Marcin Tusiński: Czego Ty szukasz, Marcinie?
Prof. Marcin Rebes: Jako teolog – perspektywy bliskości Boga. Jako filozof – pewnego źródłowego doświadczenia. Jako człowiek – odkrycia dobra w drugim człowieku. Jestem jedną osobą, natomiast problemowi miłości przyglądam się na różne sposoby.
W co wierzysz?
Pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to hymn o miłości z listu do Koryntian, w którym mowa o trzech kluczowych słowach: wiara, nadzieja i miłość. Wiara jest tętniącą lawą, która ma gdzieś swój kres. Nadzieja być może kiedyś stanie się pewnością i przerodzi w miłość. Miłość jest czymś bardzo intymnym w relacji z Bogiem. W chrześcijaństwie Bóg przemawia do nas poprzez drugiego człowieka.
I tutaj robi się ciekawie, ponieważ między doświadczeniem moim a twoim jest zawsze pewna bariera. Trzeba zbudować pomosty i przęsła, stworzyć miejsce spotkania, żeby tę miłość drugiemu człowiekowi przekazać.
Jak Ci to wychodzi w życiu?
Różnie. Czasami odnoszę sukcesy, ale sowa Minerwy wylatuje dopiero przed zapadnięciem zmroku. Najczęściej uczę się dopiero, gdy jest już późno. Miłość rozumiem w czasie przeszłym, ale doświadczam jej tutaj, teraz.
25 lat temu czułem się dosyć zagubiony. I trafiłem na człowieka, który powiedział mi: „Ty coś wiesz, a ja ci pomogę o tym napisać”. Twoja postawa zachęciła mnie do obrony pracy magisterskiej.
To miłe. Myślę, że najlepszym podejściem nauczyciela jest wzbudzanie w innych wewnętrznej wolności. Pozwolić komuś zaistnieć to zasada dialogiczna: wzbudzenie chęci, żeby chciał chcieć. Heidegger nazywa to: das Gewissen-Haben-Wollen, czyli chcieć mieć sumienie. Nauka w ogóle jest oparta na tym, że poznajesz coś, czego wcześniej nie znałeś. Badając coś, zawsze napotykamy na obawę. Człowiek nauki wie, że nie ma miejsca na trwogę, bo to właśnie obawa powoduje, że zaczynamy zgłębiać problemy. Chodzi o to, żeby nas to nie blokowało, lecz zachęcało. Fajnie, że ciebie to kiedyś zachęciło.
Odkąd Cię znam, zawsze masz jakieś zagwozdki teologiczne do rozsupłania. Z czym się teraz mierzysz?
Obecnie mam dylemat związany z kwestią Judasza, który jako symbol jest nośnikiem lęku przed zdradą. Człowiek boi się utraty relacji z innymi ludźmi bardziej niż śmierci. Może to wykorzystać każda osoba, która próbuje nami sterować. Ale jest i druga strona medalu: skoro Judasz zdradził i jest zły, to znaczy, że nie będąc Judaszem – jestem OK. Stygmatyzując innych, bagatelizujemy problemy mogące mieć straszne konsekwencje. „Moi przeciwnicy są złymi ludźmi. A ja jestem dobry”. W ten sposób dochodzi do odrzucenia inności, do wojen. Mam obawę, że historia Judasza powoduje bagatelizację zła. Stygmatyzujemy uchodźców, ale problem humanitarny się przez to nie zmienia.
Z innej perspektywy – mit Judasza może pozwalać godzić się z tym, co niesprawiedliwe. W „Filozofii dramatu” Tischnera zdrada jest wpisana w horyzont dramatu. Człowiek kuszony pragnieniem niszczy relację dialogiczną z drugim. Co zrobić, żeby do niej wrócić? Chrystus troszczy się o Judasza, który go zdradził. Dlaczego? Dramat ludzki potrzebuje katharsis, oczyszczenia. Dla nas, chrześcijan, symbolem tego jest Bóg, który daje drogowskazy poprzez innego człowieka.
Rozmawiasz o tym z dziećmi?
Nie wprost, ale dla mnie to kluczowe, gdy prowadzę lekcje religii w szkole. Na przykład kiedy opowiadam dzieciom o darach Ducha Świętego albo różnego rodzaju cnotach. Duch Święty rzeczywiście działa, tylko robi to w sposób bardzo dyskretny. Ta dyskrecja pomaga nam się odnaleźć i pozbyć lęku. „Nie lękajcie się” to słowa Chrystusa i kolejnych papieży. Nie lękaj się, bo Bóg tobą kieruje.
Studiowałeś filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem we Freiburgu. Byłeś uczniem prof. Berharda Caspera i asystenta Martina Heideggera, prof. Friedricha-Wilhelma von Herrmanna. Ukończyłeś wydział teologiczny w Wiedniu. Wykładasz na uniwersytetach. Z całym tym doświadczeniem poszedłeś uczyć dzieci religii w podstawówce. Dlaczego?
Dzięki temu uczę się pokory wobec problemów dzieci i ich rodziców. Nie chodzi o nic wielkiego, tylko o małe rzeczy. Gest, który pomoże się komuś odnaleźć. Kiedyś kolega poprosił, żebym wziął za niego zastępstwo na lekcjach religii w szkole. Bałem się tego, bo to zupełnie co innego niż wykłady o Heglu. Zostałem na rok. Potem zatrudniłem się w kolejnej szkole. Ciągnę dwa etaty i to mi nie zostawia dużo czasu na śledzenie mediów. Żyję bardziej spokojnie, odkąd mam te dzieciaki z ich problemami i na chwilę zostawiam cały smutny kontekst za oknem. Nie martwię się tym, co się znowu złego wydarzyło.
Jakimi problemami żyją dzieci?
Pewne dziecko zapytało mnie, czy jedno z jego rodziców pójdzie do nieba, bo jest osobą niewierzącą. Nie z powodów doktrynalnych, ale ze szczerej troski. Przypomniały mi się wtedy słowa Tischnera, że są ludzie, którzy wierzą w Boga, i jest Bóg, który wierzy w ludzi. Więc powiedziałem, że ten rodzic poprzez troskę nad dzieckiem, robi to, czego chce Chrystus, czyli przekazuje miłość. Rodzic zostanie zbawiony. Dziecku wyraźnie ulżyło.
Innym razem ośmiolatek zapytał, dlaczego Chrystus wskrzesił Łazarza, ale nie wskrzesił jego babci. Mogłem mu tylko współczuć i wytłumaczyć, że do cudu doszło w wyjątkowych okolicznościach, kiedy Jezus żył na ziemi. Powiedziałem też, że babcia i dziadek na pewno są w niebie, więc wszystko jest w porządku. I zapamiętałem, żeby mniej opowiadać o cudach podczas lekcji (śmiech). Czasami mam wrażenie, że dane dziecko nie słucha na lekcji. A potem okazuje się, że słuchało bardzo uważnie. Tylko ma taką manierę. To jest dla mnie fascynujące, uczę się nie oceniać.
Obcowanie z dziećmi nauczyło mnie także, że religijność i wiara to dwa osobne światy. Wiele z tych dzieci przeżywa religię na ludowy sposób. To nie znaczy, że ona nie jest głęboka. Chodzi o to, że tradycja jest dla nich elementem kluczowym. Wydaje mi się, że duża część rodziców idzie w tym kierunku.
Jak to się objawia w postawie dzieci?
Część jest wyczulona na elementy religijności parafialnej, inne na punkcie Kościoła powszechnego. Ich postrzeganie religii jest różne. Nie oceniam tego. Chodzi o różne rodzaje wrażliwości, które z tego wynikają. Dzieci skoncentrowane na życiu parafialnym często przywołują elementy tradycji patriotycznej. Inne zwracają więcej uwagi na uniwersalne wartości.
Zderzenie z ich światem to także spotkanie z ciekawością wobec spraw religii, której nie mają dorośli. Kiedyś zacząłem z nimi omawiać fragmenty Ewangelii mówiące o zmartwychwstaniu Chrystusa. Pytały, jak to będzie z ciałem i duszą. Czy ciało także zmartwychwstanie? Stawiały pytania wymagające większej refleksji, którymi nie trapi się większość dorosłych.
Jak na nie odpowiadasz?
Czasami w rozmowie używam form przekazu, które lepiej do nich trafiają – na przykład filmu. Oglądałem z nimi „Grincha”. Dzięki temu mogliśmy odejść od poważnych dyskusji o św. Pawle i porozmawiać w ich języku. Doszli do wniosku, że wartością płynącą z tej historii jest przedstawienie dobrych relacji międzyludzkich jako ważniejszych niż wymiana materialna. Ważniejsze od prezentów na Wigilię są przyjazne chwile z bliskimi. Zastanawiali się, co takiego musiało się stać, żeby doszło do przemiany bohatera. Że potrzebna jest miłość. Dzieciom bardzo się to wspólne oglądanie spodobało. Niestety, niektórzy rodzice nie przyjęli tego bardzo dobrze. Okazało się, że przywykli do formy przekazu z epoki, w której lekcje religii były bardziej stereotypowe. I potem musiałem odbyć dyskusję także z nimi.
Czego oczekiwali?
Miałem wrażenie, że traktują religię jak inne przedmioty, które trzeba wykuć. To jest szerszy problem współczesnej szkoły. Starsze pokolenia nie rozumieją, że sposób uczenia się dzieci jest inny. Nie chodzi o to, żeby znać wszelkie treści, ale żeby umieć do nich dotrzeć i sobie z nimi radzić. Dzieci używają nowych mediów, a w przekonaniach wielu rodziców szkoła tkwi wciąż w XX w.
Młodzi mają nowe możliwości. Podobnie nauczyciele. Zawsze istniał taki problem, że oczekiwania szkoły były inne niż oczekiwania rodziców oraz inne niż oczekiwania dzieci. Tylko że poprzez technologię te oczekiwania rozchodzą się dzisiaj znacznie szybciej.
Z czym mierzysz się w związku z tym?
Muszę podejmować decyzje, biorąc pod uwagę zdanie rodziców, i jednocześnie dbać o to, żeby wiara dzieci była na tyle wolna i rozsądna, żeby mogły potem same do niej dochodzić. Pozostawały otwarte na różnego rodzaju przejawy wiary. Sięgam po przekaz tradycyjny, którego chcą rodzice, ale też wprowadzam elementy nowości. Współczesne dzieciaki myślą obrazkami, dlatego używam wielu zdjęć na tablicy multimedialnej.
Muszę brać pod uwagę, że nie każde z nich chodzi do kościoła. Ale nie mogę o to pytać. W związku z tym niektóre mierzą się z odczuciem obcości. Mówię o liturgii i widzę, że część patrzy na mnie, jakbym mówił o jakiejś skamielinie. I próbuję się przez to przebić, oddziałując na ich wyobraźnię.
Czasami uczniowie przynoszą bóle nabyte od rodziców. Choćby kwestię akceptacji religii w małżeństwach, w których jedno z rodziców jest niewierzące. Słyszę od nich, że nie rozumieją, dlaczego tata czy mama zmuszają rodzeństwo do chodzenia do kościoła. I pojawia się problem, bo nie mogę podważyć wiarygodności i powiedzieć, że rodzice popełniają błąd. Mogę ich tylko uczyć, że Bóg nie chce ich traktować jak niewolników, tylko jak ludzi wolnych, że wiara to jest kwestia wyboru. Staram się przekazać, że otwarcie na Chrystusa jest indywidualną decyzją każdego z nas.
Staram się też pokazywać, że wiara to rzecz dynamiczna, która się zmienia. I czasami spotkają się ze ścianą. Uczuciem, że Bóg o nich zapomniał. Wtedy mówię: spokojnie. Zaczekaj, pomódl się. Z czasem wszystko się wykrystalizuje.
Masz poczucie, że Twoje słowa mogą ukształtować czyjeś życie?
Mam odczucie, jakbym stąpał po bardzo niepewnym gruncie. Każdy z katechetów ma swoją wrażliwość, podobnie jak dzieci, które nas odbierają. Nie każde mnie polubi. Najważniejszym moim zadaniem jest nie zrazić nikogo do Chrystusa. Muszę pozostawać delikatny. Nie mogę być restrykcyjny, bo to by mogło spowodować zablokowanie się na religię.
Prowadziłem niedawno wywiad z dziewczynką, która wyznała, że boi się o swoją przyszłość po śmierci, bo zakonnica na religii powtarza, że dzieci, które nie chodzą do kościoła, nie zostaną zbawione.
Ja też słyszę o takich przypadkach. Być może sam też spowodowałem w kimś podobną reakcję? Błędy to normalna rzecz. Najważniejsze to przekazać dziecku, że ma wybór. Uczyć je samodzielnego poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania.
Jak wpływa na Ciebie niekończąca się dyskusja o zasadności prowadzenia lekcji religii w szkołach?
Uważam, że religia w szkołach jest elementem tradycji chrześcijańskiej i powinna być nauczana, ale w duchu z czasów renesansu. W Polsce jest to temat polityczny. A przecież można do dyskusji o religii zapraszać jak do rozmowy o naszej tożsamości.
Myślę, że ważnym elementem wyjścia z sytuacji byłby powrót teologii na uniwersytety. W Austrii na państwowym uniwersytecie naucza się teologii protestanckiej, prawosławnej i muzułmańskiej. Wykształceni teologowie idą potem nauczać do zróżnicowanego etnicznie i religijnie społeczeństwa – przygotowani.
Uważam też, że jeśli zapotrzebowanie na lekcje religii w Polsce się zmniejsza, rozwiązaniem nie powinno być ograniczanie godzin, lecz zaoferowanie alternatywy w postaci lekcji filozofii czy etyki. Dzieci trzeba uczyć krytycznego myślenia, także o kwestiach religii. Bo tylko w ten sposób mogą dojść do odpowiedzi na podstawowe pytania: kwestię Boga, wspólnoty czy relacji. Religia ma wiązać, uwrażliwiać nas na siebie nawzajem, budować mosty.
Gdybyś miał wyrazić jedną myśl, z którą chciałbyś, żeby twoi uczniowie poszli dalej, co byś powiedział?
Że rozmawiać o Bogu jest fajnie. Bo Bóg Cię kocha. To jest najważniejsze.

PROF. MARCIN REBES jest teologiem i filozofem. Pracuje w Instytucie Studiów Europejskich na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politycznych UJ. Wykładał na uniwersytetach w Niemczech, Austrii, Portugalii, Grecji i Izraelu. Prowadzi lekcje religii w szkole podstawowej w Krzczonowie oraz Kobylanach pod Krakowem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















