Wybór biskupa pomocniczego to procedura teoretycznie prosta i zabezpieczona – zbierane są ankiety na temat kandydatów, działa watykańska Dykasteria ds. Biskupów, młyny mielą powoli, chciałoby się wierzyć, że dokładnie. W praktyce czasem bywa zbyt prosta – gdy siła głosu ordynariusza dobierającego współpracowników nie jest równoważona zdaniem innych, a czasem zbyt skomplikowana – gdy trzeba wielu obrotów machiny, by wybrać biskupa, bo np. kolejni kandydaci odmawiają (na świecie to ok. 30% proc. przypadków – dla Polski nie ma danych).
A zabezpieczenia? Te często nie działają w ogóle.
Dlaczego ksiądz z zarzutami został mianowany biskupem?
Historia ks. Krzysztofa Dukielskiego, który po ogłoszeniu nominacji na biskupa pomocniczego diecezji radomskiej został zmuszony do złożenia rezygnacji, pokazuje, jak naiwna była wiara abp. Mariana Gołębiewskiego, który przekonywał mnie na łamach książki „Pastwisko”, że w ramach wspomnianej ankiety „suchej nitki nie zostawią na człowieku”, a „jak ktoś przejdzie przez to sito, to daje to gwarancję”.
W przypadku ks. Dukielskiego, jak wiemy z oświadczenia radomskiego ordynariusza, bp. Marka Solarczyka, doszło do zgłoszenia „niewłaściwego zachowania wobec osoby małoletniej”. Choć więc ankieta zawiera pytania o zachowanie i moralność, a nawet o możliwe źródła szantażu, i choć Dykasteria może prosić o uzupełnienie dokumentacji, to owa gwarancja okazuje się – nie tylko zresztą w tym wypadku – całkowicie złudna.
Kto wybiera kandydatów na biskupa pomocniczego
Nie powinno to jednak dziwić, gdy się bliżej przyjrzeć rzekomym zabezpieczeniom. Sami biskupi przyznają, że największy wpływ na nominację biskupa pomocniczego na ogół ma ordynariusz – kogo wskaże, ten ma największe szanse (choć zdarzają się wyjątki, gdy nuncjusz apostolski blokuje niektóre kandydatury). Ów nuncjusz pyta zaś w ankiecie osoby, które dobiera według nieznanego nikomu klucza.
Dykasteria ma ograniczone moce przerobowe – papież dokonuje wszak dwóch-trzech nominacji biskupich dziennie, a wszystkie je trzeba przygotować. Sam papież, pracownicy Dykasterii, a niekiedy nawet nuncjusz, mają też ograniczone rozeznanie zarówno w potrzebach i sytuacji konkretnych diecezji, jak i osobach kandydatów.
Nominacja biskupia: Lud Boży nie ma nic do powiedzenia
Możliwości wypowiedzenia się – a przynajmniej wyrażenia protestu – nie mają zaś ci, których ten wybór – obok ordynariusza – dotyczy najmocniej: szeregowi księża oraz lud diecezji.
To, po pierwsze, znamienne, gdyż w przypadku małżeństwa czy święceń prezbiteratu kandydaci są jawni, a osoby znające przeszkody dla udzielenia im tych sakramentów mogą zareagować. W przypadku święceń biskupich wszystko dzieje się za zamkniętymi drzwiami, pod sekretem papieskim i w Kościele rozumianym jedynie jako instytucja czy korporacja zawodowa, nie zaś wspólnota.
Po drugie, to niespójne z teologią urzędu biskupiego, gdyż co do zasady biskup – owszem, ordynariusz, ale procedury ich powoływania są analogiczne jak w przypadku biskupów pomocniczych – powinien być swojej diecezji zaślubiony. W tym przypadku nikt jednak nie pyta o zdanie jednej ze strony małżeńskiego związku. A przecież w przypadku zwykłego małżeństwa czyni je to… nieważnym.
Po trzecie zaś, jak pokazuje historia ks. Dukielskiego, ale także fatalne nominacje biskupie, które zakończyły się święceniami, gdyż kompromitujące fakty z przeszłości lub małość charakterów kandydatów nie wyszły na jaw na czas, jest to formuła nieefektywna.
Czas więc na zmiany, które pozwolą przy wybieraniu biskupów uwzględnić głos Kościoła przez największe z możliwych „K”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















