„Jest taka starodawna i – jak sądzę – bardzo chrześcijańska koncepcja, że najpierw kochasz swoją rodzinę, potem swojego bliźniego, potem swoją społeczność, potem współobywateli w swoim kraju, a dopiero potem możesz skupić się i nadać priorytet reszcie świata” – mówił JD Vance, nowy wiceprezydent USA. W wywiadzie dla Fox News został zapytany, czy jego katolicka wiara (polityk niedawno przeszedł na katolicyzm) nie stoi w konflikcie z nowymi drakońskimi antyimigranckimi przepisami prezydenta Donalda Trumpa, które mają doprowadzić do deportacji milionów ludzi z USA (w tym, być może, 30 tys. Polaków mieszkających tam nawet od kilkudziesięciu lat).
Idea „porządku miłości” (ordo caritatis czy ordo amoris), której wiceprezydent Vance dał uproszczony opis, często powraca w katolickich debatach na temat pomocy obcym i wykluczonym – ostatnio w kontekście kryzysu migracyjnego. I zazwyczaj ma być argumentem zamykającym usta tym, którzy mówią o konieczności udzielania takiej pomocy.
JD Vance odkrywa na nowo starą doktrynę
Nauczanie o „porządku miłości” usystematyzowane zostało dopiero w tomizmie, jest więc specyficznie katolickie. Nic dziwnego, że dla wielu osób wyrosłych na amerykańskich tradycjach protestanckich, czy w innych religiach, jest to koncepcja całkowicie nowa i obca. Stąd liczne komentarze, np. brytyjskiego polityka Rory’ego Stewarta, że mamy do czynienia z doktryną bardziej pogańską czy plemienną niż chrześcijańską. Albo opinie chińskich użytkowników mediów społecznościowych, że Vance’owi bliżej jest do Konfucjusza niż Jezusa – w konfucjanizmie uznaje się, że zanim zaczniemy zajmować się państwem, powinniśmy uporządkować sprawy rodzinne. Można wręcz powiedzieć, że Vance wywołał ożywioną teologiczną debatę na temat mało znanej koncepcji katolickiej w świecie religijnie pluralistycznym.
W dyskusji tej nie chodziło jednak o argumenty na temat zgodności ordo amoris z doktryną chrześcijańską, a szczególnie z tradycją katolicką, ale o opowiedzenie się za lub przeciwko tej koncepcji ze względu na osobiste przekonania i preferencje polityczne. Zwolennicy polityki Trumpa zwracali uwagę, że „porządek miłości”, o jakim mówi Vance, jest sensowny i powinniśmy się nim kierować – przyznał to np. popularny amerykański komentator polityczny, ortodoksyjny Żyd, Ben Shapiro. Przeciwnicy polityki antyimigracyjnej, np. jezuita James Martin, zwracali uwagę, że przypowieść o miłosiernym Samarytaninie stoi w sprzeczności z tak rozumianą hierarchią miłości (podobnie pisał o tym w Polsce Marcin Kędzierski).
Polityczne wykorzystywany porządek miłości św. Augustyna
Za ojca „porządku miłości” uważa się Augustyna z Hippony (354–430 r. n.e.). Wprawdzie nie przedstawił on usystematyzowanej nauki na jej temat, ale sformułował ogólną ideę w „De doctrina Christiana” (O nauce chrześcijańskiej).
„Sprawiedliwie i święcie żyje ten, kto właściwie ocenia rzeczy, to znaczy, czyja miłość jest na tyle uporządkowana, żeby ani nie kochał tego, czego nie należy, ani odwrotnie, nie zaniedbał miłować tego, co miłować trzeba” – czytamy w dziele. I dalej: „Wszystkich należy jednakowo kochać, lecz ponieważ nie wszystkim możemy pomóc, więc trzeba pomagać tym, którzy ze względu na miejsce, czas albo inne okoliczności niejako losem są z nami bliżej złączeni”.
Sformułowanie Augustyna jest, jak widać, o wiele mniej ostre niż jego współczesne, konserwatywne reinterpretacje. Nie ma tu zakazu miłowania obcych, pomagania im czy troszczenia się o nich. Przeciwnie – „wszystkich należy jednakowo kochać” – pisał starożytny filozof. Przyznając jednocześnie, że ze względu na okoliczności nie jesteśmy w stanie wszystkim pomóc, co było oczywiste zwłaszcza w jego czasach.
Dziś dysponujemy zupełnie innymi możliwościami i środkami (komunikacji i pomocy), dlatego okazanie troski osobie potrzebującej z innego miasta czy kraju jest dużo prostsze. Żyjemy też w czasach względnego dobrobytu, gdy całkiem spora liczba ludzi jest w stanie podzielić się dobrem z innymi.
Koncepcja porządku miłości
Warto podkreślić, że „porządek miłości” nie jest nieodzowną częścią doktryny katolickiej, ani – tym bardziej – dogmatem. Jest jedynie teologicznym konceptem rozwijanym na przestrzeni dziejów, a więc nieposiadającym stałej definicji i podlegającym ciągłym reinterpretacjom (choć, rzeczywiście, zwykle spotykającym się z akceptacją).
Warto też zauważyć, jak łatwo ta koncepcja może być – i bywa – traktowana instrumentalnie i jak wiele osób wypacza ją w obronie własnych ideologii. W ostatnich latach nauczanie o „porządku miłości” było przywoływane głównie w kontekście antyimigranckim. Ale w niektórych polemikach publicystycznych pojawiało się też jako uzasadnienie antyspołecznych i liberalnych polityk ekonomicznych, na przykład jako argument przeciwko transferom socjalnym (zamiast wydatkować podatki, np. na 500+, lepiej wprowadzić ulgi podatkowe, by podatnik nie utrzymywał ze swoich pieniędzy „obcych”, ale mógł je przeznaczyć na potrzeby swojej rodziny).
Pogańska i plemienna koncepcja nacjonalizmu
Zwolennicy uproszczonej interpretacji idei ordo caritatis często dowodzą, że pomoc „obcym” jest niemożliwa, albo że pomagając im, szkodzimy „swoim”. Plemienność, którą zarzucono Vance’owi, nie jest jednak cechą wewnętrzną doktryny o „porządku miłości”, a jedynie dowodem jej wypaczonego obrazu, służącemu politykom i konserwatywnym publicystom do własnych rozgrywek. Realna pomoc obcym, np. migrantom, jest przez nich uważana za obiektywne zaburzenie „porządku miłości”, jako że – twierdzą – obywatel i katolik winien na pierwszym miejscu stawiać rodzinę i interes narodowy.
Pojęcie narodu, który ma być ponad dobrem konkretnego człowieka, to kolejny, niebezpieczny element wypaczenia idei ordo amoris. Starożytna koncepcja odnosiła się bowiem przede wszystkim do troski o zbawienie „obcego”, która powinna być ważniejsza niż troska o własne materialne dobro, a nawet życie. Dziś natomiast, zamiast „porządku miłości” względem tych, których powinniśmy „jak siebie samych miłować” – mamy do czynienia z odzieraniem ich z godności i człowieczeństwa w imię „interesu narodowego”.
Widać to choćby w procesie wolontariuszy z Hajnówki, którzy nieśli pomoc wygłodniałym i wycieńczonym migrantom na granicy z Białorusią. W opinii konserwatywnych publicystów, w tym katolickich, powinni zostać za to potraktowani jak zdrajcy narodu, choć przecież z perspektywy katolickiej – i co do tego św. Augustyn z pewnością nie miałby wątpliwości – żaden „porządek miłości” nie został tu zakłócony.
Ordo caritatis nie jest pogańską, plemienną doktryną, w przeciwieństwie do nacjonalizmu (czy też abstrakcyjnej racji stanu), stawiającego interes narodu/państwa ponad życie konkretnego człowieka.
Jak mówił przed laty Benedykt XVI: „ci, którzy migrują, ufają, że zostaną przyjęci, otrzymają solidarną pomoc i spotkają osoby, które rozumiejąc trudności i tragedię swoich bliźnich, a także dostrzegając różne ich wartości i zasoby, będą gotowe okazywać sobie ludzką życzliwość i dzielić się dobrami materialnymi z potrzebującymi i poszkodowanymi”.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















