czas kryzysu i wojny”, gdzie opisano m.in., jak przygotować plecak ewakuacyjny.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















