Piotr Popiołek: Ile wspólnego ma literatura z teologią?
Alison Milbank: Może być formą teologicznej refleksji. Myślę o całej literaturze, nie tylko tzw. religijnej. Napisanie wiersza lub opowiadania jest wyjściem poza to, co bezpośrednie i materialne. Zatem w każdym rodzaju pisania jest jakiś rodzaj elementu religijnego, nawet wbrew sobie. Na przykład, jeśli piszesz powieść science-fiction lub fantasy, musisz stworzyć świat, który działa, ma system moralny i metafizykę. Więc nawet pisząc tego typu teksty, oddajesz się zagadnieniom metafizycznym.
Właściwie wszystkie opowiadane historie zakładają, że istota ludzka ma głębię, która wykracza poza świat naturalistyczny. Mówił o tym np. Nathan Scott, który w latach 70. zapoczątkował interdyscyplinarne ćwiczenia akademickie na kilku uniwersytetach amerykańskich z teologii i literatury. Czytał różnych autorów i pokazywał, że szukali Boga, czasem w bardzo dziwny sposób.
Czyli nie tylko literatura religijna prowadzi nas do refleksji teologicznej?
W mojej pracy dydaktycznej często wracam do takich tekstów jak „Boska komedia” Dantego, która jest dziełem chrześcijanina o teologicznych zainteresowaniach. Wchodząc w tekst, student musi wejść w ten świat, nadać mu sens i pracować z jego założeniami. Często więc taka refleksja jest odkrywcza, ale działa w oparciu o konkretne teologiczne założenia. Ale przecież nie chodzi o to, by przyjąć punkt widzenia, który jest nam ukazany na kartach książki, ale by zastanowić się nad nim teologicznie.
Dzisiaj coraz więcej brytyjskich teologów uprawia teologię przy pomocy tekstu literackiego. Choćby Graham Ward. Używał tekstów Szekspira, by przemyśleć ideę dobrego życia, życia w mieście i tak dalej. To oczywiście też jest dość łatwe, bo Szekspir pisał „w ramach chrześcijaństwa”, wiele osób twierdzi wręcz, że jest „pisarzem chrześcijańskim”. Ale Graham robi to również poprzez inne teksty, których używa do refleksji teologicznej.
Literatura religijna bywa też często pretensjonalna i odpychająca w nachalnym promowaniu swej chrześcijańskiej wizji.
Chyba wiem, co ma Pan na myśli. Jest taki rodzaj książek religijnych, które lubię nazywać „religią kucyków Pony”. Ma Pan dzieci, więc pewnie wie, o co mi chodzi. To sposób mówienia o religii na bardzo ograniczonym poziomie, bez zadawania pytań i zbytniego zagłębiania się. To zwykle literatura kaznodziejska i dość płytka, jak już Pan powiedział. Dlatego że próbuje w pierwszym rzędzie ewangelizować, mówi tylko to, co jej zdaniem powinniśmy usłyszeć.
Oczywiście nie twierdzę, że prawdziwą teologiczną refleksją jest tylko ta, która wszystko kwestionuje. Chodzi raczej o świadomość faktu, że Bóg wymyka się naszym definicjom i naszemu językowi.
To zresztą dziwne, bo właśnie dzieci mają naturalną skłonność do myślenia metafizycznego, zadawania pytań wykraczających poza materialistyczny światopogląd. Nawet w niewierzących rodzinach.
Tak. „Jest świat, więc musi być ktoś, kto go stworzył”. Ale to, co powinniśmy im zaoferować, powinno być kuszące, piękne i silne. Dlatego opowiedz im historię naszej wiary. Z mocą, ale bez moralizowania. Musisz sprawić, by opowieści były performatywne i pociągające. Nie dawać dzieciom niczego na tacy. One muszą się tego uczyć.
Dzieci mają też bardzo silne poczucie sprawiedliwości, mocno czują, że coś jest niewłaściwe, albo że mają prawo do czegoś. Lubią porównywać się z innymi – dorosłymi i rodzicami. Myślę, że mają silny kompas moralny, który nie lubi niuansów.
Jakie książki Pani czytała swoim dzieciom?
Gdy były małe, najbardziej lubiły „Wizytę w gospodzie Williama Blake’a. Wiersze dla niewinnych i doświadczonych podróżników”. To książka Nancy Willard, amerykańskiej artystki i pisarki, która patrzy na świat oczami malarza i poety Williama Blake’a. Moje dzieci uwielbiały te wiersze o żywych obrazach. Teraz fascynuje się nimi mój wnuk.
Dzieci trzeba zapraszać do tajemnicy i głębi. Pokazywać, że świat jest czymś więcej, niż nam się wydaje. Dorosłym zresztą też. Myślę, że autorzy popularnych czy fantastycznych książek zawsze powinni to robić.
Kościół bywał bardzo krytyczny wobec wielu dzieł literackich.
To prowadzi nas też do Platona i jego narzekań, że edukacja odbywa się przez dzieła Homera, w których bogowie nie prowadzą raczej przykładnego życia. To zawsze był problem z literaturą, którą uważano za demoralizującą.
Kiedyś były indeksy ksiąg zakazanych, a w czasach całkiem nowych choćby awantura o Harry’ego Pottera, który zdaniem księży czy prasy katolickiej miał promować magię.
Gdyby przeczytali Harry’ego Pottera do końca, zdaliby sobie sprawę, że wręcz przeciwnie, że to właśnie krytyka manipulacyjnej idei magii.
Strach przed magią wynika z braku zaufania w moc Wcielenia. To jeden z problemów dzisiejszych mediów – jak szukać głębszej refleksji teologicznej w książkach, których autorzy nie mieli zamiaru moralizować ani mówić o wartościach.
Szukać teologicznego sensu w książce nawet wbrew jej autorowi?
Zajmuję się powieściami o wampirach. Ich autorzy nie muszą być w jakikolwiek sposób zaangażowani religijnie, ale przecież sam temat pokazuje, że na pewnym poziomie protestują przeciwko ograniczeniom naturalistycznego, materialistycznego i ateistycznego rozumienia rzeczywistości. Uważam, że mają z natury wymiar teologiczny, nawet jeśli sami autorzy tego nie dostrzegają.
Dziś szukamy teologii także w kulturze popularnej – w Gwiezdnych Wojnach czy uniwersum Marvela.
Nawet takie prace, jak fotografia „Piss Christ” Andresa Serrano, zdjęcie krucyfiksu w naczyniu z moczem, są bardzo łatwe do teologizowania. Tu mamy Chrystusa odrzuconego, który właśnie w odrzuceniu objawia nam swoją boskość. Zawsze istnieje teologiczna głębia, którą możemy znaleźć dzięki wcieleniu, kenozie. Taka interpretacja jest zresztą zgodna z myślą niektórych starożytnych autorów.
Klemens Aleksandryjski pisał, że Chrystus był brzydki. Chciał Go w ten sposób pokazać w kontraście do światowej, zepsutej idei piękna.
A Augustyn mówił, że Chrystus uległ deformacji dla naszego upiększenia. Stał się brzydki, abyśmy stali się piękni. To wszystko przecież brzmi bardzo nowocześnie.
Których współczesnych autorów ceni Pani z tego powodu najbardziej?
Z angielskich – Susannę Clarke. Napisała niesamowitą powieść, zatytułowaną „Piranesi”, która opowiada o człowieku, któremu się wydaje, że żyje w dziwnym rodzaju więzienia. Piranesi, jak wiemy, stworzył serię rycin o więzieniu.
Nie chcę zdradzać fabuły, ale oczywiście okazuje się, że za tą wizją uwięzienia jest coś innego. Również pierwsza powieść Clarke – „Jonathan Strange i pan Norrell”, mieszanka fantasy i Jane Austen – jest głęboko religijna, choć autorka, gdy ją pisała, wcale religijna nie była.
Inną angielską pisarką, którą lubię, jest Sarah Perry. Też nie jest religijna, ale pisze bardzo kuszący neogotyk. Polecam jej książkę „Melmoth” o otchłani cierpienia i o tym, czy może ono służyć odkupieniu.
Bardzo podoba mi się też dzieło Kazuy Ishiguro „Nie opuszczaj mnie”, na podstawie którego nakręcono film. Bohaterowie Ishiguro odkrywają, czym jest bycie człowiekiem, klonem, czym są roboty i sztuczna inteligencja. To prowokuje do naprawdę głębokich, quasi-religijnych pytań o naturę tego, czym jest istota ludzka – dziś moim zdaniem coraz bardziej zagrożona.
A klasycy literatury teologicznej? Tolkien, Lewis czy Chesterton?
Lewis, szczególnie w swojej trylogii science-fiction, skierowanej raczej do dorosłych, w każdym razie bardziej niż kroniki Narnii, stara się zdestabilizować centralność Ziemi i pokazać, że istnieją inne rodzaje życia. Obcy w jego historii nie są poddani grzechowi pierworodnemu, podczas gdy zwykle, w popularnej fantastyce naukowej, mamy skłonność pokazywania, że kosmici są nam wrodzy.
Z kolei Tolkien podąża inną ścieżką – daje nam świat, który ma ukrytą teologię stworzenia. Mam na myśli to, co jest tak wyraźne w jego Silmarillionie – mit stworzenia, bardzo teologiczny, z nieco innym opisem natury zła niż w chrześcijaństwie. Tam zło istnieje jeszcze przed stworzeniem świata. Tolkien jest teologiczny na głębszym poziomie. To jest prawie pogańska wersja Starego Testamentu, która stawia chrześcijaństwo w dobrym świetle.
To nie przypadek, że pierścień zostaje zniszczony 25 marca w kalendarzu Shire, który jest dniem zarówno Zwiastowania, jak i – według Złotej Legendy – Ukrzyżowania. To jakby sugestia, że świat nie może sam się uratować.
Świat Tolkiena jest pełen melancholii. Upadły, chociaż stworzony jako dobry. W tekstach niepublikowanych za jego życia jest dialog elfa z ludzką kobietą, jasnowidzką, opowiadający o naturze śmierci. To czysta teologia. Myślę, że to nie przypadek, że tak dużo chrześcijan przywiązało się do Tolkiena – on oferuje literaturę bez moralizatorstwa. Lewis natomiast moralizuje…
Lewisa łatwiej jest wytłumaczyć dzieciom. Metafory są dość proste i dzieci łatwo je pojmują.
Popatrzmy, jak w bardzo sprytny sposób odtwarza mit Platona o jaskini w „Srebrnym krześle”, z Zieloną Panią, która sprowadziła księcia do podziemi, tak że zapomniał swojego imienia, i próbuje go przekonać, że nie ma powierzchni. Jest zauroczony przez czarownicę, która wmawia mu, że Aslan ani Narnia nie istnieją. Zachowuje się jak ludzie w micie Platona, którzy przekonują więźniów, że jaskinia to jedyny świat, jaki istnieje.
To ukryty zabieg apologetyczny, ale całkiem sprytny, ponieważ dzieci, czytając tę historię, doskonale wiedzą, że Narnia istnieje – przecież czytały o niej. Wiedzą, że Czarownica kłamie. Lewis pokazuje w ten sposób, że istnieje świat poza tym, który możemy zobaczyć. To przydatne w ukazaniu, że istnieje transcendencja.
Jak Pani – nie tylko wykładowca uniwersytecki, ale też ksiądz – wykorzystuje literaturę w kaznodziejstwie?
Od czasu do czasu sięgam po literaturę piękną. Pamiętam kazanie ślubne, w którym nawiązałam do sceny z końca powieści Dickensa, gdzie ludzie po ślubie wychodzą do świata. Używam tego w sposób zupełnie naturalny. Nie myślę o tym.
Dużo mówię o poezji. Częściej niż o powieściach. Myślę, że poezja jest bardziej potrzebna i łatwiej ją odnieść do różnych sytuacji.
Poezja jest bardziej otwarta na refleksję teologiczną? Czy może wierni lepiej rozumieją odniesienia do niej?
W poezji język jest bardzo zakrzepły, mocny. Często w kazaniach cytuję tylko kilka wersów wiersza, które nadają głębi temu, co mówię. Myślę, że poezja mocno dziś rezonuje w ludziach.
Choć pewnie niewiele osób ją czyta. To jednak lektura wymagająca.
Wybieram zazwyczaj konkretny obraz albo ideę. Obrazy przemawiają do ludzi. Wystarczy zacytować krótkie fragmenty, które pokazują jakiś obraz albo zabierają ludzi w jakieś miejsce. Albo przenoszą w jakiś stan umysłu.
Czasem pozwalam sobie nawet pójść na skróty. Jest taki ksiądz-poeta, Malcolm Guite, który napisał dużo poezji liturgicznej, np. sonety o różnych świętach i temu podobne rzeczy. Wielu księży go cytuje. Nie jest to wielka poezja, jak T.S. Eliota czy Geoffreya Hilla, ale znajduje głęboki oddźwięk, mocno przemawia do ludzi. Też z niej korzystam.
Czytała Pani list papieża Franciszka na temat literatury i jej roli w formacji religijnej?
Bardzo mi się spodobał. Papież odniósł się do problemu formacji seminarzystów, ja to samo obserwuję u moich studentów. Oni po prostu nie czytają.
A przecież kiedy czytasz wiersz, opowiadanie czy sztukę, musisz się temu tekstowi poddać. Papież mówi, że jesteś zmuszony posłuchać, jak inna osoba widzi świat, musisz w niego wejść. Na przykład w powieściach – czytając je, zdajesz sobie sprawę, że postacie mają głębokie życie wewnętrzne. Inni ludzie ujawniają się wtedy w całej swojej głębi i tajemniczości. Papież w tym liście zacytował słowa Karla Rahnera, że wiersze są bramami do nieskończoności. To prawda.
Ale mówi też, by potraktować poważnie kulturę, w której się żyje. Dzieła literackie są sposobem, by dowiedzieć się, jakie są problemy świata, w którym żyjesz, jakie są wyobrażenia o tym świecie. Takich rzeczy nie dowiesz się i nie doświadczysz, żyjąc w seminarium. I możesz nigdy nie być ich świadomy.

Prof. Alison Milbank – profesorka teologii i religioznawstwa na Uniwersytecie Nottingham (Wielka Brytania). Jest księdzem anglikańskim, kanonikiem przy katedrze w Southwell. Naukowo zajmuje się teologią w literaturze i kulturze. Razem z mężem Johnem Milbankiem, również teologiem, są członkami ruchu Radykalnej Ortodoksji, zrzeszającego chrześcijańskich teologów i filozofów.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















