Netanjahu otwiera kolejne fronty: wojna stała się treścią polityki premiera Izraela

Jeśli jakaś wojna może stać się w pewnym momencie apoteozą samej siebie – czyli z politycznego punktu widzenia ocierać się już o absurd – to właśnie obecna wojna Izraela. Skąd taki osąd? Prześledźmy po kolei, co działo się w ciągu ostatniego roku – i narysujmy wojenną mapę Izraela oraz jego otoczenia.
Czyta się kilka minut
Medialne przecieki, że Netanjahu storpedował porozumienie z Hamasem o rozejmie i uwolnieniu zakładników, wyprowadziły na ulice kilkaset tysięcy Izraelczyków. Na zdjęciu: „skrwawiony” portret premiera na proteście przed resortem obrony w Tel Awiwie, 5 września 2024 r. // Fot. Jack Guez / AFP / East News
Medialne przecieki, że Netanjahu storpedował porozumienie z Hamasem o rozejmie i uwolnieniu zakładników, wyprowadziły na ulice kilkaset tysięcy Izraelczyków. Na zdjęciu: „skrwawiony” portret premiera na proteście przed resortem obrony w Tel Awiwie, 5 września 2024 r. // Fot. Jack Guez / AFP / East News

Niemal rok mija od 7 października 2023 r., gdy Hamas zaatakował Izrael, zabił blisko 400 żołnierzy i blisko 800 cywilów, a także wziął 251 zakładników. Ten bodaj najczarniejszy dzień w historii współczesnego Izraela stał się zarazem kolejną odsłoną dramatu Palestyńczyków i Libańczyków.

Oraz – początkiem kryzysu, który swoją siłą idzie w zawody ze wszystkimi dotychczasowymi w tym regionie świata. Początkiem wojny, przy której wcześniejsze konflikty regionalne – konwencjonalne, asymetryczne i hybrydowe – bledną. Początkiem wojny „doskonałej”, która, żyjąc sobą, nie zwodzi nadziejami na pokój.

Front pierwszy: Gaza

Od niemal roku armia Izraela, uchodząca za niemal perfekcyjną, „miażdży” Hamas, a wraz z nim Strefę Gazy: gęsto zaludniony (2,5 mln ludzi na 360 km2) skrawek Autonomii Palestyńskiej wciśnięty między Izrael, Egipt i Morze Śródziemne. Zginęło ponad 40 tys. jej mieszkańców (w większości cywilów), a 1,9 mln zostało uchodźcami wewnętrznymi. Kryzys humanitarny odmienia się przez wszystkie przypadki (ostatnio epidemia polio), a skala zniszczeń – w oczach zachodnich dziennikarzy – jest większa niż „ikony” zniszczenia, jakimi były Drezno i Hamburg w czasie II wojny światowej czy Aleppo i Mosul dekadę temu.

Brutalność działań Izraela dawno przesłoniła ofiary 7 października, świat huczy od potępienia, RPA – przy wsparciu rzeszy innych państw – pozywa Izrael do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości, oskarżając go o ludobójstwo. Na zawieszenie broni naciskają USA i regionalni partnerzy Izraela.

Ale wojna trwa. Izrael nie wierzy Hamasowi, walczy o zakładników (31 sierpnia w nieudanej próbie ich odbicia Hamas zabił kolejnych sześciu). Walczy, nie łudząc nadzieją jakiegokolwiek rozwiązania politycznego. Przy tym wszystkim nic nie wskazuje na to, żeby Hamas został rozbity czy choćby znacząco osłabiony.

Miasto Chan Junus w Strefie Gazy, 4 września 2024 r. // Fot. Bashar Taleb / AFP / East News

Front drugi: Hezbollah

Wraz z wojną z Hamasem rozpalił się ze zwielokrotnioną siłą konflikt z libańskim Hezbollahem. Zarówno rakietowe ostrzały ze strony Hezbollahu, jak też – dużo silniejsze – bombardowania ze strony Izraela przyniosły blisko tysiąc ofiar (niemal wszystkie w Libanie). Izrael do perfekcji opanował metody zabijania dowódców i liderów Hezbollahu (ostatnia głośna ofiara to lider struktur wojskowych Fu’ad Szukr, zabity 30 lipca).

Przy ostatniej większej konfrontacji, 24 sierpnia, setka (!) izraelskich samolotów miała zniszczyć 40 celów i do 320 ograniczyć liczbę wystrzelonych przez Hezbollah rakiet. Mimo niezakończonej „operacji” w Gazie, od roku regularnie powracają izraelskie groźby całkowitego zniszczenia Hezbollahu – nie ma wątpliwości, rząd Izraela chciałby osiągnąć strategiczny sukces za cenę nowej wojny.

Choć więc Izrael nie uporał się wciąż z „małą” Gazą, balansuje na krawędzi otwartego konfliktu z wielokrotnie silniejszym Hezbollahem (tylko w czysto militarnych kalkulacjach przypisuje mu się kilkadziesiąt tysięcy bojowników i co najmniej kilkadziesiąt tysięcy różnego rodzaju rakiet).

Front trzeci: Iran

Izrael rozpoczął też ofensywę przeciwko Iranowi (z punktu widzenia Jerozolimy: kontrofensywę, bo Iranowi przypisuje się odpowiedzialność za działania i Hamasu, i Hezbollahu). Na przełomie 2023/24 Izrael zabił kilkunastu wysoko postawionych dowódców irańskich, w kwietniu zbombardował irański konsulat w Damaszku (był to jeden z niezliczonych jego ataków na teren Syrii), aby następnie w nocy 13/14 kwietnia zostać bezpośrednio zaatakowanym przez ponad 300 irańskich rakiet, pocisków i dronów. Region znalazł się na krawędzi apokalipsy – po czym wrócił na swoje tory.

Izrael przypomniał znów o sobie światu, gdy 31 lipca – w czasie inauguracji rządów nowego prezydenta Iranu – zabił w Teheranie szefa biura politycznego Hamasu, Ismaila Haniję. Irańczycy zapowiedzieli godną odpowiedź w wybranej przez siebie formie i czasie – i czekają.

Front czwarty: Zachodni Brzeg

Ostatnim – jak dotąd – frontem pozostaje Zachodni Brzeg Jordanu: główny ośrodek Autonomii Palestyńskiej, którego formalną częścią jest Strefa Gazy.

Napięcie utrzymuje się tam od października 2023 r. Regularnie dochodzi tam do interwencji sił izraelskich, których uzasadnieniem ma być likwidacja Hamasu i komórek odpowiedzialnych za kontakty z Hezbollahem i Iranem. Liczbę zabitych ocenia się na – bagatela – ok. 600 osób.

Motorem napięć na Zachodnim Brzegu pozostają jednak przede wszystkim izraelscy osadnicy, nielegalnie zajmujący kolejne tereny Autonomii Palestyńskiej. Na Zachodnim Brzegu ma być ich  ponad 500 tys. (nie licząc Wschodniej Jerozolimy). Bezpośrednio atakują i niszczą palestyńskie osady. Dla nich konflikt w Gazie jest okazją, by siłą wypychać Palestyńczyków i poszerzać swój stan posiadania. Władze Izraela formalnie odcinają się od nich, jednak w praktyce ich wspierają.

Teraz, od końca sierpnia, można mówić już o pełnoskalowej operacji militarnej Izraela, której deklarowanym celem jest rozbicie realnych i domniemanych terrorystów, zaś w praktyce – pacyfikacja Zachodniego Brzegu.

Trauma Izraela

Na tych czterech frontach Izrael prowadzi więc dziś wojnę. Premier Netanjahu deklaruje, że będzie ją prowadzić aż do zwycięstwa.

Tylko – co to miałoby znaczyć? Jak miałby wyglądać pierwszy dzień zwycięstwa? I czego należałoby oczekiwać w, powiedzmy, piątą rocznicę tego zwycięstwa? Bodaj każda wojna ma swój (deklarowany) sens i cel, którego osiągnięcie pozwala ją zakończyć. Uważa się, że każda jest przedłużeniem polityki, jej instrumentem i środkiem.

Gdyby tak spojrzeć na wojnę, wówczas ta obecna, prowadzona przez Izrael – pomijając na chwilę jej aspekty moralne – z trudem poddaje się jednak racjonalności.

W przypadku Izraela bez wątpienia wyrasta ona z głęboko zakorzenionej traumy, która odwołuje się zarówno do Holokaustu, jak też do kolejnych wojen z Arabami po roku 1948 o przetrwanie Izraela, a także ze strachu przed współczesnym Iranem. Ale nie tylko: dzień 7 października 2023 r. załamał wiarę Izraelczyków we własne bezpieczeństwo i poderwał ich zaufanie do własnego państwa.

Dla elit i dla społeczeństwa ta wojna – i jakiś rodzaj zwycięstwa, niezależnie od ceny – wydają się być racją stanu, skoro dotychczasowy model państwa i model polityki bezpieczeństwa się załamał. Dla premiera Netanjahu – skądinąd niezwykle kontrowersyjnego w samym Izraelu – wojna i zwycięstwo są warunkiem jego przetrwania politycznego. Tym bardziej że oskarżany jest o współodpowiedzialność za tragedię 7 października oraz za los zakładników przetrzymywanych wciąż przez Hamas.

Traumę można skonstatować, jej efekty tłumaczyć. Nie oznacza to jednak, że zasadne jest przyjmowanie racjonalności traumy i usprawiedliwianie wszystkich jej konsekwencji.

Netanjahu i Hezbollah

Wojna (wojna w ogóle) mogłaby się tłumaczyć skutecznością militarną. Ta obecna jest okazją do zamanifestowania imponującej sprawności sił zbrojnych i służb izraelskich.

Izrael nie tylko stać na prowadzenie niezwykle kosztownego konfliktu (w czym kluczowe znaczenie ma otwarty kredyt ze strony USA), ale odnosi w niej spektakularne sukcesy. Zabicie dziesiątków dowódców przeciwnika, w tym liderów i Hamasu, i Hezbollahu, w tym zdolność likwidacji Haniji w samym Teheranie pod czujnym okiem Korpusu Strażników Rewolucji (skądinąd też grających w resortowej lidze mistrzów) – wszystko to daje wrażenie wszechmocy i zdolności do sparaliżowania każdego przeciwnika.

Wydaje się, iż Netanjahu ma nadzieję, że w końcu uda mu się sprowokować Hezbollah, a najlepiej Iran, do otwartej i pełnoskalowej konfrontacji. Ta zmusiłaby Amerykę do bezpośredniego zaangażowania się po stronie Izraela (a zapewne także państwa Zatoki Perskiej). Rozbicie Hezbollahu, a tym bardziej Iranu byłoby sukcesem strategicznym. Zniknąłby co najmniej jeden z koszmarów Izraela – perspektywa nuklearnego Iranu, który z chwilą pozyskania bomby atomowej zakwestionowałby nuklearny monopol Izraela w regionie. 

Wojna zastępcza

Jaki musi być jednak stopień desperacji i hazardowego zacięcia, aby – nie mogąc przez rok militarnie spacyfikować Gazy – eskalować dodatkowo sytuację na Zachodnim Brzegu, podejmować ryzyko konfrontacji z Hezbollahem (wszak dużo silniejszym niż Hamas), a tym bardziej z Iranem?

Skala kwietniowej rakietowej konfrontacji z Iranem sugeruje przecież, że Izrael (nawet z pomocą USA) mógłby nie tylko zrujnować się finansowo, zestrzeliwując rakiety i drony lecące z Libanu czy Iranu, ale – raczej prędzej niż później – po prostu mógłby nie mieć czym ich zestrzeliwać, gdyby wciąż nadlatywały w dużej liczbie.

Iran wiarygodnie sugerował też, że ma zdolności, aby rozszerzyć swoją „wojnę zastępczą” (tzw. proxy war) – dziś jest to m.in. Jemen, jutro może być choćby Azerbejdżan, gdzie Izrael ma poważne interesy.

Ponadto: gdyby choć ćwierć izraelskich oskarżeń wobec nich miała okazać się prawdziwa, to Hamas, Hezbollah czy Iran mają ogromny potencjał do prowadzenia działań terrorystycznych w świecie – i jest to przedmiotem publicznych gróźb i spekulacji.

Kreatywność Iranu w działaniach asymetrycznych, jego nietestowany w boju, ale ogromny potencjał konwencjonalny, wreszcie poważny dług do spłacenia po zamachu w Teheranie – wszystko to nie powinno dawać Izraelowi poczucia komfortu. Okazana w ostatnich miesiącach cierpliwość strategiczna Iranu tym bardziej.

W tle zaś wisi cały czas groźba nuklearyzacji Teheranu. Groźba samospełniająca się – bo jakie może mieć dziś hamulce Iran, aby z tego zrezygnować?

Zawieszenie broni

W tym wszystkim otwarte pozostaje pytanie o polityczny cel Izraela.

Bezdyskusyjna jest niechęć Netanjahu do podpisania choćby zawieszenia broni w Gazie – mimo nacisków zewnętrznych, w tym amerykańskich. Co najmniej wątpliwości budzi konsekwentna likwidacja politycznych przeciwników (w tym Haniji, który był otwarty na rozmowy – nawet jeśli koniunkturalnie), antagonizowanie potencjalnych partnerów (w tym nowego prezydenta Iranu, reprezentującego reformatorską mniejszość obozu rządzącego) czy dyskredytacja skądinąd słabych dotychczasowych „klientów” (władze Autonomii Palestyńskiej).

W działaniach rządu Izraela trudno dostrzec konstruktywny i wiarygodny plan polityczny dla przeoranych przez historię Palestyńczyków (zasłonę milczenia spuśćmy na radykalne głosy w debacie izraelskiej i rosnącą pozycję środowisk osadniczych). A zatem trudno dostrzec też alternatywę dla nowej, zapewne jeszcze bardziej radykalnej generacji liderów. Tymczasem jakiekolwiek – choćby narzucone siłą – porozumienie polityczne musi być przyjęte przez drugą stronę, realnie reprezentującą i kontrolującą własne społeczeństwa.

Dramatyzmu dodaje fakt, że problemem są tu zarówno elity i społeczeństwa przeciwników Izraela, jak też elity i społeczeństwo w samym Izraelu. Także dla niego ta wojna niewątpliwie będzie gruntowną cezurą w wymiarze wewnętrznym.

Sojusz Izrael–USA

Pozostaje wreszcie pytanie o przyszłość regionu, którą Izrael dziś kreuje.

Przez dekady Izrael wyrobił sobie pozycję stabilnego wewnętrznie (i jedynego demokratycznego w regionie) mocarstwa regionalnego o potężnej sile odstraszania, ale też o dużej atrakcyjności politycznej (poprzez swoje przełożenie na Zachód, a zwłaszcza USA) i gospodarczej. Stał się przewidywalnym, nieodzownym, a dla Egiptu czy państw Zatoki także pożądanym partnerem.

Dzisiejszy Izrael utracił ten walor stabilności i przewidywalności. Trudno dopatrzyć się jego wizji na przyszłość, zwłaszcza akceptowalnej i pożądanej wizji regionu. Skutki chaosu, emocje, które wywołuje w społeczeństwach Bliskiego Wschodu, groźba wielkiego konfliktu czy groźba nuklearnego Iranu (i w efekcie nuklearnego wyścigu zbrojeń) – to wszystko staje się namacalne.

Twardym atutem pozostaje wsparcie Izraela przez USA. Inaczej niż w Europie, elity głównych partii w Stanach jednoznacznie i efektywnie wspierają Izrael. Wsparcie to wyrasta m.in. z założenia o bliskości interesów strategicznych (Izrael uchodził za państwo chroniące interesy USA w regionie) i ugruntowanego historycznie sojuszu (jak wszystko w historii, sojusz ten miał swój konkretny początek – rok 1967 – ale zapewne kiedyś doczeka się swojego końca).

***

Jak w tym wszystkim Izrael kalkuluje dziś swoje szanse i zagrożenia? Oraz ile w tym jest w ogóle kalkulacji?

Jeżeli jakaś wojna może stać się w pewnym momencie apoteozą samej siebie – czyli w istocie, z politycznego punktu widzenia, ocierać się o absurd – to właśnie ta wojna Izraela.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 37/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Izrael. Apoteoza wojny