Jak naprawić Kościół? Oni znaleźli sposób na kryzysową sytuację

Różnorodność to siła – mówią członkowie tworzących się oddolnie grup religijnych. Zmagają się z pytaniami o stan Kościoła i nie chcą być z nimi sami.
Czyta się kilka minut
Spotkanie modlitewne // Fot. Roman / stock.adobe.com
Fot. Roman / stock.adobe.com

Zaczęło się na schodach – mówi Agnieszka. Razem z mężem Adamem i synem Dominikiem wprowadzili się w zeszłym roku do nowego mieszkania w Poznaniu. Nikogo w okolicy nie znali: ona jest z innej części miasta, on – Polski. Budynek duży, mieszkań sporo, sąsiedzi mówią sobie „dzień dobry” i tyle.

W parafii dzieje się niewiele. Chodzą na mszę w większość niedziel, choć nie jest im łatwo z tym, co dzieje się w Kościele w Polsce i na świecie. Nie jest im łatwo także w tym konkretnym kościele. – Proboszcz jest zamknięty, jakby zastygł w czasie. Niczego nie zmienia, robi minimum, przy tych samych okazjach powtarza niemal identyczne kazania, budynki parafialne są pozamykane – opowiada Adam. – Czasami trzeba się bardzo postarać, żeby pamiętać, że w najgłębszym sensie we mszy chodzi o co innego. Dostajemy więc Eucharystię, ale strawy w postaci Słowa tu nie uświadczysz – dodaje Agnieszka.

Początki wspólnoty religijnej

Mogliby jeździć gdzie indziej, ale z małym dzieckiem nie zawsze pozwala im na to logistyka. Są też przywiązani do idei bycia w Kościele lokalnym takim, jaki jest. Do tej pory próbowali przetrwać. Nie czuli się wystarczająco pewnie, by działać na rzecz zmiany.

A później, w styczniu 2024 r., zagadnął ich na klatce Paweł. Ma żonę Kamilę i trójkę dzieci: Hannę, Jana i Zofię.

– Jakkolwiek to zabrzmi, postanowiłem z nimi porozmawiać, bo tylko oni i my oznaczyliśmy swoje drzwi po 6 stycznia. A w klatce jest ponad dwadzieścia mieszkań – mówi. – Przedstawiłem się, zaprosiłem na ciasto i kawę.

Agnieszka i Adam ucieszyli się, że kogoś poznali. Dominik i Jan są w podobnym wieku, co też ułatwiło wspólne spędzanie czasu. Dużo rozmawiali o dzieciach, opowiedzieli sobie, skąd są, gdzie pracują. W końcu Paweł przyznał, dlaczego ich zagadnął. – Nie chciałem, żeby uznali mnie za dewota, który ocenia ludzi po krzyżyku na szyi. Rzecz nie w tym, że z nikim innym z klatki nie chcemy gadać, ale w tym, że chcieliśmy mieć z kim pogadać o wierze, Piśmie świętym, o parafii – wspomina.

Agnieszka i Adam przyjęli to zwyczajnie. Szybko okazało się, że wszyscy mają ten sam problem z chodzeniem do parafii, że chcieliby czegoś innego dla swoich dzieci, że potrzebują z kimś porozmawiać o tym, w jakim miejscu na swojej duchowej drodze są, a także o kryzysie Kościoła. Od słowa do słowa zdecydowali, że będą się spotykać dwa razy w miesiącu, żeby rozmawiać.

Czasem punktem wyjścia jest artykuł, czasem fragment z Pisma Świętego, innym razem rozdział z książki, czasem jakieś wydarzenie. Po miesiącu Kamila zaproponowała, by na koniec spotkania wspólnie się modlili. Na początku było dziwnie – przyznają – potem stało się to zupełnie naturalne.

Dzieci w czasie rozmów się bawią, czasem same o coś pytają lub dopowiadają.

– Im dłużej tego doświadczam, im więcej rozmów przenosi się ze spotkania na kolejne dni, tym mocniej wzrusza mnie, że syn może zobaczyć we mnie osobę w drodze. Że mogę mu pokazać, że wszyscy szukamy, i możemy szukać razem. A niekiedy jego uwagi są niebywale trafne, dotykające istoty. Dają światło – mówi Adam. Agnieszka dodaje: – Wszyscy zmagamy się z pytaniami o stan naszej wspólnoty: tej małej i całego Kościoła. Fajnie nie być z nimi samemu, a nawet tylko w rodzinie. To pomaga nie stracić nadziei.

Katolik czyli kto?

Szybko okazało się, że wiele ich różni. Są po różnych stronach politycznego sporu. Na wiele spraw w państwie i Kościele – politykę migracyjną, prawa osób LGBT+, podatki, kapłaństwo kobiet – patrzą zupełnie inaczej. Czytają inne media. Gdy to odkryli, początkowo obawiali się, czy rzeczywiście uda im się rozmawiać. Dziś zgodnie przekonują, że się tego nauczyli, choć nie było to łatwe.

– Przyznaję, myślałem pakietowo. Że skoro mają „C+M+B” na drzwiach, to znajdę w nich ludzi, z którymi będę mógł się utwierdzać w moich przekonaniach, które w wielkomiejskim środowisku są coraz słabiej reprezentowane – przyznaje Paweł. – A znalazłem coś znacznie lepszego: głęboką wspólnotę mimo różnic, możliwość usłyszenia kogoś myślącego odmiennie, z którym łączy mnie to, co w moim spojrzeniu na świat najważniejsze: relacja z Chrystusem.

Nie chcą niczego formalizować ani nazywać, mówią, że słowo „wspólnota” jest na wyrost, choć od dwóch miesięcy jest ich więcej. Paweł i Kamila zaprosili znajomych mieszkających dwie ulice dalej, dojeżdża też znajomy Agnieszki z jej poprzedniego miejsca zamieszkania. Zajmuje mu to pół godziny w jedną stronę, ale uważa, że warto.

– Nie potrzebujemy nazwy, ramy. Po prostu spotykamy się, by rozmawiać i wspólnie się modlić. To taki nasz mały Kościół międzydomowy – mówi Paweł. – Budujemy go na trudnej nadziei, że da się być razem, że można traktować swoje chrześcijaństwo poważnie, że pośród szalejącego sztormu, jaki przeżywa Kościół, głównie z własnej winy, Jezus może do nas przyjść po wodzie. W końcu jest nas w tej łódeczce malutko, ale jednak więcej nawet niż „dwóch lub trzech”, prawda?

Różnorodność to siła wspólnoty religijnej

– Spotykamy się po domach, bo potrzebujemy przestrzeni innej niż kościelna – opowiada Aneta.

Co dwa tygodnie widzą się w dziewięć osób, za każdym razem u kogo innego. Wspólnie czytają Pismo, biorąc „na warsztat” kolejne fragmenty ksiąg. Przeczytali już Księgi Rodzaju, Wyjścia, Hioba, Izajasza oraz część listów Pawła. Teraz czytają Dzieje Apostolskie. Za każdym razem jedna osoba robi wprowadzenie. Dzieli się wnioskami z poszukiwań biblistycznych – o symbolach, oryginalnym brzmieniu słów, historii księgi i tak dalej – ale przede wszystkim swoimi przemyśleniami.

Potem długo rozmawiają, starając się skupiać na tym, „co Słowo mówi do mnie”, jak je rozumieją w konkrecie swojego życia. Także w konkrecie relacji do Kościoła.

Część z nich praktykuje regularnie, przystępuje do sakramentów. Część robi to sporadycznie. Niektórzy nie są w stanie wejść do kościoła, bo odrzuca ich stan wspólnoty i instytucji, którą kiedyś uznawali za swoją. Jedna osoba zmieniła wyznanie.

– Ta różnorodność to siła – mówi Aneta. – Dzięki temu widzimy, że Słowo naprawdę żyje, skoro jest w stanie trafić do osób w tak różnych sytuacjach. I widzimy, że żyje, gdy budzi w nas opór. Najrzadziej zdarza się, by pozostawiało kogoś z nas obojętnym.

Przyszłość Kościoła rzymskokatolickiego 

Często siedzą do późna, rozmawiając już nie tylko o Biblii, ale też o filmach, rodzinach, pracy, problemach. Oraz o tym, co dzieje się w Kościele. – Jesteśmy w różnych miejscach, ale wszystkich nas obchodzą Kościół rzymskokatolicki i jego przyszłość – opowiada Aneta. – Śledzimy proces synodalny, bolą nas kolejne afery, ale uważamy za nasz obowiązek o nich wiedzieć. Zastanawiamy się nad potrzebnymi zmianami. I cieszę się, że robimy to zawsze po długiej rozmowie o Piśmie Świętym. To pozwala wiele rzeczy zrozumieć lepiej.

– Na przykład? – dopytuję.

– Rozmawialiśmy o sytuacji osób LGBT+ w Kościele. Pojawiło się pytanie o to, jak w tym kontekście rozumieć znany fragment z listu do Koryntian, w którym czytamy, że „mężczyźni współżyjący ze sobą” nie odziedziczą Królestwa Niebieskiego. I okazało się, jak dobrze mieć świadomość, że bibliści spierają się o to, co dokładnie Paweł miał na myśli i czy można to jakkolwiek odnosić do współczesnego rozumienia homoseksualizmu – tłumaczy Aneta. – Uderzające jest też to, że gdy mówimy o gejach, to konserwatyści czytają ten fragment całkowicie dosłownie, ale jakoś nie piętnują na równi „złodziei, chciwych, pijaków, oszczerców i zdzierców”, którzy są przywołani w tym samym zdaniu. To pokazuje, że w szafowaniu tym cytatem nie chodzi o Pismo, lecz o władzę i kontrolę.

Czy chcemy księdza?

Długo w ich grupie byli sami świeccy, a rozmawiając o Kościele, często narzekali na księży: konkretnych i nie. Gdy więc jeden z członków grupy zapytał, czy mógłby zaprosić na spotkanie zaprzyjaźnionego duchownego, początkowo odpowiedzią była konsternacja i rezerwa. Przeważyło, że to ów ksiądz zapytał, czy mógłby przychodzić, gdy usłyszał, jak te spotkania wyglądają, oraz poczucie, że nie mogą problemów z klerykalizmem rozwiązywać poprzez wykluczanie duchownych. Poprosili jednak, by ów członek grupy przekazał koledze, że wszyscy w grupie są równi i nikt nie będzie go traktował jako wyroczni.

– Gdy usłyszałem to zastrzeżenie, pomyślałem: „Mój Boże, nareszcie” – opowiada ksiądz Jacek. – Wreszcie mogę pójść spotkać się z ludźmi i po prostu z nimi porozmawiać, posłuchać, a nie występować w roli tego, który wie i który, co więcej, ma wiedzieć. Nareszcie znalazłem przestrzeń, w której mogę powiedzieć, że nie rozumiem danego fragmentu Pisma, że nie przekonuje mnie żadna klasyczna odpowiedź na temat potopu, żądania, by Abraham złożył ofiarę z Izaaka, czy cierpień Hioba. To bardzo uwalniające, że nikt nie oczekuje ode mnie odpowiedzi tylko dlatego, że otrzymałem śmieszne wykształcenie w seminarium. A słowa „śmieszne” używam świadomie.

Grupa nie żałuje, że wpuściła księdza na swoje spotkania. – To tylko zwiększyło różnorodność doświadczeń i perspektyw, z których odczytujemy dany fragment Pisma – mówi Aneta. – Znacznie więcej też zrozumieliśmy z tego, jak funkcjonują duchowni, z czym się mierzą, jakie siły na nich oddziałują, ilu z nich myśli podobnie jak my, ale nie może tego powiedzieć głośno. To urealnia nasze rozmowy o zmianach w Kościele.

– Macie nadzieję, że one nastąpią? – pytam.

– Im silniej jestem zakorzeniona w Piśmie, tym wyraźniej zmienia się moja perspektywa. Dostrzegam, że mój krytycyzm wobec stanu Kościoła w Polsce nie wynika tylko z mojego światopoglądu na sprawy społeczne i kulturowe. Przede wszystkim ma mocną podbudowę biblijną – odpowiada. – Wierzę, że Ewangelia to w najgłębszym sensie prawdziwa opowieść o świecie i człowieku. A skoro tak, to wierzę też, że kiedyś zwycięży.

Wspólnota Fundacji Przy Stole

zamiast

Za stołem

Izabela Mościcka, prezeska Fundacji Przy Stole, pedagożka i założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym, mówi: – Nie mam w sobie zgody na to, żeby nadzieja była trudna. Nadzieja musi nieść za sobą potencjał dobra. Zwłaszcza w trudnych czasach.

W centrum działań Fundacji, funkcjonującej w mieszkaniu w jednej z krakowskich kamienic, rzeczywiście stoi stół. – To miejsce, do którego każdy może przyjść, posiedzieć, posilić się: i duchowo, i przyziemnie – opowiada. Deklaruje, że chce tworzyć miejsce, które może i nie zmieni świata, ale konkretnym ludziom, zwłaszcza wykluczanym, da nadzieję. I które będzie znakiem, że da się inaczej.

– Chciałabym, żeby nasz dom, nasz stół, był miejscem, gdzie każdy może się czuć bezpiecznie taki, jaki jest: ze swoją wrażliwością, przeżyciami, etapem w życiu, na którym jest, pytaniami – mówi. – Nie stawiamy warunków wstępnych, nie egzaminujemy, także z otwartości, nie próbujemy ludzi zmieniać na siłę. Za to próbujemy razem być na duchowej drodze.

Co to znaczy w praktyce? – Gdy przychodzi ktoś, z kim się nie zgadzam, na przykład w temacie praw osób LGBT+, nie mówię, że ma myśleć inaczej, bo my tu jesteśmy otwarci. Chcę usłyszeć jego wątpliwości, dopytać, zrozumieć. Gdy druga osoba widzi, że nie próbuję jej przekonywać, to nie zaczyna się przed tym bronić. Nie zaczyna się walka.

Znakiem tego ma być choćby sposób prowadzenia rozmów. – Staramy się zauważać momenty, które mogą nas w bezsensowny sposób poróżnić – mówi Mościcka. – Gdy organizujemy spotkania na temat świąt żydowskich, ich znaczenia i zakorzenienia w Piśmie, to nie dyskutujemy o działaniach państwa Izrael. Można i trzeba rozmawiać na tematy trudne, ale pod warunkiem, że jesteśmy w stanie się wysłuchać. A sama nie wiem, czy z moimi poglądami na sytuację w Izraelu jestem w stanie dziś usłyszeć drugą stronę.

Homilię wygłasza wspólnota katolicka

Temat to zresztą często tylko pretekst. Niektórzy przychodzą dla niego, inni dla klimatu miejsca, są tacy, którzy przychodzą tu posiedzieć, bo dobrze się tu czują. A że przy tym spotyka się kogoś innego od siebie: uchodźcę, osobę transpłciową, uczestniczkę Czarnego Marszu, katolickiego tradycjonalistę? O to chodzi.

Chodzi też o to, by każdy mógł się tu zatrzymać w potrzebie. Obecnie w domu Fundacji mieszka Tajwanka, której skończyła się umowa na mieszkanie i która nie może znaleźć nowego. Na parę dni zatrzymał się Polak z Tajlandii, który przyjechał załatwić urzędowe sprawy. Niedawno zamieszkał uchodźca, który dwa lata temu przeszedł granicę polsko-białoruską i stracił nogę po pogryzieniu przez psy polskich służb. Bywają osoby w trakcie wychodzenia z kryzysu bezdomności. – Zawsze mamy też miejsce dla kobiet wychodzących z zakonów, które nie mają się gdzie zatrzymać – opowiada Mościcka, która sama ma doświadczenie zakonne.

Ludzie przychodzą też na msze. Te odbywają się przy tym samym stole, przy którym się rozmawia i je. Wszyscy siedzą dookoła, nie ma stron. Homilię wygłasza wspólnota – każdy może się odezwać i podzielić swoim rozumieniem Słowa. Ksiądz też, ale nie musi.

Niełatwo znaleźć księdza, który by się na to wszystko godził. Część ma problem już z odprawieniem mszy w mieszkaniu, poza kościołem. Inni – bacząc na kłopoty z przełożonymi i w środowisku – proszą, by informacja o ich udziale nie pojawiła się w mediach społecznościowych. – Czasem dostaje nam się w internecie nawet za to, że msza została odprawiona na stole bez obrusu. Nie wszyscy są w stanie unieść takie rzeczy – mówi Mościcka.

Zgadza się przy tym, że klerykalizm to problem nie tylko księży. – Wielu wiernym też trudno pomyśleć, że można inaczej, że to nie narusza istoty, że czasami pomaga jej doświadczyć. Że jeśli siedzisz na kanapie, a nie w ławce, to Przeistoczenie się dokonuje tak samo, a za to możesz zauważyć, że nigdy nie byłaś tak blisko ołtarza, tak blisko tych wydarzeń. Bo to za każdym razem jest Wydarzenie, a nie pusty rytuał.

Czy wspólnoty katolików zreformują Kościół?

Obecnie wokół Fundacji Przy Stole gromadzi się społeczność licząca około 20-25 osób, które są blisko, pomagają, przychodzą. Gdy pytam Mościcką, kim są, mówi, że to osoby, które szukają. Które często czują się na obrzeżach Kościoła. Dla których przestrzeń chrześcijańska wciąż jest ważna, ale które czują, że nie pasują do obecnego systemu i kształtu Kościoła w Polsce, bo szukają Kościoła wspólnego, równego. Które czasami nie umieją nazwać tego, co się w nich dzieje, i potrzebują miejsca, by to poukładać. Które tęsknią za liturgią Kościoła rzymskiego, ale nie są w stanie wejść do świątyni. Które chcą usłyszeć, że nie są same ze swoimi pytaniami, że takich jak one – niepasujących do foremek głównego nurtu katolicyzmu w Polsce – jest więcej. I które odkrywają, że można do nich nie pasować z różnych powodów.

– Marzycie o reformie? – pytam.

– Idę do zakrętu. Dopiero kiedy do niego dojdę, będę myślała, co dalej. To krótkie etapy – odpowiada Mościcka. – Ale wielu z nas jest zbyt ciężko, by myśleć o reformie. Tym osobom brakuje jeszcze nadziei na zmianę, ciężar je przytłaczający jest zbyt duży. Pomalutku więc tworzymy skromną alternatywę. Ale nie przeciw Kościołowi, chcemy być w jego środku. Nie tworzymy też twierdzy fajnych katolików, superchrześcijańskiej wyspy czy arki, w której przetrwamy kataklizmy wokół nas. To bez sensu. Budujemy wioskę, w której można zamieszkać, ale do której można też przybyć, na krótko lub długo, i z której można też wyruszyć w dalszą drogę. A co dalej? Powiem ci, kiedy dotrę do zakrętu.

Imiona części bohaterów i bohaterek zostały zmienione.

Ignacy Dudkiewicz jest redaktorem naczelnym Magazynu „Kontakt” i autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ludzie we własnym Kościele