Gdzie skutecznie uciec przed światem? Porady Juliusza Verne’a

Co się z nami dzieje? Gwałtowny rozwój technologii i kryzys wyobraźni. Współzależność gospodarek i globalne kryzysy. Poszukiwanie życia na dnie oceanów. Podobne przemiany świata obserwował wielki Juliusz Verne.
Czyta się kilka minut
// Fot. Lukas Gojda / Adobe Stock
// Fot. Lukas Gojda / Adobe Stock

Ponoć fantastyka narodziła się z chwilą, gdy dzieci były już znudzone baśniami. Pełne grozy opowieści braci Grimm czy pouczające historie o Piotrusiu Rozczochrańcu ustępowały już miejsca opasłym powieściom Karola Maya, Jacka Londona i Henryka Sienkiewicza

Złoty wiek literatury przygodowej przypadał na czasy, w których świat zaczął się gwałtownie kurczyć, a życie stawało się coraz bardziej przewidywalne i komfortowe. Rozczytani i dobrze sytuowani mieszczanie pragnęli doświadczać ryzyka przynajmniej na papierze.

Skąd się wziął Juliusz Verne

Mały Juliusz Verne (1828-1905), dorastając w portowym zgiełku handlowego miasta na francuskim wybrzeżu, także marzył o przygodach. Obserwując z niewiele starszym bratem wracające z dalekomorskich wypraw żaglowce, klipery i szkunery, musiał się czuć jak Alicja z Krainy Czarów w domku Białego Królika (gdyby znał tę historię).

Zapewne pamiętacie ten fragment z książki Lewisa Carrolla, w którym dziewczynka po zjedzeniu ciasteczka rosła tak bardzo, że przestawała się mieścić pod dachem. W drugiej połowie XIX w. dokładnie coś takiego działo się z proporcjami świata. Odległe miejsca zaczynały się do siebie zbliżać dzięki coraz szybszym i coraz bardziej dostępnym środkom komunikacji. 

Przez Europę pobiegły tysiące kilometrów torów kolejowych, przez Atlantyk płynęły ogromne statki pasażerskie, a po dnie oceanów przeciągnięto kable telegraficzne, umożliwiające przesyłanie informacji z Paryża czy Londynu do Nowego Jorku i Tokio. Wszystkie kraje zostały naniesione na mapy i zaczęły funkcjonować wedle tego samego zegara. Strefy czasowe, w których dziś funkcjonujemy, zawdzięczamy epoce Verne’a.

Nieprzypadkowo historia opisana w „20 000 mil podmorskiej żeglugi” rozpoczyna się na brzegu Nowego Świata. Juliusz Verne był z bratem na wycieczce w Nowym Jorku, a statek, który ich tam zabrał, był naprawdę ogromny: liczył 210 metrów długości i ważył 30 tys. ton. Nazywany początkowo „Lewiatanem”, do historii przeszedł jako „Great Eastern”. Mimo że mógł wziąć na pokład cztery tysiące pasażerów, podczas pierwszej podróży przez Atlantyk miał ich zaledwie czterdziestu. Wkrótce potem sztorm zniszczył cały jego górny pokład, a właściciel zbankrutował.

Podziurawionego „Lewiatana” odkupił po atrakcyjnej cenie Amerykanin Cyrus Field. Jako „Great Eastern” miał mu posłużyć do ułożenia na dnie oceanu kabla telegraficznego. Projekt doszedł do skutku w roku 1865, tuż przed tym, jak na morzach i oceanach zaczął grasować kapitan Nemo. Kabel położony przez Fielda, jak zauważą dociekliwi czytelnicy i czytelniczki, jest zresztą dla Nautilusa punktem orientacyjnym w jego podwodnej podróży. Verne płynął statkiem „Great Eastern” na Wystawę Światową w roku 1867. Do roku 1870 kable telegraficzne oplotły niemal cały glob. Przekazywanie informacji było teraz dziecinnie proste.

Andre Gill, karykatura Juliusza Verne'a na okładce pisma „L'Éclipse", grudzień 1874 r. // Domena publiczna

Kiedy pisarz tworzył postać Fileasa Fogga, ziemię można było także fizycznie okrążyć w niebywałym czasie osiemdziesięciu dni, choć ledwie dwie dekady wcześniej taka wyprawa nie mogłaby trwać krócej niż rok. „Cały świat podróżuje”, notuje w roku 1873 niemiecki pisarz i dziennikarz, Theodor Fontane. Przedsiębiorca Thomas Cook zakłada pierwsze w historii biuro podróży, które organizuje jednodniowe wycieczki koleją – alternatywną wobec alkoholu formę rozrywki. A że w podróży dobrze jest poczytać, książki drukuje się w ogromnych ilościach. W samej tylko Francji wydawca Louis Hachette posiada pięćset przydworcowych księgarni.

Kiedy świat zmieniał proporcje, a białe plamy na mapach zanikły, przeobrażeniu ulegała także literatura. Ponieważ Europa zostaje dokładnie opisana w przewodnikach, twórcy przygód muszą uciekać dalej – na Dziki Zachód, do wnętrza ziemi, na Księżyc albo dno oceanu. Czytelnicy pragną opowieści, których bohaterami są śmiałkowie ryzykujący kontakt z nieznanym. Tak rodzi się między innymi powieść naukowa, matka science fiction, a wraz z nią nowy typ bohatera: naukowiec w stylu Pierre’a Aronnax, bohatera „20 000 mil podmorskiej żeglugi”.

Jak żyć bez światła i tlenu

Jak przewiduje w swojej najnowszej książce przyrodnik David Attenborough, na dokładną mapę oceanicznego dna będziemy musieli poczekać jeszcze co najmniej kilka lat. Biolożka morska Helen Scales policzyła, że badaniem oceanicznych głębin zajmuje się dziś na całym świecie około pięciuset osób. Gdyby całą przestrzeń wód podzielić między nich po równo, każdemu przypadłyby do spenetrowania ponad dwa miliony kilometrów sześciennych, całkiem sporo.

Eksplorowaniem oraz opisem abisalu i hadalu (miejsc, do których nie dociera światło) zajmuje się również Leah, bohaterka wydanej niedawno w polskim tłumaczeniu powieści Julii Armfield „Nasze podmorskie żony” (zob. ramka). Brytyjska autorka podzieliła swoją książkę na rozdziały wedle porządku podwodnych stref. Zanurzając się w fabułę, schodzimy – niczym batyskaf – coraz głębiej w codzienność i myśli bohaterek, ale też w całkowite ciemności, do granicy życia jako takiego. 

Angielskie słowo abyss, oznaczające otchłań oraz głębinową strefę oceanów, ma wiele znaczeń. Słowem tym określano na przykład pierwotny chaos, z którego powstał świat. Abyss to także „przepaść”, będącą jednocześnie „kolebką i grobem” – jak czytamy w „Raju utraconym” Johna Miltona. Otchłań jest po prostu wszystkim, co niezgłębione. W kulturze Zachodu to słowo zakorzeniło się na dobre wraz z interpretacjami czterdziestego drugiego psalmu po łacinie: „Abyssus abyssum invocat”, czyli „Otchłań woła otchłani”. I było to wiele wieków przed użyciem owej frazy przez zespół Behemoth.

Za czasów Verne’a, czyli wówczas, gdy na dobre rozpoczęto pomiary głębokości wód, słowo to było już jednoznacznie kojarzone z oceanem. Pierwowzorem Pierre’a Arronaux mógłby być na przykład Edward Forbes, brytyjski przyrodnik, który w roku 1841 jako jeden z pierwszych badał Morze Egejskie, zamieniając kajutę kapitańską w ogromne laboratorium i muzeum jednocześnie. W niedokończonej „Historii naturalnej mórz europejskich” Forbes notował, że „w miarę jak schodzimy coraz głębiej, mieszkańcy mórz coraz bardziej się przeobrażają i stają mniej liczni, co wskazuje, że zbliżamy się do otchłani, w której życie wygasło”.

Dziś wiemy, że życie trwa nawet bez światła i tlenu, na przykład dzięki chemosyntezie, energii uwalnianej na skutek przeróżnych reakcji chemicznych. Głębia nie jest pustką, a żywiołem drobnoustrojów, małych, świecących rybek i dziwnych, galaretowatych stworzeń, które są w stanie znieść ogromne ciśnienie – nieznośne dla ludzkich ciał.

Ale wróćmy do Leah. Kapsuła, w której bohaterka zostaje opuszczona na dno oceanu z dwójką innych badaczy, ulega przedziwnej awarii. Zamknięci na małej przestrzeni naukowcy przez wiele tygodni nie mają kontaktu z bazą. Jak niegdysiejsi stęsknieni za domem żeglarze zaczynają widzieć w ciemnościach morskie potwory, demony i bóstwa, a może po prostu ogarnia ich szaleństwo? To, co stanie się pod wodą, będzie miało wpływ na to, co wydarzy się na powierzchni, nie tylko w relacjach badaczy z najbliższymi, także na powierzchni ich ciał. Opowieść o oceanie jest przecież zawsze opowieścią o zależnościach.

Co zrobić, kiedy przyjdzie wielki krach

Na przykład takich, które organizują handel i gospodarkę. Bohater powieści Johna Ironmongera „Wieloryb i koniec świata” jest matematykiem odpowiedzialnym za stworzenie programu analizującego łańcuchy dostaw – zarówno towarów, jak informacji. Joe Haak pracuje dla londyńskiego domu maklerskiego, a jego algorytmy mają zarabiać pieniądze. Jak to działa? Wystarczy ustawić aktualną temperaturę relacji pomiędzy Arabią Saudyjską a Iranem, by program Haaka wypluł prognozę: spadną nie tylko ceny ropy, w całym zamieszaniu straci również szerzej nieznany importer bawełny. Należy prędko shortować jego akcje.

Nazwany przewrotnie Cassie (na cześć Kasandry) algorytm działa nieco inaczej niż programy pozostałych domów maklerskich w City. Zbudowany jest bowiem jak generatory tekstów, z których korzystamy na co dzień – na silniku semantycznym. Cassie czyta wszystkie gazety codzienne, szczególnie kolumny o rynkach i gospodarce: trzysta publikacji w dwunastu językach, ponad dziesięć tysięcy tekstów dziennie. Do tego zaopatrzona jest przez swojego twórcę w pokaźne prasowe archiwa i mnóstwo innych danych.

Jeśli dwie firmy występują w tekście blisko siebie to znaczy, że istnieje między nimi powiązanie i Cassie to zapamiętuje. Do tego zna i uwzględnia słowa takie jak „paliwo”, „woda”, „konflikt” oraz „dobry”, „zły”, „zdrowy” albo „rosnący”. Mając te wszystkie dane i nieustannie się ucząc, algorytm potrafi „przewidzieć”, co się stanie z akcjami dowolnej firmy na skutek dowolnego zdarzenia. Wszystko to oczywiście działa, dopóki nie nastąpi nieprzewidywalny dla programu – zależny od nielogicznej ludzkiej decyzji – krach na giełdzie. Haak ucieka z londyńskiego City na kraniec Kornwalii i nagi wskakuje do Atlantyku, jakby szukał swojego Nautilusa.

Także dla bohatera najnowszej powieści Richarda Powersa ocean i algorytm są równie tajemniczymi czarnymi skrzynkami. Zafascynowany głębią oceanu chłopiec patrzy w czarne lustro niczym w hadal, próbując dociec, z czym tak naprawdę ma do czynienia. Powers na stronach „Placu zabaw” prowadzi obok siebie dwie historie: jedna opowiada o życiu bezkompromisowej badaczki morskiego dna, druga – o perypetiach przedsiębiorcy technologicznego powoli tracącego pamięć. Ich drogi nieprzypadkowo zmierzają do przecięcia.

Kiedy na świat przychodzą profesor Aronnax i kapitan Nemo, rodzący się globalny świat doświadcza pierwszych międzynarodowych kryzysów. Francuski lekarz i ekonomista Clément Juglar rozpoznaje zjawisko tzw. cyklu koniunkturalnego, publikując swoje przemyślenia w eseju „Des crises commerciales” („Kryzysy handlowe”). Mamy rok 1856. Kiedy w roku 1857 upada bank w Nowym Jorku, ze Stanów kryzys błyskawicznie przenosi się do Wielkiego Brytanii, potem do Niemiec i dalej. Dziś ten rodzaj współzależności nazywamy konektywnością. Wiemy też, że konektywność szybko staje się źródłem międzynarodowych konfliktów – wiele pisze o tym w wydanej właśnie po polsku książce „Wiek nie-pokoju” analityk Mark Leonard.

Doskonale wiemy, że niebezpieczeństwa konektywności sprawiają, że tajemniczy kapitan Nemo postanawia schować się przed skonfliktowaną, zbrojącą się ludzkością w Oceanie, na pokładzie Nautilusa. Z tego samego powodu ucieka z Londynu na wybrzeże Kornwalii twórca Cassie, Joe Haak.

Obietnica kapitana Nemo

Ale zanurzenie całej ekipy profesora Arronaux, a także ich wycieczka po dnie oceanu mogą mieć jeszcze inny sens. Kiedy kapitan Nemo zabiera nowych pasażerów na pokład podwodnego okrętu – a wraz z nimi nas, jako czytelników, uczestników przygody – obiecuje im doświadczenie charakterystyczne dla nowoczesnego świata.

Warunkiem zwiedzenia głębin jest obietnica, że Arronaux oraz jego kompani zostaną w Nautilusie na zawsze. Zanurzając się, powoli odcinają się od znanego im świata – tego, na którym trwa właśnie brutalna walka o zasoby, a „człowiek kieruje wszystkie swoje wysiłki, by pomnażać swą zbrojną potęgę” (tłum. Agnieszka Włoczewska). Zanim Arronaux skorzysta z zaproszenia kapitana Nemo, nie ukrywa, że jest „wielce prawdopodobne, że któryś z krajów, działając w tajemnicy przed innymi, podjął się wyprodukowania i wypróbowania niezwykłej maszyny”. W oczywistym domyśle - nowej broni. Statek Nautilus jest formą schronienia przed światem.

Jak odległe jest tamto doświadczenie od obietnic współczesnej rzeczywistości wirtualnej, która spełnia metafizyczne marzenie uwolnienia się z materialnej powłoki? Wchodząc do jakiejkolwiek gry komputerowej, jesteśmy jak głębinowe zwierzątko, które zostawia światu na przynętę swojego ducha, w rzeczywistości zmykając daleko w fantastyczną ciemność.

Obietnica kapitana Nemo to zaproszenie do wzięcia udziału w przygodzie, zatracenia się w nowoczesnej, immersyjnej narracji – na dobre i na złe. Nieprzypadkowo Hugo Gernsback, żyjący na przełomie XIX i XX w. wynalazca i wydawca pierwszego magazynu science fiction, marzył o istnieniu swoistego izolatora, który całkowicie i szczelnie oddzieliłby kogoś, kto doświadcza przygód wyobraźni, od realnego świata. Wbrew przekonaniu o społecznej szkodliwości takiej decyzji – to do nas ostatecznie należy ocena postawy kapitana Nemo i jego towarzyszy.

Grozoznawca i teoretyk narracji fantastycznych Krzysztof M. Maj napisał w jednym ze swoich tekstów, że immersja „obmywa brzeg rzeczywistości niczym morze, zabierając ze sobą zarówno odbiorcę, jak i substancję realności – którą eroduje do momentu, w którym to, co realne, staje się jednością z tym, co wirtualne”. Tego właśnie spodziewał się po naszych czasach Juliusz Verne.

No właśnie. Czy wiemy, dokąd płyniemy?

 

Ocean i pytania o świat

Julia Armfield, „Nasze podmorskie żony", tłum. Agnieszka Walulik. Wydawnictwo Poznańskie, 2024 // materiały prasowe

Julia Armfield, Nasze podmorskie żony, tłum. Agnieszka Walulik, Wydawnictwo Poznańskie, 2024

John Ironmonger, „Wieloryb i koniec świata", tłum. Jowita Maksymowicz-Hamann. Relacja, 2024 // materiały prasowe

John Ironmonger, Wieloryb i koniec świata, tłum. Jowita Maksymowicz-Hamann, Relacja, 2024

Mark Leonard, „Wiek nie-pokoju. Współzależność jako źródło konfliktu", tłum. Andrzej Wojtasik. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2025 // materiały prasowe

Mark Leonard, Wiek nie-pokoju. Współzależność jako źródło konfliktu, tłum. Andrzej Wojtasik, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2025

Richard Powers, „Plac zabaw", tłum. Anna Halbersztat. Wydawnictwo Poznańskie, 2025 // materiały prasowe

Richard Powers, Plac zabaw, tłum. Anna Halbersztat, Wydawnictwo Poznańskie, 2025

David Attenborough, Colin Butfield, „Ocean. Ostatnie dzikie miejsce", tłum. Sławomir Królak. Wydawnictwo Poznańskie, 2025 // materiały prasowe

David Attenborough, Colin Butfield, Ocean. Ostatnie dzikie miejsce, tłum. Sławomir Królak, Wydawnictwo Poznańskie, 2025

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Zew oceanu