Problemy sądownictwa: kto może być w Polsce legalnym sędzią

W polskim sporze o praworządność Unia i jej Trybunał Sprawiedliwości są ostatnim bastionem zdrowego rozsądku. W Polsce nie wykazuje go żadna ze stron.
Czyta się kilka minut
Siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu // Court of Justice of the European Union
Siedziba Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu // Court of Justice of the European Unio

Wyrok TSUE przesądził właśnie, że niedopuszczalne jest odmawianie tzw. neo-sędziom statusu sędziego wyłącznie na tej podstawie, że nominowani zostali w wadliwej procedurze przez „ziobrowską” Krajową Radę Sądownictwa. Oznacza to, że jedno z głównych założeń, do których odwoływali się zwolennicy „przywrócenia praworządności”, upadło: neo-sędzia to też sędzia. 

A czy sprzeniewierzył się niezawisłości, trzeba oceniać indywidualnie, w kontekście konkretnej sprawy. Ale po kolei. Bo dziś – po 9 już latach – wiele osób przyjmuje za oczywistości rzeczy, które wcale oczywiste nie są.

Zmiany wprowadzane przez PiS w sądownictwie od 2017 r. zwykle opisywane są przez ich przeciwników jako obarczone zasadniczą wadą: sprzeczności z konstytucją. Ich zwolennicy z kolei zaklinają, że wszystko było w porządku, powołując się na wyroki Trybunału Konstytucyjnego

Tymczasem zasadniczy problem polega nie na naruszeniach konstytucji, lecz na fundamentalnej nieuczciwości, jaką podszyte są działania obu stron. Zarówno ziobrystom, jak i „obrońcom praworządności” chodzi bowiem – mam wrażenie – o coś innego, niż deklarują.

Pozbawieni wpływu polityków, ale za to hermetyczni

Dziewięć lat temu Zbigniew Ziobro twierdził, że proponowane przezeń reformy służyć mają zwiększeniu społecznej kontroli nad sądownictwem i uczynieniu sprawiedliwości bardziej dostępną, w szczególności przez przyspieszenie postępowań. I z jakichś powodów wierzył, że realizacja tych celów nie będzie możliwa bez wymiany większości składu Sądu Najwyższego.

Wymiany takiej nie dało się przeprowadzić bez drastycznej zmiany przepisów, regulujących działalność SN i Krajowej Rady Sądownictwa. I takie przepisy, po zamieszaniu wywołanym prezydenckim wetem (po którym Andrzej Duda wniósł własne projekty ustawy, niewiele różniące się od poprzednich), uchwalono.

Problem, jak dla mnie, nie polega na tym, że przepisy te „gwałciły konstytucję”. One gwałciły uczciwe zasady gry. W myśl których, jeśli umówiliśmy się na demokrację, to jej elementem jest niezawisłość sędziów i niezależność sądownictwa. 

Są to, nawiasem mówiąc, dwie różne rzeczy: w niezawisłości sędziego chodzi o to, żeby nie był kolegą twojego przeciwnika w procesie, a w niezależności sądownictwa o to, żeby polityk nie mógł zbyt łatwo decydować o tym, kto zostanie sędzią, bo wtedy sędzią mógłby zostać jego kolega i nie bylibyśmy pewni, czy jest niezawisły w sprawach tego polityka dotyczących. 

W myśl naszej konstytucji, gwarantem tej niezależności miała być KRS. Było to rozwiązanie wymyślone jeszcze przy Okrągłym Stole, które miało służyć do czegoś innego, niż ostatecznie posłużyło. Pierwotnie bowiem KRS wymyślono po to, żeby PZPR nie mogła nominować sędziów, stąd też ukształtowano ją tak, aby to środowisko sędziowskie wybierało swoich przedstawicieli bez udziału polityków. 

Potem PZPR zniknęła, ale KRS została, i o tym, kto może zostać sędzią, decydowali wyłącznie inni sędziowie (będący członkami KRS). 

A o tym, kto może zostać członkiem KRS, decydowali również sędziowie, w nieczytelnej z zewnątrz procedurze. Spowodowało to, że w Polsce rzeczywiście zafunkcjonowała hermetyczna kasta. Model ten miał zalety (brak wpływów politycznych na sądownictwo), ale miał też wady, do których należał podnoszony przez ziobrystów brak mechanizmów odpowiedzialności wobec społeczeństwa. 

Jak PiS dokonał gwałtu na elementarnej uczciwości

Dlatego uważam, że pomysł, aby 15 sędziów-członków KRS wybierali nie sędziowie, lecz Sejm, nie był sam w sobie zły. 

I pod pewnymi warunkami mógłby nawet zostać uznany za zgodny z konstytucją. Bo ta w art. 187 nie mówi wprost, kto ma wybierać sędziów, wchodzących w skład KRS. Owszem, z konwencjonalnej wykładni językowej tego przepisu wychodzi, że 1) nie wiadomo, kto ma tych 15 wybrać, 2) raczej nie jest to Sejm (bo on jest wskazany w kolejnym punkcie, jako wybierający inną kategorię członków KRS).

Konstytucja to akt prawny znacznie bardziej podatny na interpretację niż ustawy. Gdyby gracze polityczni uzgodnili na arenie sejmowej dużą większością, że wybiorą tych 15 sędziów, a Trybunał Konstytucyjny to zaakceptował, to uważałbym, że taka wykładnia jest akceptowalna jako konsekwencja ponadpartyjnego konsensusu.

Ale takiego konsensusu nie było. PiS uchwalił nową ustawę o KRS w 2017 r. przy donośnym oporze pozostałych partii. Ustawę przyklepał TK, który w wyniku wcześniejszego kryzysu był już obsadzony sędziami wybranymi przez PiS. A nieszczęsną piętnastkę – głosami wyłącznie posłów PiS – wyłoniono w procedurze urągającej przyzwoitości. Listę kandydatów PiS ustalił sobie tak, jak chciał. A raczej jak mógł, bo na ok. 10 tys. sędziów znalazło się – uwaga – raptem 18, którzy gotowi byli kandydować.

I to właśnie było gwałtem: na elementarnej uczciwości. Rzecz bowiem nie w pytaniu, czy wybór 15 sędziów przez Sejm jest poprawny od strony formalnej, a raczej w pytaniu, czy chcemy państwa, w którym jedna partia może zdominować organ decydujący o nominacjach sędziowskich.

Czy wyroki neo-sędziów są ważne

Neo-KRS zaczęła powoływać kandydatów na sędziów, na wszystkich szczeblach: od Sądu Najwyższego do rejonowych. Łącznie ponad 2 tys. osób. Czy wszystkie te nominacje były upolitycznione? 

Niektóre na pewno, zwłaszcza na wyższych szczeblach: SN, sądów apelacyjnych. Niżej – już niekoniecznie. Nie sądzę, żeby Ziobrę (i neo-KRS, będącą de facto wykonawcą jego woli) szczególnie obchodziło, kto będzie sądził spór o miedzę w Limanowej.

Sytuację tę prawnicy, z typowym dla siebie teologicznym zacięciem, zaczęli jednak rozpatrywać w kategoriach metafizycznych: czy neo-KRS w ogóle istnieje? Czy jeżeli nie istnieje (bo obsadzono ją sprzecznie z konstytucją), to czy jej nominacje są ważne? A jeżeli nie są – to kim jest taki neo-sędzia i czy wydany przez niego wyrok obowiązuje?

Gdyby takie rozumowanie wziąć serio, oznaczałoby to, że nie istnieją też setki tysięcy wydanych w tym czasie wyroków. Słowem: że cały nasz system prawny się rozsypał.

A przecież udzielenie odpowiedzi „nie” na pierwsze pytanie niekoniecznie pociąga za sobą konieczność odpowiedzi „nie” na pozostałe. Wyroki wydane przez neo-sędziów mogą być ważne, natomiast jeżeli sprzeniewierzyli się niezawisłości w konkretnej sprawie (o co można ich w niektórych wypadkach podejrzewać), to należałoby ich pociągnąć do odpowiedzialności dyscyplinarnej, a samą sprawę powtórzyć przed wolnym od podejrzeń sędzią.

Iustitia, Bodnar i Żurek – jaka jest ich rola

Inna sprawa, że ci, którzy lansowali teorię „totalnej nieważności wszystkiego” – przeważnie sędziowie starszego pokolenia zrzeszeni w stowarzyszeniu „Iustitia” – nie byli tak zupełnie bezinteresowni. Spór o praworządność był też bowiem sporem o przywileje; o to, z jakiej grupy składać się będzie środowisko tzw. sędziów pałacowych, rozstrzygających najważniejsze sprawy, mających realny wpływ na kształt wymiaru sprawiedliwości.

W walce o jak najdalej idące cofnięcie wszystkiego, co stało się pod rządami Ziobry, „Iustitia” posunęła się o jeden most za daleko: jej sympatycy zaczęli w sądach wyższych instancji uchylać wyroki wydane przez neo-sędziów, powołując się wyłącznie na argument, że wyrok taki jest nieważny, bo neo-sędzia nie jest sędzią. 

Dlaczego temu środowisku tak bardzo zależało na zachowaniu mechanizmu odpowiedzialności zbiorowej? Dlaczego ministrowie Bodnar i Żurek nie chcieli zgodzić się na mechanizm indywidualnego weryfikowania (na wniosek strony), czy konkretny sędzia sprzeniewierzył się w konkretnej sprawie, tylko chcieli „lustrować” wszystkich neo-sędziów hurtem?

Będąc politologiem, nie mogę traktować tego sporu inaczej niż w kategoriach walki o władzę i status. Ziobrowska rewolucja była złamaniem reguł gry w podwójnym sensie: naruszyła zasadę niezależności sądownictwa, ale też zdruzgotała stare hierarchie, wokół których formowała się sędziowska elita – niestety, zastępując je mechanizmem awansu w zamian za dyspozycyjność polityczną.

Kim są absolwenci szkoły sądownictwa 

Absolwenci działającej od 2009 r. Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury (stworzyła scentralizowany system kształcenia sędziów oraz mechanizm „automatycznej” asesury i pierwszej nominacji sędziowskiej dla jej absolwentów) znaleźli się w tej walce między młotem a kowadłem. Czy ich również należy automatycznie zdegradować, skoro stanowią większość wśród neo-sędziów?

Elity skupione wokół „Iustitii” dążą do przywrócenia modelu, w którym to one decydują o karierach. Jeśli dla „KSSiP-owców” skłonne są zrobić wyjątek i zostawić na stanowiskach, to jednocześnie poddając ich ostracyzmowi, w wypowiedziach publicznych czyniąc z nich swego rodzaju sędziów drugiej kategorii. 

Jak powiedziałby Pierre Bourdieu, to klasyczna przemoc symboliczna, obliczona na obniżenie statusu tej grupy. W nowym-starym (czyli przywróconym starym) systemie, zdominowanym przez dawnych sędziów pałacowych, absolwenci KSSiP pozostaną „ciałem obcym”. W ten sposób hierarchia starej elity zostanie zachowana, a jej władza umocniona.

I na tym, moim zdaniem, polega nieuczciwość strony „demokratycznej i praworządnej”. 

Koncepcja „nieważności wszystkiego” nie wzięła się z przywiązania do konstytucji, tylko z potrzeby obrony grupowego interesu. A pomysł, by unieważnić wszystkie powołania sędziowskie dokonane po 2018 r. po to, by następnie zrobić wyjątek dla określonej grupy, ale za cenę jej delegitymizacji, uważam za naruszenie standardów państwa prawa nie mniejsze niż to, którego dopuścili się ziobryści.

Dobrze, że ten pomysł spotkał się z dezaprobatą TSUE. Tak samo zresztą, jak dobrze się stało, że ten sam Trybunał postawił wcześniej tamę zapędom Ziobry. 

Źle, że żadna ze stron sporu nie chce tego uznać. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Unieważnić wszystko