Co roku na przełomie maja i czerwca przez wiele polskich miast, nie tylko największych, przechodzą Marsze Równości. Dla jednych są świętem wolności, przestrzenią, gdzie można bezpiecznie być sobą, okazją do upomnienia się o swoje prawa. Dla innych są obrazą wartości i symbolem moralnego chaosu.
Uczestnicy Marszów Równości mówią: Jezus szedłby z nami
Podczas Marszów Równości na transparentach znaleźć można biblijne cytaty, wizerunki Jezusa czy legendarny już plakat: obraz jasnogórskiej Madonny z tęczową aureolą. – Na początku miałam wątpliwości, myślałam, że to bluźnierstwo – mówi Monika z Warszawy. – Dopiero gdy porozmawiałam z tymi ludźmi, poznałam Wiarę i Tęczę, zrozumiałam, że chodzą po ziemi osoby homoseksualne, które są wierzące. I te religijne symbole są dla nich ważne, to ich symbole. Zazwyczaj staramy się z moją dziewczyną iść niedaleko baneru Wiary i Tęczy z napisem „W domu Ojca mego jest mieszkań wiele”.
Wiara i Tęcza to ekumeniczna grupa zrzeszająca chrześcijan LGBT+ oraz ich rodzin i przyjaciół.
Bartka oburzyło hasło „Jezus szedłby z nami”. – Nie byłem na marszu, obserwowałem go z boku. I kiedy zobaczyłem osobę z tym hasłem, pomyślałem, że to przesada. Poszedłem dalej i trafiłem na kontrmanifestację ludzi z czarnymi plakatami o pedofilii i Sodomie, puszczających głośno jakieś nagrania, wymachujących różańcami. Uderzył mnie ten kontrast. Zacząłem się zastanawiać, z którymi by poszedł Jezus, i uznałem, że jednak z tymi tęczowymi. Od kolejnego roku sam zacząłem chodzić na Marsz Równości.
Uschi Pawlik z Wiary i Tęczy podkreśla, że nie widzi sprzeczności między wartościami chrześcijańskimi a dumną radością z kochających, pełnych pasji, ofiarnych i dających życie osób i społeczności LGBT+. Wylicza: – To duma z odwagi i determinacji ludzi, którzy ofiarują bardzo wiele z troski o swoją społeczność i z miłości do niej. Duma z inicjatyw, których walka np. o bezpieczną tranzycję zapobiega samobójstwom transpłciowych nastolatków. Duma z osób, które dokonując coming outów w trudnych społecznie kontekstach, zainicjowały zmiany przynoszące dziś spokojne życie parom jednopłciowym. Duma z tych, którzy w czasach opresji nie bali się nosić tęczowej przypinki, by pokazać, że osoby LGBT+ mogą przy nich czuć się bezpiecznie. Duma z organizacji społecznych, które doprowadziły do dekryminalizacji homoseksualności – i które walczą o to do dziś w wielu częściach świata. Duma z osób, które ryzykując swoim życiem, pomagają osobom LGBT+ uciec z miejsc, gdzie grozi im niebezpieczeństwo.
Działania biskupów są przeciwskuteczne
– Jestem gejem, już od sześciu lat w szczęśliwym związku. Nie chodziłem na marsze, bo nie odpowiadała mi ich estetyka. Do udziału w marszach zmobilizował mnie dopiero abp Jędraszewski swoimi głośnymi słowami o „tęczowej zarazie”. Pamiętam, że emocje długo nie pozwalały mi chodzić do kościoła. Na marszach jestem i w ramach protestu przeciw takim słowom, przeciw używaniu ich przez ludzi władzy i mediów – opowiada Adam z Lublina.
Krystiana polscy biskupi do chodzenia na Marsze Równości zmobilizowali opublikowanym w 2020 r. stanowiskiem KEP w kwestii LGBT+: – Oni tam napisali, że Kościół jest otwarty na dialog z każdym człowiekiem, przywołali Franciszka, który się spotykał z osobami LGBT+. Olśniło mnie, że skoro już ta zachęta jest, to trzeba iść tam, gdzie te osoby są. Poruszyłem temat podczas rozmowy ze znajomymi z duszpasterstwa i skończyło się na tym, że z moją dziewczyną i jeszcze dwiema osobami pierwszy raz poszliśmy na Paradę Równości.
We wspomnianym dokumencie, który wzbudził sporo kontrowersji zwłaszcza przez fragmenty mówiące o „terapii” osób LGBT+, biskupi potwierdzają, że za udział w Marszach Równości nie grozi ekskomunika. Czytamy w nim, że Kościół „konsekwentnie dąży do tego, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy. Stąd przynależność do społeczności LGBT+, identyfikowanie się z jej ideologią i publiczne solidaryzowanie z nią nie może automatycznie skutkować wykluczeniem ze wspólnoty Kościoła”.
Jednak oczywiście ciężko byłoby znaleźć jakiekolwiek zachęty do udziału w takich wydarzeniach. Przypomnijmy, że „wspieranie kultury gejowskiej” stanowi przeszkodę dla kandydatów do seminariów duchownych.
Ważnym punktem odniesienia dla Pawła i jego żony były słowa papieża Franciszka, który w 2016 r. podczas konferencji prasowej w samolocie wracającym z Armenii powiedział, że chrześcijanie powinni przeprosić osoby homoseksualne, które zostały zranione przez Kościół. – Długo o tym rozmawialiśmy, zrobiliśmy rachunek sumienia i zobaczyliśmy, że zdarzały nam się homofobiczne żarty, ale przede wszystkim, że nie zrobiliśmy nic, żeby poznać sytuację osób LGBT. Kiedy zaczęliśmy czytać, oglądać reportaże, zrozumieliśmy, że wobec niesprawiedliwości i przemocy, jakiej doświadczają, nie można być obojętnym. Zaczęliśmy chodzić na Parady Równości, a z czasem dzięki rozmowom dołączali nasi znajomi.
Sojusznicy i przyjaciele
W tęczowych marszach oprócz osób LGBT+ biorą udział ich sojusznicy, tacy jak Babcia Zenia z Gdańska. Wyjaśnia, że chodzi na Marsze Równości z tych samych względów, z których chodziła na protesty w stanie wojennym: – Wolność jest dla mnie bardzo ważna. Nie ma we mnie zgody na jakiekolwiek przejawy niesprawiedliwości i przemocy wobec drugiego człowieka. Tego wymaga zwykła ludzka przyzwoitość.
Podkreśla, że wyraża w ten sposób przeprosiny wobec osób LGBT+ za to, że „uwierzyła w narrację Kościoła na ich temat”, oraz wdzięczność za pokazywanie, że można odważnie żyć w zgodzie ze sobą i tym, kim się jest. – Dzięki nim sama stałam się lepszym człowiekiem – przekonuje.
Paulina Model na Marsz w Krakowie chodzi z dziećmi, żeby uczyć je tolerancji i aktywności publicznej. – Są weselsze niż kontrmarsze, radosne i kolorowe – zauważa, podkreślając, że najważniejszym motywem jest okazanie solidarności, zwłaszcza gdy słowa wielu religijnych osób, w tym biskupów, ranią i zaostrzają konflikty.
Monika jest nauczycielką w powiatowym mieście. – W czasie pandemii byłam na szkoleniu dla nauczycieli o kondycji psychicznej dzieci. Wstrząsnęła mną informacja, że ponad 70 proc. młodych osób homoseksualnych ma myśli samobójcze, że one doświadczają przemocy na tym tle. Wtedy postanowiłam, że chcę, żeby każdy mój uczeń wiedział, że przy mnie jest bezpieczny, że może przyjść i porozmawiać. Zaczęłam nosić tęczową przypinkę, czasem bransoletkę. Miałam zaskakująco dużo poruszających rozmów – opowiada. Obawia się brać udział w Marszach Równości w bliższych miastach, jeździ z mężem do Warszawy. – Mąż jest katechetą. Wydział katechetyczny w diecezji mógłby nie znieść tego, że chcąc wspierać młodzież doświadczającą przemocy, chodzi z żoną z tęczową chorągiewką. Nie mamy siły się z tym zmagać, nie chcemy się tłumaczyć przed proboszczem. W Warszawie jesteśmy bardziej anonimowi, a jednocześnie przekonani, że robimy co trzeba.
– Długo wkurzały mnie tęczowe parady, to, że w serialach jest coraz więcej par homo. Pytałam, po co się tak obnoszą? – opowiada Aneta z Lublina. – Aż sobie uświadomiłam, że jak opublikowałam zdjęcie z pierścionkiem zaręczynowym, nikt mnie nie pytał, czemu się obnoszę ze swoją heteronormą. Jak chodzę z mężem za rękę, jak się pocałujemy w teatrze czy w parku, nikt nam niczego nie zarzuca. Chcę takiego świata dla przyjaciół LGBT. Niech na ich pocałunki ludzie się uśmiechają.
Marta Nowicka, uczestnicząc w Marszach Równości, chce okazywać wsparcie dla przyjaciół: – Nie znajduję podstaw, aby odmawiać ludziom mającym nieheteronormatywną naturę prawa do miłości, szczęścia i realizowania siebie. W szczególności za taką podstawę nie mogę uznać wyrywanych z kontekstu biblijnych zdań o homoseksualności. Wierzę, że najpełniejszym objawieniem Boga jest Jego wcielenie. A to znaczy, że wszystko, co ludzkie, musi być dla Boga ważne i ukochane, również orientacja seksualna i tożsamość płciowa, oraz to, co się z tym wiąże.
Rodziny osób LGBT
– Sprawa jest bardzo prosta: mam brata geja i wiem, co on przechodził i przechodzi w życiu. Moje dziecko jest bi. Więc w bardzo bliskiej rodzinie mam ze spektrum LGBTQ dwie literki – opowiada Maja Szwedzińska. – A Kościół podkreśla, jak ważna jest rodzina. Moim pierwszym obowiązkiem jest tej rodziny wspieranie, budowanie, chronienie. A tęczowe marsze są właśnie wyrazem publicznego wsparcia i bycia sojusznikiem. Dla mniejszości to przecież bardzo ważne.
Dominik z Warszawy, od młodości zaangażowany w różne duszpasterstwa, na Paradę Równości zaczął chodzić za czasów rządów PiS, wyrażając sprzeciw wobec krzywdzącej retoryki. – Przed moim trzecim marszem dowiedziałem się, że pójdzie również moja wówczas 17-letnia córka. Nie chciała iść ze mną, dla niej to byłby obciach. Przed kolejnym marszem powiedziała mi i żonie, że jest bi. Na marsz znowu poszliśmy osobno, ale przez chwilę byliśmy razem i była to dla nas ważna chwila. Od półtora roku córka jest w związku z kobietą. Widzimy z żoną ile przynosi córce szczęścia. Pokochaliśmy również naszą „córkową”.
Podkreśla, że wraz z żoną bardzo by chcieli, żeby ich córka mogła ze swoją partnerką mieć szansę zalegalizowania związku. – Dla mnie, ojca, związki partnerskie to coś, co państwo powinno zapewnić swoim obywatelom. Ich brak jest anachronizmem – mówi.
Wyjaśniając, jak łączy to ze swoim katolicyzmem, dzieli się doświadczeniem: – Jestem też ojcem dziecka, które zmarło podczas porodu. Syn miał wadę letalną, ale mimo prawnych i medycznych przesłanek nie dokonaliśmy aborcji. Razem z żoną zaczęliśmy studiować, co Kościół mówił o takich dzieciach. Okazuje się, że nauczanie zmieniało się wielokrotnie. Przez wieki było okrutne, głupie i bez serca. Wiedza naukowa przez wieki wpływała na nauczanie. Pozytywnie. Obecna nauka wie o osobach LGBT znacznie więcej, niż było wiadomo podczas spisywania Biblii. Bóg dał nam rozum i wrażliwość, by z nich korzystać.
Ewangelia na peryferiach
Basia Balicka, działaczka społeczna z Wrocławia, na Marszu Równości pojawiła się z transparentem „Mój Bóg Cię kocha i ja Cię kocham”. – Naprawdę wierzę, że Ewangelia ma największy sens wtedy, gdy niesiemy ją także, a może przede wszystkim, tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. I tak też widzę swój cel jako katoliczki. Bo nawet jeśli nie zmienię Kościoła, tego dużego, instytucjonalnego, to mogę być dla kogoś Kościołem. Lepszym, cieplejszym, bliższym. To już bardzo dużo – opowiada.
Chce pokazać, że miłość Boga jest dla wszystkich, a szczególnie dla tych, którzy przez lata słyszeli, że są „niewystarczający”, „niegodni”, „nienormalni”. – Często słyszeli to od ludzi Kościoła. A przecież Kościół powinien być miejscem miłości, spotkania i uzdrowienia. Wierzę, że mam nieść Boga, Jego miłość. Wszędzie, codziennie, radykalnie. Zwłaszcza na peryferie, zwłaszcza tam, gdzie tak łatwo o niej zapomnieć. Bo gdzie mam ją nieść, jeśli nie tam, gdzie tak często jej nie ma? Gdzie ludzie doświadczyli odrzucenia, przemilczenia, potępienia, również, a może przede wszystkim, ze strony Kościoła? – wyjaśnia.
Jej obecność na Marszu spotyka się z wyrazami wdzięczności, staje się okazją do rozmów. – Ktoś się rozpłakał i przytulił. Ktoś powiedział, że przeze mnie znowu pomyślał o Bogu, że On może jednak go chce... Jeśli choć jedna osoba, patrząc na wierzących obecnych na Marszu, poczuje, że może być przyjęta, że miłość Boża jest dla niej, że Kościół nie musi ranić... to znaczy, że było warto. To ważne historie konkretnych osób – mówi Basia.
Za swoją aktywność doświadczyła przykrości we wspólnocie, podjęto też kroki, by wykluczyć ją z pielgrzymki, w którą od lat się angażuje. Donos dotarł do kurii. Spotkała się z jednym z biskupów, któremu opowiedziała o tym, co robi i jakie ma motywacje. Mimo swoich wcześniejszych obaw została zrozumiana, potraktowana z życzliwością, a biskup zapewnił, że nie wykracza poza granice ortodoksji.
Także w Polsce są duszpasterze środowisk LGBT
W krajach na Zachodzie funkcjonują duszpasterstwa dla osób LGBT, podczas Marszów Równości są oficjalne przedstawicielstwa ludzi Kościoła, księża też biorą w nich udział. W Polsce wydaje się to jeszcze nie do pomyślenia. Ks. Michał z centralnej Polski ma mieszkającego w Berlinie brata geja, od wielu lat w związku: – Moje konserwatywno-katolickie nastawienie do homoseksualizmu zaczęło się zmieniać dzięki bratu i jego znajomym. Pomogły też studia psychologiczne i psychoterapeutyczne. Już kilka razy miałem możliwość wziąć udział z bratem i jego mężem w berlińskim queerowym festiwalu. To po prostu wyraz solidarności i wsparcia, czysto ludzkiego, ale również duszpasterskiego. W Polsce też chętnie bym poszedł na jakiś marsz, ale nie znam biskupa, który albo z własnej woli, albo pod presją nie nałożyłby za to kar.
W tegorocznym gdańskim Marszu Równości wziął udział ks. prof. Adam Świeżyński: – Przede wszystkim chcę być z ludźmi, których uważam za swoich przyjaciół, tam, gdzie dzieją się rzeczy dla nich ważne – tłumaczy. – Skoro razem spotykamy się regularnie na Eucharystii, modlimy i przeżywamy miłość Jezusa do nas, to chcę uczestniczyć także w wydarzeniu, w czasie którego wyrażana jest potrzeba zamanifestowania miłości, której doświadczają i którą sobie okazują. Szanuję to doświadczenie i ważny jest dla mnie ich świat, a zwłaszcza związane z nim zmagania, trudności, wątpliwości oraz trudne, bo kosztowne wybory, które podejmują.
Filozof z UKSW podkreśla, że chce okazać solidarność z tymi, którzy w życiu społecznym i w życiu Kościoła są nadal zepchnięci na margines, doświadczają niezrozumienia, szyderstwa, odrzucenia, wrogości, a niekiedy nawet przemocy. – Powinniśmy najpierw wzajemnie siebie poznać i zrozumieć, odkryć nawzajem wartość siebie, a nie oceniać, potępiać i wykluczać. A pierwszym krokiem do takiego poznania i zrozumienia jest bycie razem, bez żadnej wstępnej oceny czy uprzedzenia. Trzeba przejść wspólnie, obok siebie, choćby tych kilka kilometrów. Posłuchać, popatrzeć, porozmawiać. Wówczas zamiast odmawiać komukolwiek miejsca w społeczeństwie czy w Kościele, przekonamy się, że słowa Jezusa o wielu mieszkaniach w domu Ojca odnoszą się także do rzeczywistości ziemskiej, naszego miasta, wsi, parafii, wspólnoty.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















