Dziwisz, Kowalczyk i Głódź: nietykalni biskupi, którzy urządzili polski Kościół

Wielu polskich biskupów dosięgnęły watykańskie kary, ale jest kilka wymownych wyjątków. Co pokazuje systemowy problem z rozliczaniem skandali w Kościele.
Czyta się kilka minut
Abp Józef Kowalczyk (pierwszy z lewej), kard. Stanisław Dziwisz (trzeci z prawej) i abp Sławoj Leszek Głódź (pierwszy z prawej) na uroczystościach 600-lecia katedry we Włocławku, czerwiec 2011 r. // Fot. // Fot. Maciej Konieczny / Reporter
Abp Józef Kowalczyk (pierwszy z lewej), kard. Stanisław Dziwisz (trzeci z prawej) i abp Sławoj Leszek Głódź (pierwszy z prawej) na uroczystościach 600-lecia katedry we Włocławku, czerwiec 2011 r. // Fot. // Fot. Maciej Konieczny / Reporter

Dwudziestego sierpnia zmarł abp Józef Kowalczyk. Doczekał się peanów na swój temat na stronach kościelnych instytucji i mediów. 

Świętej pamięci kard. Kowalczyk

W pogrzebie uczestniczyło 30 hierarchów, w tym nuncjusz i przewodniczący Episkopatu (a także m.in. wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz), homilię wygłosił prymas Polski. Były nuncjusz został z pełnymi honorami pochowany obok kard. Edmunda Dalbora, pierwszego prymasa Polski po zaborach.

Uruchamianie odtwarzacza...

Ale nie tylko Kowalczyk nie poniósł żadnych lub niemal żadnych konsekwencji swoich działań. Dwóch najbardziej emblematycznych pod tym względem biskupów to – obok Kowalczyka – kard. Stanisław Dziwisz i abp Sławoj Leszek Głódź

Historie wszystkich trzech pokazują strukturalne ograniczenia w dążeniu do sprawiedliwości w Kościele. Byli na tyle potężni, że choć mają na sumieniach poważniejsze przewiny niż niektórzy ukarani hierarchowie, to tylko jeden z nich – najsłabszy i najbardziej niemożliwy do obrony Głódź – spotkał się z karą, w dodatku zupełnie nieproporcjonalną do win.

I choć Dziwisz, Kowalczyk i Głódź na próżno wyglądali sympatii ze strony następców Jana Pawła IIBenedykta XVI i Franciszka – a ich pozycja słabła, to nigdy nie osłabła na tyle, by zaburzyć spokój ich starości.

Litania przewin Kowalczyka, Głódźa i Dziwisza

Abp Józef Kowalczyk był współodpowiedzialny za dwa najgłośniejsze skandale wśród polskich biskupów po 1989 r., a więc za sprawy abp. Juliusza Paetza (seksualnego drapieżcy przez dekady molestującego podległych sobie kleryków) oraz abp. Stanisława Wielgusa (świadomego współpracownika Służby Bezpieczeństwa w czasach PRL).

Obaj hierarchowie, mimo kompromitujących ich faktów, byli awansowani za czasów, gdy Kowalczyk był w Polsce nuncjuszem. Podobnych awansów widzieliśmy zresztą więcej – do przykładów należy także Głódź, który piął się w górę mimo znanych problemów z agresją czy alkoholem, do tego blokował lustrację, kontrolując poczynania komisji historycznej.

Zarówno Głódź, jak i Kowalczyk byli osobiście zainteresowani sprawą: obaj zostali zarejestrowani w aktach SB w czasach, gdy pracowali w Rzymie – pierwszy jako współpracownik wywiadu PRL (nie wiadomo, czy świadomy, ale krąg ludzi, z którymi się zadawał, świadczy przynajmniej o kompletnej bezmyślności), drugi – jako kontakt informacyjny (odmówił współpracy, ale dokumenty potwierdzające to zostały ujawnione przez dziennikarzy znacznie później, można więc założyć, że chronił siebie i kolegów przed brudem, jaki mógł wypłynąć przy okazji lustracji). 

Karierą Głódzia kierowali trzej skompromitowani biskupi: obok Paetza i Kowalczyka także kard. Henryk Gulbinowicz, przez lata jego główny promotor. Później Głódź stał się na tyle silny, że sam uczestniczył w tworzeniu polityki – także kadrowej – polskiego Episkopatu.

W kolejnych jednostkach kościelnych, którymi kierował, mobbował księży, kleryków oraz siostry zakonne, wyzywał dziennikarzy, obrażał wspólnoty parafialne i świeckich. Stosował przemoc psychiczną, werbalną i ekonomiczną – zwłaszcza po alkoholu.

Uczestniczył (wraz z dawnym współpracownikiem, abp. Andrzejem Dzięgą) w tuszowaniu sprawy ks. Andrzeja Dymera, zacierał też inne przestępstwa seksualne. Sprzedawał kościelne funkcje, zaszczyty i probostwa.


Złote słowa abp Głódzia:

„To modne dziś określenie – »kontrowersyjny«. (…) Prałat Jankowski stał się negatywnym bohaterem mediów, uprawiano wobec niego, by rzec z włoskiego – szakaladżio – zagryźć na żywca. (…) W dobrych zawodach wystartowałeś, bieg ukończyłeś, wiary ustrzegłeś” (podczas mszy pogrzebowej ks. Henryka Jankowskiego, Gdańsk, 17.07.2010 r.).


Kard. Dziwisz, jeszcze jako ksiądz i biskup (został nim zaskakująco późno jak na papieskiego sekretarza), latami zarządzał ruchem w papieskich apartamentach. Kierował także przepływem informacji, z których części nie przekazywał Janowi Pawłowi II. 

Uczestniczył w promowaniu i ochronie seksualnych przestępców, na czele z Marcialem Macielem Degollado (z jego otoczenia przyjmował hojne darowizny na rozmaite cele), kard. Theodore’em McCarrickiem (jak wyżej) czy kard. Hansem Hermanem Groërem. W ostatnich latach pontyfikatu polskiego papieża niekiedy go zastępował.


Złote słowa kard. Dziwisza:

„Żeby uderzyć w Jana Pawła II, trzeba też uderzyć w ludzi, którzy z nim współpracowali. To była nasza służba papieżowi, a poprzez papieża mojej ojczyźnie. Jeśli moja ojczyzna tego nie widzi, a kiedyś widziała, to niewątpliwie powoduje u mnie ból, ale przebaczam” - kard. Stanisław Dziwisz, TVN24, 20.10.2020 r.


Dorobił się nawet przydomku Il Papa vuole („Papież chce”), gdyż w tej formule komunikował prawdziwą lub rzekomą wolę Jana Pawła II. Wraz z kilkoma osobami stworzył maszynkę do mianowania biskupów, głównie w Polsce. Osobiście chronił Paetza przed rozliczeniami.

Klub rzymski pod egidą Peatza

Osoba Juliusza Paetza łączy zresztą wszystkich trzech wspominanych biskupów. Kowalczyk długo był jego bliskim współpracownikiem. Razem wprowadzali Dziwisza w rzeczywistość Watykanu. I Dziwisz, i Kowalczyk przemilczają we wspomnieniach, że w słynnych „ucieczkach” papieża w góry uczestniczył także późniejszy metropolita poznański.

Do grona księży, którzy w podobnym czasie pracowali w Rzymie, a potem zostali biskupami – określanego mianem „klubu rzymskiego” – należał także Głódź. Członkowie „klubu” razem imprezowali i wspólnie oddziaływali na polskich księży studentów, którzy przybywali do Rzymu – m.in. późniejszych szefów polskiego Episkopatu: abp. Stanisława Gądeckiego i abp. Marka Jędraszewskiego.

Kowalczyk, Głódź i Dziwisz do końca próbowali Paetza bronić, a po jego publicznym upadku wielokrotnie go wspierali. W 2010 r. na mszę z okazji rocznicy porozumień sierpniowych Kowalczyk przyjechał z Paetzem jednym samochodem, a Głódź odprawiał ją razem z nimi. Dwa lata później Dziwisz witał personalnie Paetza na procesji ku czci św. Stanisława na Skałkę w Krakowie.

Siła tego układu nie mogła jednak przetrwać śmierci Jana Pawła II. Jasne było, że jego następca – zwłaszcza że został nim kard. Joseph Ratzinger, latami skonfliktowany z „polskim lobby” – będzie chciał się pozbyć z Rzymu jego członków, zwłaszcza Dziwisza. 

Proces ten był potem nazywany a to „czyszczeniem kurii rzymskiej z Polaków”, a to „desantem kurii rzymskiej na Polskę”. Jednocześnie Benedykt XVI miał wystarczająco wiele pilniejszych spraw do załatwienia, by uznać, że otwarte starcie z Dziwiszem jest mu niepotrzebne.

Nie zdecydował się na nie także Franciszek, testujący w Polsce przepisy dotyczące tuszowania przestępstw seksualnych, ale mało zainteresowany sytuacją Kościoła w naszym kraju.

Ze zdaniem Dziwisza się nie liczył – czego dowodem była nominacja kolejnego krakowskiego metropolity, wybitnie nie po myśli dawnego „wicepapieża” – ale nie rozpoczął wobec niego żadnych procedur kanonicznych związanych z tuszowaniem seksualnych zbrodni.

Biskupi na emeryturze

Warunków emerytury można więc pozazdrościć wszystkim trzem.

Owszem, Głódzia dosięgły watykańskie sankcje. Zakazano mu uczestnictwa w publicznych celebracjach oraz mieszkania na terenie archidiecezji gdańskiej, nakazano wpłatę z osobistych funduszy „odpowiedniej sumy” na rzecz Fundacji Świętego Józefa. Były członek rady Fundacji, Robert Fidura, mówił mi w książce „Pastwisko”:

„Te kary są z przymrużeniem oka. Może niosą nieco infamii, może zmniejszy się liczba zaproszeń, ale Głódź żyje jak pączek w maśle. To grożenie palcem: »Nu, nu, nu, niegrzeczny chłopczyk«”.

Biskupi powinni odpowiadać realnymi konsekwencjami, do wyrzucenia ze stanu duchownego włącznie”. Głódź więc nie celebruje na terenie archidiecezji, ale może „uświetniać” i „bywać” wszędzie indziej. 

Nie mieszka w przygotowanych dla siebie apartamentach w Gdańsku, ale w rodzinnej Bobrówce – i to w pałacu (część nieruchomości wykorzystywana jest na działalność Caritas, ale emerytowany biskup nie narzeka na niewygody). Wpłata nieokreślonej kwoty na Fundację to też żadna uciążliwość dla tak majętnego człowieka.

Głódź nie tylko wzbogacił się przez dekady „posługi” w Kościele. Otrzymuje też wysoką emeryturę (wyższą niż papieska) jako były generał. Jej wysokość wynosi prawie 20 tys. zł miesięcznie, a odchodząc ze służby, otrzymał dodatkowo 250 tys. zł odprawy. 


Złote słowa abp Głódzia:

„Dziś Kościół polskiego narodu, który nie raz był cierniem próbowany, stanął pod pręgierzem. Jest obiektem ataku, swoistego biczowania, biskupów, kapłanów na oczach milionów. Oglądamy jego kolejne odsłony, niemal każdego dnia” (Gdańsk, 11.11.2013 r.).


Ponadto Głódź, tak jak inni emerytowani biskupi, pobiera emeryturę kościelną (ok. 5 tys. zł), nie ponosząc w zasadzie kosztów życia: Kościół opłaca ich wyżywienie, mieszkanie, wynagrodzenie osoby pracującej w ich domu, opiekę zdrowotną, a nawet – gdy ktoś mieszka, jak Głódź, w rezydencji – ogrodnika.

Kowalczyk i Dziwisz wybrali życie mniej luksusowe (Dziwisz latami gromadził raczej wpływy niż pieniądze), ale i tak jego poziom jest wciąż wysoki. Nie mierząc się z żadnymi trudnościami materialnymi, wszyscy trzej martwili się bardziej traconą powoli władzą oraz doniesieniami mediów, które traktowali jak atak.

Wszyscy trzej co najwyżej średnio dogadywali się ze swoimi następcami (niekiedy także z poprzednikami). 

Dziwiszowi jest mocno nie po drodze z Jędraszewskim. Nieprzesadnie go wspiera, ten zaś zmarginalizował kardynała i nie bronił go publicznie w obliczu oskarżeń (do tego nie zgodził się na wyświęcenie na krakowskiego diakona wieloletniego osobistego sekretarza i przyjaciela Dziwisza, Andrei Nardotta, który święcenia musiał przyjąć w Warszawie). 

Głódź z kolei marginalizował swojego poprzednika – abp. Tadeusza Gocłowskiego, który mocno przeżywał to, że jego następcą został człowiek z zupełnie innej frakcji w episkopacie. Kolejny biskup gdański nie musi już sobie radzić z Głódziem emerytem. 

– Niemal na pewno był to warunek, jaki postawił Wojda, gdy godził się na objęcie Gdańska – mówi mi ksiądz z kręgów episkopatu i nuncjatury, wspominając czas, gdy długo nie udawało się znaleźć nowego metropolity gdańskiego. 

Dodajmy też, że i Kowalczyk średnio dogadywał się zarówno z poprzednikiem, Henrykiem Muszyńskim, jak i następcą – Wojciechem Polakiem.

Cenna papieska karta

Publicznie Głódź pojawia się rzadko. Także Kowalczyk na długo przed śmiercią zaszył się częściowo w Gnieźnie, częściowo w rodzinnych Jadownikach Mokrych, skupiając się na organizowaniu przyjęć oraz pielęgnowaniu opowieści o swoich dokonaniach.

– To była świadoma strategia – mówi mi były pracownik nuncjatury. – Wiedząc więcej niż ktokolwiek, może poza Dziwiszem, wolał nie przypominać o sobie światu, zwłaszcza mediom. Liczył, że dzięki temu, zanim ktoś go całkiem zdemaskuje, doczeka pogrzebu z honorami w prymasowskiej krypcie, którą sam wyremontował. I to się udało, bo też zdemaskować go było niezwykle trudno.

Otoczenia wszystkich trzech hierarchów są bowiem szczelne. Wszyscy trzej zdecydowali też już dawno, by nie rozmawiać z mediami, poza – niekiedy – odpowiadaniem, najchętniej na piśmie, na zestaw wybranych pytań ze strony mediów kościelnych. 

Kowalczyk wydał kilka lat temu „Wspomnienia”, ale skrupulatnie przemilcza w nich swój udział we wszystkich kłopotliwych sprawach. 


Złote słowa abp Kowalczyka:

„To jest realizowane po to, aby po prostu podważyć autorytet Kościoła. Jak ma reagować przeciętny człowiek, gdy słyszy opinie o tym, że Kościół ukrywa swoich przestępców? To jest takie uproszczenie, że aż nie zasługuje na uwagę i komentarz”  („Świadectwo i służba. Rozmowy o życiu i Kościele”, s. 200).


Głódź dziennikarzy odprawia z kwitkiem.

Dziwisz zaś od czasu słynnego wywiadu z 2020 r. z Piotrem Kraśką, gdy twierdził, że absolutnie nic nie wie i niczego nie pamięta, skupia się na uświetnianiu (bierzmowania, odpusty…), korzystaniu z kardynalskich przywilejów (spotkał się choćby z papieżem Leonem XIV krótko po wyborze), pielęgnowaniu określonej wersji pamięci o Janie Pawle II (oraz swojej roli w jego pontyfikacie), a także rozdzielaniu pozostałych po nim relikwii ex sanguinis (ostatnio przekazał je choćby we włoskiej Cremie).

– Dla niego Jan Paweł II jest jak karta „wyjdź z więzienia” w Monopoly – komentuje znający kardynała duchowny. – Nie wiem nawet, czy to cyniczne. Chyba naprawdę sądzi, że skoro tyle lat służył „naszemu papieżowi”, to jakiekolwiek zarzuty są wrogim czepialstwem, a gdyby do czegokolwiek się przyznał, to zaszkodziłby pamięci o Janie Pawle II.

Kowalczyk również przekonywał, że wszelkie stawiane mu zarzuty są niesprawiedliwe, a w sprawach choćby Wielgusa i Paetza pełnił funkcje co najwyżej administracyjno-pocztowe, przekazując dokumenty w jedną i drugą stronę (co stoi w sprzeczności z jego własnymi opowieściami o wadze jego pracy czy bliskości z Janem Pawłem II – on również korzystał z tej karty).


Złote słowa abp Kowalczyka:

„W całej tej sprawie, jak i w każdej innej związanej z nominacją nowego biskupa wykonywałem tylko i wyłącznie polecenia Stolicy Apostolskiej oraz spełniałem obowiązki nuncjusza apostolskiego” (o sprawie abp. Stanisława Wielgusa, „Wspomnienia”, s. 242).


Głódź zaś czuje się zaszczuty i skrzywdzony. Nie rozumie, za co spotkały go konsekwencje, skoro robił, co do niego należało, i załatwił dla Kościoła kilka wymagających spraw.

System sprzyjający bezkarności

Nie tylko powoływanie się na Jana Pawła II broni biskupów takich jak Kowalczyk, Dziwisz i Głódź przed konsekwencjami. Oprócz „dbałości” o wizerunek Karola Wojtyły (jeśli wspomniani byli winni, obciąża to pośrednio lub bezpośrednio także papieża, który wybierał ich na współpracowników i odpowiedzialne stanowiska), chronią ich także dwa inne mechanizmy.

Pierwszym są ich dokonania – kluczowe z punktu widzenia Kościoła jako instytucji.

Kowalczyk był nuncjuszem w czasach transformacji, twardo negocjował z kolejnymi rządami prawa i przywileje Kościoła, doprowadził do uchwalenia korzystnego dla Kościoła konkordatu, przeprowadził także reformę administracyjną w Kościele w Polsce, co spotkało się nawet z oporem części biskupów. Jego niechęć do rozliczeń lustracyjnych czy związanych z tuszowaniem przestępstw seksualnych dla istotnej części hierarchów była zaś zaletą, nie wadą.

Głódź odtworzył ordynariat polowy Wojska Polskiego po 1989 r., zorganizował sieć parafii wojskowych (co pozwalało mu budować wpływy w całym kraju) i potrafił wiele załatwić jako biskup-generał, pozostając w dobrych, suto zakrapianych relacjach z wieloma politykami. W Gdańsku zaś doprowadził – poprzez spłatę części oraz zakulisowe załatwienie umorzenia drugiej części zadłużenia wobec Skarbu Państwa – do rozwiązania afery wydawnictwa Stella Maris, która przez długie lata ciążyła tamtejszej archidiecezji.

Dziwisz natomiast zebrał potężne pieniądze na szereg inicjatyw w Kościele, także w Polsce (powtórzmy raz jeszcze – część tych pieniędzy pochodziła od seksualnych drapieżców).


Złote słowa kard. Dziwisza

„Pierwszy raz o tym słyszę. O tych danych wszystkich i tak dalej. No nie mówiło się o tym w Kurii Rzymskiej. (…) Przynajmniej ja nie słyszałem o tych rzeczach, będąc przecież na miejscu” ( o sprawie Marciala Maciela Degollado, TVN24, 20.10.2020 r.).


Drugim broniącym ich mechanizmem jest wiedza. Z każdym rokiem mają coraz słabsze kontakty w Watykanie, na zdanie wszystkich trzech nie oglądał się już Benedykt XVI, nie mówiąc o Franciszku czy Leonie XIV, ale wciąż gdyby powiedzieli prawdę, byliby w stanie zaszkodzić wielu znaczącym osobom w Kościele w Polsce i na świecie. Lojalnie jednak milczą, i to ich chroni.

Jak oceniał Thomas Doyle, dominikanin, przed laty dyplomata watykański, jeden z pierwszych kościelnych sygnalistów w sprawach dotyczących seksualnej przemocy w Kościele, Dziwisz „wiedział, gdzie są sekrety i trupy w szafie. To jest prawdziwa władza, a w Watykanie jedyną prawdziwą walutą jest władza”

To samo dotyczyło Kowalczyka i dotyczy wciąż Głódzia.

Nawet jeśli można więc się na nich nie oglądać, to lepiej zachować ceremonialny szacunek i ich „nie ruszać”.

Należy się zatem spodziewać, że pewnego dnia zarówno Głódź, jak i Dziwisz zostaną pochowani z pełnymi honorami kościelno-państwowymi, choć zapewne obecny na ich pogrzebach skład biskupio-polityczny będzie różny. Ziemskiej sprawiedliwości nie muszą się obawiać. System nie pozwoli ich tknąć.

Autor jest redaktorem Magazynu „Kontakt” oraz autorem książki „Pastwisko. Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Kościół spokojnej starości