Wojciech Waglewski: Może chodzi o to, żeby znaleźć sobie pretekst do życia

Raz jest lepiej, raz gorzej. Zająłem się pracą. Oprócz kolegów, bardzo pomogła mi dyscyplina. Do życia podchodzę zadaniowo – mówi Wojciech Waglewski w rozmowie z Wojciechem Bonowiczem.
Czyta się kilka minut
Wojciech Waglewski // Fot. Jacek Poremba / materiały prasowe e-muzyka.pl
Wojciech Waglewski // Fot. Jacek Poremba / materiały prasowe e-muzyka.pl

Wojciech Bonowicz: Przyszedłem tu z jedną myślą właściwie: o co pytać kogoś, kto cierpi z powodu straty?

Wojciech Waglewski: Ja ci nie pomogę. Próbuj.

Bo wydałeś wraz z Voo Voo wspaniałą płytę – „Dźwięczność”. I w związku z tym udzieliłeś dziesiątków wywiadów, poświęconych głównie muzyce. I w tych wywiadach czasem wprost, ale najczęściej niewypowiedziane, powraca jedno pytanie: jak on się trzyma?

Zwykle mówię, że nie wolno mnie o to pytać. A tobie nie mówiłem, że nie wolno?

Nie.

No to pytaj.

To jak się trzymasz?

Koledzy twierdzą, że zajebiście. No ale koledzy... To po prostu trzeba z sobą samym...

...jakoś uzgodnić?

Najkrócej mówiąc: raz jest lepiej, raz gorzej.

W wywiadach wspominasz o dyscyplinie. Że ona Cię ratuje.

Dyscyplina, filmy akcji, kryminały... Powoli dociera do mnie, że nic się z tym nie zrobi. Po prostu wszedłem w taki etap życia, kiedy traci się przyjaciół, albo kogoś z rodziny, i nic się na to nie poradzi.

Opowiadasz na tej płycie o kręceniu się bez celu, gapieniu w ścianę, ale też o tym, jak bardzo potrzebujemy jedni drugich. Śpiewasz: „muszę znaleźć sobie jakiś cel”. Ta płyta to zapis zmagania, jak żyć dalej po śmierci Grażyny?

No tak...

Na jednym z portali, gdzie zamieszczane są teksty piosenek, ktoś zabawnie przekręcił refren jednej z nich. Ty napisałeś: „Ktoś ci musi pomóc z boku”, a na portalu jest: „Ktoś Ci musi pomóc, Bogu”. I nagle zrobiła się z tego opowieść metafizyczna, trochę w Twoim duchu, bo lubisz tego typu „przekrętki”.

To jest ukłon w stronę kolegów, którzy bardzo mi pomogli. Bo ruszyć z miejsca było niezwykle trudno. Znaleźć jakiś pomysł, co robić, żeby robić cokolwiek. 

Za radą syna poszedłem do terapeuty. Na dzień dobry zrobił mi wykład o tym, jak wygląda problem śmierci w różnych kulturach. Wspomniałem mu, że studiowałem socjologię i antropologię kulturową, więc temat nie jest mi obcy. On jednak twardo szedł dalej, bardzo zadowolony z siebie. 

A potem, nie pytając, czy mam jakichś znajomych, rodzinę, jak wygląda moje życie i tak dalej, powiedział, że przede wszystkim nie powinienem wracać do pracy. I przepisał mi jakieś środki. Poszedłem do mojej lekarki, pytam, co to jest, a ona mówi, że to taki podstawowy zestaw, który mogłem sobie sam wyguglować. No to dałem sobie spokój z lekami.

Podobno to dobry terapeuta, wielu ludziom pomógł. Nie chcę go obciążać. Ale ze mną to był totalny niewypał. 

I co zrobiłeś?

Zająłem się pracą. Oprócz kolegów, bardzo pomogła mi dyscyplina, o której wspomniałeś. Poustawiałem sobie wszystko jak w wojsku: o tej wstaję, o tej czytam, o tej próba.

Zawsze byłeś pracowity, punktualny. To rzeczywiście wpływ wojska?

Wojsko zapamiętałem jako czas, kiedy człowiek nawet sikał na komendę. Wszystko, cała fizjologia, było podporządkowane dyscyplinie. I ta dyscyplina mnie wtedy uratowała, bo oderwała od myślenia o dramacie, w jakim się znalazłem. Ja przecież trafiłem do wojska „przez zaskoczkę”. Byliśmy młodym małżeństwem, Grażyna była w ciąży. Opłaciłem kogoś, żeby się wymigać, ale i tak mnie wzięli. Od pierwszego dnia byliśmy na każdym kroku upokarzani.

No bo chłopaki po studiach, „koguty”, nie znają życia.

I w takiej sytuacji dyscyplina to był jedyny ratunek: o szóstej pobudka, pierwsza rzecz – szlug na czczo, a potem już wszystko na sygnał. Wyłączenie myślenia. To mnie uratowało od deprechy.

I teraz podobnie. Życie jest podzielone na małe fragmenty: we wtorek myślę, co będę robił w środę, co w czwartek, co w piątek. Z godzinami, minutami. Podchodzę do życia zadaniowo.

A jak ze snem?

Śpię świetnie. Niczego nie muszę brać na spanie. Nie mam też żadnych znamion depresji, jak myśli samobójcze czy niechęć do jedzenia. Dużo ćwiczę: pompki, brzuszki, basen. To też wyłącza myślenie i daje takie proste satysfakcje: wczoraj przepłynąłem kraulem tyle, a dziś tyle.

A gitara? Ćwiczysz regularnie?

Oczywiście. Bez tego nie mógłbym pracować. 

Gdyby nie śmierć Grażyny, też pewnie rozmawialibyśmy o dyscyplinie – ale w innym kontekście. Robiłbym z Tobą rozmowę o facecie, który postanowił się nie zestarzeć. Cały czas ma nowe pomysły, energię, jakiej wielu młodszych kolegów mogłoby mu zazdrościć.

Nigdy nie myślałem, że się nie zestarzeję. W ogóle się na tym nie skupiałem. Odnajduję się w starzeniu kogoś takiego jak Keith Richards. Jak Iggy Pop słabiej – według mnie, powinien już na koncertach zakładać koszulę. Ale generalnie nie widzę w starości niczego złego. I naprawdę nie wiem, jak to się stało, że z pięćdziesiątki prześmignąłem do siedemdziesiątki. 

Pracujesz tyle samo, kondycję masz dobrą.

To akurat zasługa czwartego piętra bez windy. Codziennie kilka razy pokonuję te schody. Gdzieś wyczytałem, że jak się mieszka na czwartym piętrze bez windy, to można odpuścić sobie biegi i inne rzeczy. Dla mnie to najprostszy, codzienny test, w jakiej jestem formie.

A drugi test, który sobie robię, to test pamięci. Jeżeli się czegoś boję, to takiej alzheimerskiej sytuacji. Dlatego ćwiczę pamięć na okrągło. Choćby przez uczenie się tekstów. Gram w kilku różnych zestawach – Voo Voo, Waglewski Fisz Emade, duety – więc to nie jest takie proste. Jak wychodzi płyta, muszę się nauczyć nowego materiału, co dla mnie jest dramatem zupełnym. A przecież gramy też od czasu do czasu stare płyty. 

To jest dobre ćwiczenie. 

A jeszcze mam coś takiego, że np. widzę w telewizorze jakiegoś aktora i nie mogę sobie przypomnieć nazwiska. I wtedy nie szukam w komputerze, tylko sam się staram odgadnąć, jak się gość nazywa. I dopiero jak nie idzie, to nieraz o drugiej w nocy zaglądam do internetu. „No nie, George Clooney przecież. Jak mogłem na to nie wpaść?!”. I potem sobie wymyślam jakąś ścieżkę skojarzeń, żeby mnie następnym razem do tego Clooneya doprowadziła.

Niektórych rzeczy w domu musiałem się nauczyć. Np. gdzie odłożyć łyżkę, żeby ją potem znaleźć. Wcześniej Grażyna tego pilnowała. A teraz...

„Dźwięczność” wyszła w szczególnym momencie także z innego powodu. W tym roku Voo Voo świętuje 40-lecie pierwszej płyty. 

Pierwszy skład był eksperymentalny. Płytę nagrywałem z ludźmi, których lubiłem, ale o których wiedziałem, że nie stworzą ze mną zespołu. Na basie grał „Karakuł”, czyli Andrzej Nowicki, a na perkusji Wojtek Morawski. Wojtek miał już wtedy zakontraktowany statek, a „Karakuł” zupełnie nie wierzył w muzykę, którą robimy. Niemniej zagrał bardzo dobrze, bo był zawodowcem. Obaj już nie żyją, Wojtek zmarł dwa miesiące temu.

Pierwszy występ mieliśmy w Jarocinie, już bez „Morawca”, którego zastąpił Marek Czapelski. Dołączył do nas Milo Kurtis, który latał po scenie i hałasował. Milo bardzo mi pomógł po śmierci Grażyny. Zaprosił mnie do siebie do Grecji. Nikt tam niczego ode mnie nie chciał, nikt mnie nie pocieszał. Siedziałem całe dnie w spokoju i piłem winko.

Wojciech Waglewski z Grażyną. Gala Kryształowe „Zwierciadła", Warszawa, 2014 r. // fot. Stach Leszczyński / PAP

Skład na początku często się zmieniał. W Polskim Radiu odnalazło się ostatnio nagranie z 1986 r., na którym są już „Pośpiechy” – Mateusz i Janek Pospieszalscy – i Andrzej Ryszka, który zastąpił Czapelskiego. To była sesja dla radiowej Dwójki, mało piosenkowa, tam są głównie utwory instrumentalne.

Ja rzadko słucham własnych płyt z przeszłości, ale ten materiał przesłuchałem i moim zdaniem jest powalający. Nie wiedziałem, że my już wtedy tak się dobrze rozumieliśmy i osiągnęliśmy taki poziom brzmienia. Jak wszystko dobrze pójdzie, wyjdzie to w tym roku jako płyta, a jesienią zagramy koncert z Ryszką.

W historii Voo Voo było potem wiele trudnych momentów. Ale zespół przetrwał. 

Najtrudniej było po śmierci „Stopki” – Piotrka Żyżelewicza. Wtedy jeden jedyny raz myśleliśmy o rozwiązaniu zespołu. Wydawało się nam, że nie znajdziemy perkusisty, który mógłby go zastąpić. Przetrwaliśmy tylko dlatego, że kolejny raz postanowiliśmy się zmienić.

Ze „Stopką” krótko przed jego śmiercią nagraliśmy najbardziej dowaloną, rockową płytę, „Wszyscy muzycy to wojownicy”. Dla Michała Bryndala, który przyszedł na jego miejsce, to była trudna sytuacja, bo on miał upodobania raczej jazzowe. I myśmy przy Michale zmienili sposób grania – i to nas uratowało.

Voo Voo ma coś w rodzaju wewnętrznego kleju, który trzyma Was razem. 

Pomaga przede wszystkim to, że jesteśmy zespołem improwizującym. W latach 60. ubiegłego wieku w muzyce rockowej pojawił się pomysł grania nie tylko piosenek, ale również innych form, które mogłyby w pewnym stopniu konkurować z jazzem. Robił to Jimmy Hendrix, robiły zespoły typu Cream czy nawet Led Zeppelin

Dziś Zeppelinów kojarzymy z przebojami, ale pomysł pierwotny był inny. Grało się dziesięciominutowe formy, które nawet jeśli miały jakiś tekst, refren, to była to rzecz o drugorzędnym znaczeniu. Ważne było, żeby pokazać umiejętności poszczególnych muzyków. W polskiej wersji przykładem takiego zespołu jest SBB, które nigdy nie miało przebojów, a na koncerty zawsze ściągały rzesze fanów. Nie tylko w Polsce, ale i w Holandii, Austrii czy w Czechach.

O Voo Voo też mówisz, że to zespół, który nie ma przebojów. Choć to niezupełnie prawda.

Najważniejsze jest, żeby każdy z muzyków się rozwijał. To podstawa funkcjonowania takiego zespołu jak nasz. Jak gra się w kółko to samo, to nie ma mowy o rozwoju. Trzeba każdemu, niezależnie od jego preferencji muzycznych, wieku itd., pozwolić robić to, co lubi. A jednocześnie znaleźć sposób, żeby on te umiejętności, gdzie indziej doskonalone, wykorzystał w pracy zespołowej.

Ostatnio niemal w każdym wywiadzie przywołuję Staszka Soykę. Po jego śmierci trafiłem gdzieś na jego credo życiowe, które stało się też moim. Staszek powiedział, że miał dwa pragnienia w życiu: po pierwsze – żeby móc utrzymać z muzyki siebie i rodzinę, a po drugie – żeby zasłużyć na uznanie swoich mistrzów.

Nam w Voo Voo ta sztuka się udała. Graliśmy z Tomaszem Stańką, z Alimem Qasimovem, artystami, których wcześniej podziwialiśmy. Przybijaliśmy „piątki” z ludźmi, od których uczyliśmy się, co i jak robić.

A równocześnie zawsze pojawiał się przy Was ktoś młody. Jak teraz Daria ze Śląska. 

To akurat robił już Miles Davis, który cały czas szukał młodych muzyków. Chodziło o wymianę energii, o świeże spojrzenie. Jest sporo świetnych wykonawców w Polsce, którzy nie mogą się przebić ze swoją muzyką szerzej. A jednocześnie to, co jest popularne, jest męczące, bo powtarzalne. Największą radość sprawia mi znalezienie kogoś takiego jak Daria – kogoś osobnego, kto pisze ładne, bardzo osobiste piosenki, niczym jeszcze nieskażone. Jestem pewien, że taka osoba prędzej czy później dotrze do ludzi, znudzonych tą sztancą, która teraz dobrze się sprzedaje.

A z drugiej strony – lubię obserwować powroty. Podoba mi się powrót Dezertera na przykład. Mają fantastyczny kontakt z publicznością. My też nie możemy narzekać. Jest mnóstwo zaproszeń, także na wielkie festiwale. Chociaż ja najchętniej gram w małych miejscach. Zamiast występować „na świeżaku”, wolę zagrać 5-6 kameralnych koncertów w klubach.

Jak pierwszy raz słuchałem „Dźwięczności”, to zauważyłem, że jest tam sporo aluzji, a nawet cytatów z Waszej wcześniejszej twórczości. I pomyślałem: „Oho, to jest płyta na pożegnanie”. A potem słuchałem jeszcze raz i jeszcze, i pojawiła się inna myśl: że zbieracie siły do kolejnego skoku.

Chyba ani to, ani to. Po prostu pojawiła się w nas ogromna chęć, żeby tę płytę nagrać. Z początku troszkę się „macaliśmy”. Koledzy nie wiedzieli, czy ja się podniosę, jak to będzie wyglądało. A ja miałem już prawie wszystko przygotowane. Poprosiłem Mateusza, żeby napisał „Dina ta”, taki pogodniejszy utwór, w którym on śpiewa w wymyślonym języku. To oczywiście jest aluzja do tego, co robiliśmy przed laty, a co wcześniej robił np. Don Cherry. Chciałem, żeby pojawiło się coś w duchu „Łobi jabi” – takiego obrzędowego, wspólnotowego śpiewu.

Ta płyta jest bardziej zespołowa. Jest mniej popisów solowych albo są krótsze. I świetnie sprawdza się koncertowo, choć muzycznie jest jedną z naszych trudniejszych płyt. Kiedy się nagrywa takie płyty, jak „Oov Oov” czy „Siódemka”, zawsze jest obawa, czy na koncertach to chwyci. 

Jakiś czas temu graliśmy „Siódemkę” przed Patti Smith i połowa publiczności się obraziła, bo czekała, że będą „czady”, mocne rockowe granie. A my zagraliśmy na kontrze totalnej, w dodatku ze śpiewaczką operową. Jedni się obrazili, a drudzy rzucili się kupować płytę, bo to było dla nich objawienie. Zaczepiali mnie potem: „Panie Wojtku, co to było?!!!”.

Powiedziałeś mi kiedyś, że każdą płytą starasz się coś sobie udowodnić. A tą?

A tą nic, absolutnie. Po prostu czułem, że trzeba ją nagrać, powiedzieć ludziom, że jestem.

„Dźwięczność” ma specyficzny nastrój. Z jednej strony są „mroki” – i w tekstach, i w nutach. A z drugiej jest tak ułożona, że zdaje się prowadzić w stronę jakiegoś światła.

Bardzo lubię piosenkę „Na moment”, w której pojawia się Daria. Ta piosenka, mówiąc najkrócej, zaprasza do uważności. Skoro nie można być pewnym ani dnia, ani godziny, to należy każdą minutę celebrować. 

A ja piosenkę „W niebycie”. Kto Ci podpowiedział te jerzyki, które „śpią, jedzą i kochają się w locie”?

Ksiądz Twardowski. U niego to wyczytałem. 

Ja w ogóle uwielbiam ptaki. Jak kupiliśmy z Grażyną dom niedaleko Kazimierza, po drugiej stronie Wisły, to przeżyłem niesamowite spotkanie z kosem. Ja wcześniej nie wiedziałem, że kos jest tak znakomitym śpiewakiem. Któregoś dnia wstaję i słyszę, jak ktoś śpiewa na maksa. Z początku myślałem: pewnie słowik. Coś zagwizdałem, a on skubany mi odpowiada. To ja jeszcze raz, a on też. Gadaliśmy tak prawie pół godziny. Co za metafizyka! No i okazało się, że to kos.

Ptaki to dla mnie kwintesencja piękna. Nie znam brzydkiego ptaka, nawet taki wróbelek ma w sobie coś fantastycznego.

Pamiętasz zakończenie naszej książki? Rozmawialiśmy tu na balkonie i akurat odezwał się jakiś ptaszek. A Ty zacytowałeś Tomasza Hołuja: „Zobacz, nie ćwiczą, a jak pięknie śpiewają”.

Tak naprawdę dopiero na wsi to doceniłem. Bo jednak w mieście ptaki boją się do ciebie zbliżyć. A tam nie. Chętnie z tobą rozmawiają.

Dla mnie to jest przejmujące: że straciłeś kogoś najważniejszego, a jednak zachowałeś zachwyt. 

Nie mam wyjścia... Może chodzi po prostu o to, żeby znaleźć sobie jakiś pretekst do życia?

Choć jedno zmieniło się na pewno: nie ma we mnie lęku przed śmiercią. Kompletnie. Nie ma znaczenia, czy to będzie za tydzień, miesiąc, rok, kilka lat. Zrobiłem wszystko, co chciałem. Oczywiście, trzyma mnie przy życiu więź z dziećmi, z wnukami. Ale wiem, że one beze mnie też dadzą sobie radę.

I nadal grasz dla Grażyny? Dla niej ta płyta jest nagrana?

Całkowicie. Utwór tytułowy powstał na jej życzenie. Miałem ochotę zrobić sobie przerwę od nagrywania, bo zauważyłem, że ludzie przestali kupować płyty. Koncerty się sprzedawały, a płyty nie. Ale Grażyna poprosiła, żebym nagrał coś z gitarową solówką, taką klasyczną, nie udziwnioną. Dla mnie to było trudne, bo ja takich solówek nie lubię.

Pamiętam, że siedzieliśmy kiedyś we trójkę u Was w salonie. I Ty zacząłeś o tych solówkach, a Grażyna się skrzywiła: „Ja go proszę, a on marudzi”.

No i w końcu złamałem się i nagrałem. Bałem się, że koledzy mnie wyśmieją, ale nie. O dziwo, utwór bardzo się spodobał, nawet „Bryndowi”, najmłodszemu w zespole. A najważniejsze, że Grażyna była zadowolona.

Tekst tej piosenki też jest szczególny. Jedno zdanie: „Jakim się dźwiękiem Tobie oddźwięczyć mam za tak wiele dobrego...”. To brzmi jak zwrot do Boga. Ale dalej jest: „...gdy Bóg błaznom darował świat, a ten grzeszy wciąż w imię jego”. To do kogo to jest powiedziane?

Kiedy pisałem ten tekst, myślałem o tych wszystkich ludziach, którzy nas słuchają. Czułem wdzięczność za to, że dali mi przez lata tyle radości. Ale po śmierci Grażyny to się zmieniło. I kiedy śpiewam, to myślę o niej przede wszystkim.

Grażyna bardzo się denerwowała tym, co się dzieje ze światem. Tą pogardą dla inteligencji, dla sztuki, upadkiem kultury politycznej. We dwójkę to się jeszcze jakoś dawało rozgadać. Ale jak zostałem sam, to sobie pomyślałem: „Po kiego grzyba tym się interesować?”. I teraz w ogóle nie oglądam wiadomości.

Stąd mocna deklaracja: „Nie będę pytał, nie będę wnikał. Ja już się o nic nie biję”.

Na płycie jest więcej takich osobistych akcentów. Np. w utworze „Czekam” jest fraza: „Żyliśmy jak dwa w jednym, jak czasem John i Lennon”. Kiedyś w drodze do Berlina słuchaliśmy w samochodzie Lennona i Yoko Ono. I Grażyna w pewnym momencie mówi do mnie: „My to jesteśmy jak John i Lennon”.

Piękne przejęzyczenie.

I tak zostało.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak John i Lennon