Jarosław Kubacki miał niezwykle bogatą biografię, którą trudno byłoby mi odtworzyć ze szczegółami, choć odbyliśmy wiele rozmów (łączyło nas zainteresowanie trzema nurtami chrześcijaństwa: lewicowym, egzotycznym – wschodnim – i hermetycznym).
Urodził się w 1971 r. w Łodzi i tam wychowywał. Kształcił się początkowo w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, a później w Holandii, gdzie skończył Uniwersytet Teologiczny Kościołów Reformowanych w Kampen oraz seminaria w Lejdzie i Ultrechcie. Posługiwał jako pastor w zborze menonickim w IJmond. Przez ostatnie lata pełnił posługę kapelana w domach opieki w Zoetermeer koło Hagi.
Wsparcie pastora dla Ukrainy
Odszedł dużo za szybko. Zostawił za sobą licznych przyjaciół, a przede wszystkim kochaną mamę i partnera Łukasza. Był człowiekiem wiecznie zabieganym. Umarł w trakcie wyjazdu do Ukrainy. Od początku wojny był bardzo zaangażowany w niesienie pomocy tamtejszej ludności , do czego wykorzystywał swoje liczne kontakty, zwłaszcza wśród organizacji religijnych i Kościołów. Dla wielu mogło być szokiem, że pastor menonicki, bezapelacyjny pacyfista, nie tylko udzielał wsparcia duchowego i charytatywnego, ale był jedną z niewielu osób ze swego menonickiego środowiska, która stanowczo domagała się wsparcia militarnego dla Ukrainy. Gdy po ataku Rosji we wspólnocie menonickiej w Holandii pastorzy jednym głosem nawoływali do zaprzestania wojny i pomocy wojskowej Ukraińcom, by nie eskalować konfliktu, Jarek miał odwagę, by zaprotestować przeciwko tak naiwnemu pacyfizmowi. Wojna jest niesprawiedliwa – mawiał – ale czasem tę niesprawiedliwość trzeba popełniać, żeby zatrzymać większe zło. W tym, jak utrzymywał, był bardziej protestancki i wierny postawie Bonhoeffera.
Kryzys uchodźczy
Zajmował się organizowaniem pomocy w Holandii – przyjmowaniem uchodźców – oraz akcjami charytatywnymi na Ukrainie. Już kilka lat wcześniej, gdy zaczął się kryzys uchodźczy, współorganizował akcję przyjmowania do kościoła w Hadze rodzin uchodźców, którym groziła ekstradycja. Zgodnie z holenderskim prawem, siły porządkowe nie mogą wejść do budynku kościelnego w trakcie sprawowania nabożeństwa, dlatego Jarek wraz z niemal trzystoma innymi osobami, księżmi, pastorami i pastorkami, zorganizował nabożeństwo sztafetowe – nieustanną liturgię, która miała trwać aż do czasu rozpatrzenia ich wniosków azylowych. Trwała kilka miesięcy.
Ciężka praca, liczne spotkania i wyjazdy, pandemia, a potem zaraz troska o przyszłość Ukrainy, odbiły się na jego zdrowiu. Od kilku lat, gdy podróżował przez Polskę do Ukrainy, mówił, że odczuwa „spadki energii”, które nie pozwalają mu się angażować jak kiedyś.
Ekumenizm Jarosława Kubackiego
Był ekumenistą-praktykiem. Poza swoją wspólnotą menonicką posługiwał w licznych innych wspólnotach protestanckich, a także u unitarian uniwersalistów. Jako człowiek ciepły i otwarty miał przyjaciół o najróżniejszych poglądach, duchownych i wiernych różnych wyznań, specjalistów od najbardziej egzotycznych zagadnień. Czasem żartobliwie tłumaczył, że choć odprawia nabożeństwa u braci reformowanych, to bardzo daleko mu doktrynalnie do surowej tradycji kalwińskiej. Jego poglądy na temat zbawienia człowieka były – jak sam twierdził – bliższe katolicyzmowi niż protestantyzmowi, kościelnie jednak był protestantem z krwi i kości. Pamiętam, jak czasem żartował, że może na starość zostanie w końcu katolikiem.
Był zafascynowany mariawityzmem, a szczególnie ks. Konradem Marią Pawłem Rudnickim, który był dla niego mistrzem i przyjacielem. Poglądy światopoglądowe i religijne miał wyraziste, ale jak sam podkreślał, w jego wspólnocie ważniejsza jest praktyka życia i etyka niż doktryna. I chociaż w swym życiu przeszedł przez różne wyznania i organizacje (w tym przez wolnomularstwo), miało się wrażenie, że to nie on się zmienia ani jego poglądy – ale że przechodzi przez te liczne wspólnoty niczym religijny flaner, absorbując z nich to, co pomaga mu wzrastać.
Ostatnie pożegnanie Jarosława Kubackiego w poniedziałek, 20 stycznia 2025 r., o godz. 14.30 w Łodzi (ul. Solec 5).
Erudyta i poliglota
Mówił wieloma europejskimi językami (zwłaszcza z Europy Wschodniej), świetnie odnajdywał się w gąszczu chrześcijańskich tradycji – od teologii bizantyjskiej, przez nurty radykalnej reformacji i współczesną teologię liberalną. Był erudytą, dla wielu bezspornym autorytetem w zakresie wiedzy na temat historii chrześcijaństwa i teologii. Ale nie miał ambicji, by wchodzić w świat uniwersytecki czy zdobywać kolejne stopnie naukowe. Gdy nurtowały mnie jakieś kwestie związane z doktryną nurtów reformacyjnych czy chrześcijaństwa wschodniego, zawsze mogłem liczyć na jego wiedzę. Kilkukrotnie wspominał, że chciałby napisać książkę o menonickim duchownym i komuniście Fritsu Kuiperze albo przynajmniej przetłumaczyć któreś z jego prac. Niestety, nie zdążył tego zrobić.
Dla wielu osób był również autorytetem duchowym. Potrafił dotrzeć do serca i duszy człowieka, zarażać innych swoją pasją i wizją religijną. Jeszcze kilka lat temu mówił mi, że marzy, by z Łukaszem otworzyć dom rekolekcyjny w górach, zbudować ekumeniczną kaplicę i organizować rekolekcje-seminaria z przyjaciółmi z Europy Wschodniej, reprezentującymi różne wyznania. Marzenie niezrealizowane. Nastały niespokojne czasy, a on oddawał całą swoją energię innym, niosąc taką pomoc, na jaką tylko było go stać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















