Jak być dobrym rodzeństwem? Rozmowa z Kasią i Jackiem Sienkiewiczami z Kwiatu Jabłoni

W naszej naturze nie leżą szokowanie, skandal, przypał. Łatwo nas sprowadzić do stereotypu grzecznego rodzeństwa. A może to jest właśnie prawda o nas?
Czyta się kilka minut
Kwiat Jabłoni // Fot. Dorota Szulc
Kwiat Jabłoni // Fot. Dorota Szulc

Ewelina Burda: Chciałam z Wami porozmawiać o byciu rodzeństwem.

Kasia Sienkiewicz: Kiedy urodził się Jacek, miałam półtora roku. Podobno gdy mama wróciła z nim do domu, byłam bardzo zdziwiona. Zamilkłam i tylko patrzyłam. To musiało być dla mnie wielkie przeżycie. Jednak szybko stałam się bardzo zaangażowaną siostrą. Mamy dużo nagrań i zdjęć, na których widać, jak daję malutkiemu Jackowi buziaczki. Bez przerwy! 

Jacek Sienkiewicz: Podobno miałem już potem tego dość.

Kasia: Przestałam, na szczęście.

Kasia Sienkiewicz i Jacek Sienkiewicz w dzieciństwie, lata 90. // archiwum prywatne

O relacjach rodzeństwa z małą różnicą wieku badania mówią, że przypominają więź bliźniaczą. Ale zwykle to starsze dziecko nadaje ton. Jak było u was?

Jacek: Kasia jest bardziej energiczną, ekspresyjną osobą. Jak byliśmy mali, to ona przecierała nam szlaki, robiła rzeczy jako pierwsza. 

Kasia: Kiedy jechałam na letnie obozy, ty potem jechałeś na takie same.

Jacek: Kiedy poszłaś do liceum i byłaś zadowolona, ja też starałem się tam dostać. Zawsze czułem się bezpiecznie z tym, że Kasia jest. Że ona już coś sprawdzi, przetestuje. I jak będzie dobrze, to mogę do niej dołączyć. W zeszłym roku mieliśmy taką sytuację, drobiazg, ale symboliczny. Nie wiem, czy to, Kasiu, pamiętasz.

Opowiedz.

Jacek: Po koncercie w Hamburgu poszliśmy na miasto się wyluzować, pointegrować z zespołem. Trafiliśmy na karaoke, leciał kawałek zespołu Men at Work, którego nie potrafiłem zaśpiewać, ale się zgłosiłem. Wziąłem mikrofon, stanąłem przed ekranem i doszedłem do wniosku, że sobie nie poradzę. I ty wtedy podeszłaś, wzięłaś drugi mikrofon. I poszło.

Kasia: Podeszłam nie dlatego, że stwierdziłam, że sobie nie poradzisz, tylko dlatego, że widziałam, że wołasz o pomoc! Na dodatek sama też bym nie umiała wystąpić na karaoke, ale z tobą? Czemu nie.

Jacek: Tak, wołałem cię! I razem to nie było już stresujące.

Co śpiewaliście? 

Jacek: „Down Under”. I wtedy poczułem się, jakbyśmy się cofnęli do czasów szkolnych. Kasia przyszła i mnie uratowała.

To wróćmy na moment do szkoły. Byliście zachęcani do muzyki jako dzieciaki?

Kasia: Muzyka była ważna, ale nie byliśmy do grania przymuszani. Historia jest prosta. Pamiętam, że kiedyś do mojego przedszkola przyjechała szkoła muzyczna z prezentacją. I bardzo spodobały mi się występy tych dzieci. Po powrocie do domu powiedziałam, że ja też tak chcę. I rodzice zawsze, jeżeli widzieli, że coś lubimy, to nas w tym wspierali, więc powiedzieli, że super.

A Ty, Jacku?

Jacek: Pewnie dlatego poszedłem do szkoły muzycznej, bo Kasia tam chodziła (śmiech). Ale kiedy już w niej byliśmy, to czułem, że to ważny obowiązek. Mama pilnowała, żebyśmy ćwiczyli, grali. 

Kasia: Faktycznie dzięki mamie więcej ćwiczyliśmy, ale ja czułam, że to była taka zdrowa mobilizacja. Taka, która pokazuje, że jeżeli już się czymś zajmujesz i ci zależy, to musisz się postarać. W momentach lenistwa słyszałam od mamy, że jak mi się nie chce ćwiczyć, to mogę się po prostu ze szkoły wypisać. I oczywiście wtedy razem z Jackiem uznawaliśmy, że jednak nam się chce. Jestem mamie bardzo za to wdzięczna.

Jacek: Ale w przypadku grania rozrywkowego to zawsze była nasza inicjatywa.

Kasia: Na pewno nie trzeba było już nas zachęcać do ćwiczenia, ale tutaj znowu dostaliśmy od rodziców wsparcie i podpowiedzi, jak się do nauki rozrywkowego grania zabrać.

Pierwszy wspólny występ?

Jacek: To chyba był konkurs fortepianowy, graliśmy na dwa fortepiany, prawda? (zerka na siostrę) Byłem wtedy w gimnazjum…

Kasia: Tak! Ale masz dobrą pamięć. Ja byłam w drugiej klasie liceum, ty w trzeciej gimnazjum. 

Jacek: Graliśmy trzy utwory klasyczne na dwa fortepiany. I pamiętam, że to było super doświadczenie, dobrze nam wyszło, byłem zadowolony. 

Kasia: Ja też, ale wykonywanie muzyki poważnej to był dla mnie straszny stres. Nigdy w życiu nie wzięłabym udziału w czymś takim sama.

Jacek: A ja spróbowałem. Kiedy byłem już w liceum, wystartowałem w konkursie fortepianowym solo. To była gigantyczna różnica: w tym, jak się czułem, jak mi się grało. Byłem tak zestresowany, że przestałem widzieć w czasie koncertu. Zamroczyło mnie na chwilę, gdy grałem Chopina. Pomyliłem się ze cztery razy, naprawdę źle wypadłem. Zupełnie inaczej niż wtedy, jak zagraliśmy razem.

Kasia: Ten konkurs to był moment, w którym zrozumiałam, że to nie dla mnie, i potem zaczęłam chodzić na pierwsze lekcje rozrywkowego grania.

A Wasze instrumenty?

Jacek: Ja dość szybko zacząłem grać na mandolinie. Pierwszy raz miałem ten instrument w rękach już w drugiej klasie podstawówki. Jeden z naszych wujków grał na mandolinie, mój ojciec chrzestny Jacek Wąsowski też. I oni mi pokazali podstawy. A że coraz bardziej mi się podobało, to uczyłem się więcej na własną rękę.

Kasia: Ja gram głównie na fortepianie. Umiem też grać na gitarze, ale raczej ogniskowo. I tak jak Jacek poszedł bardziej w naukę gry na drugim instrumencie, to ja bardziej poszłam w naukę śpiewu.

Kwiat Jabłoni // Fot. Dorota Szulc

Wasz pierwszy zespół: kiedy zaczęliście?

Jacek: Tutaj role z dzieciństwa się odwróciły i to ja pociągnąłem Kasię za sobą. To był koniec gimnazjum, z kolegami graliśmy w garażu – w zasadzie to był strych nad garażem u Maksa, naszego perkusisty, ale „granie w garażu” brzmi znacznie lepiej. W pewnym momencie odszedł nasz wokalista. Nie pamiętam już kontekstu, ale zapytaliśmy Kasię, czy nie chciałaby wskoczyć do zespołu za niego. Graliśmy różne covery, ale tylko próby, nigdy żadnego koncertu.

Kasia: Miałam silne przekonanie, że ten zespół nie może nigdy zagrać występu, bo jest tylko po to, żebyśmy się nauczyli grać rozrywkowo. Dzięki Jackowi i jego kolegom poznałam takie zespoły jak Led Zeppelin, AC/DC, Marilyn Manson, The Doors… Rocka po prostu poznałam dzięki Wam. Wciągnęłam się do tego stopnia, że zrobiłam sobie w liceum glam-rockową fryzurę i nosiłam wszystko w panterkę. Jak zespół Cinderella!

A wraz z dojrzewaniem przychodzi jakiś moment, kiedy macie siebie dość?

Jacek: Między nami nie było wielkich kryzysów ani naprawdę trudnych momentów. Nie było wielkich górek i dołów. Wydaje mi się, że ta nasza relacja się nam po prostu rozwija w dosyć naturalnym tempie, tak…

Kasia: …spokojnie. Ale trzeba przyznać, że był taki czas, że sporo się jako dzieci biliśmy (śmiech).

Później przez kilka lat działacie jako Hollow Quartet.

Jacek: To była bardzo duża część naszego życia, od liceum do prawie końca studiów.

Kasia: I to był już taki zespół, z którym oboje wiązaliśmy duże nadzieje. Były momenty wzlotów, wystąpiliśmy na przykład w telewizyjnym talent show „Must Be the Music”. Myśleliśmy, że to wystrzeli.

Jacek: Ale to się nie udało. Jak graliśmy w rodzinnym mieście, przychodziło dużo znajomych, ale jak wyjeżdżaliśmy gdzieś dalej, to się okazywało, że przychodziła już garstka ludzi. Raz na koncert w Krakowie nie przyszedł nikt. Ten zespół nauczył nas z jednej strony dużo pokory, a z drugiej – wielu umiejętności scenicznych. 

Potem był już Kwiat Jabłoni – niedawno ogłosiliście, że robicie przerwę. Skąd ten pomysł?

Jacek: Pomysł wyszedł od Kasi. Ja od jakiegoś czasu działam z muzyką elektroniczną, ale nie miałem na to jeszcze dużo czasu. Uznałem, że to dobry pomysł, że jest to nam obojgu potrzebne. Zsynchronizowaliśmy się w tej potrzebie.

Kasia: Robimy przerwę, nie zamykamy Kwiatu na zawsze. Ja też będę nadal w muzyce, mam w planie solowe projekty. Jestem tego nowego etapu ciekawa: co zrobimy bez siebie i z czym wrócimy po przerwie do zespołu. Złapanie oddechu od Kwiatu Jabłoni przyniesie pewnie inspiracje na to, co będzie po powrocie.

Jacek: Jak myślę o moich planach na najbliższy rok, dwa, to chciałbym pograć sety DJ-skie. Wydaje mi się, że to jest pozostałość albo raczej pochodna tego, że studiowałem na Akademii Muzycznej kompozycję. Fascynują mnie długie, powtarzalne przebiegi, płynne przejścia, wtapianie się w siebie dźwięków.

Osobliwy moment na zawieszenie zespołu: wszystkie Wasze koncerty z orkiestrowej trasy „Przesilenie” wyprzedały się do ostatnich miejsc.

Kasia: Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. 

Jacek: Niepokonanym (śmiech).

Kasia: Bardzo żyję tymi koncertami orkiestrowymi. To jest na pewno zamknięcie jakiegoś etapu, podsumowanie. Z każdym kolejnym sezonem Kwiatu było nas na scenie coraz więcej: zespół się powiększał, współpracowaliśmy z kolejnymi muzykami. Więc ta orkiestrowa odsłona Kwiatu wydaje mi się spełnieniem naszych marzeń sprzed wielu lat, żeby to doprowadzić do takiej pięknej, pełnej formy.

Ta trasa i nowa płyta „Przesilenie” są przeglądem naszych piosenek w nowych aranżacjach. To są dla mnie ogromne emocje. Po raz pierwszy płaczę ze wzruszenia na koncertach. Bywałam nieraz poruszona na naszych koncertach, przejęta, ale nigdy do łez. „Przesilenie” oznacza maksimum, szczytowy punkt, po którym musi przyjść coś nowego. I na to liczymy. 

Jak się robi piosenki w duecie?

Kasia: Zawsze jedno z nas przynosi tekst. Czytamy go i dajemy sobie prawo do poprawiania drobnych rzeczy, pojedynczych słów. Nie piszemy razem, tego nie umiemy robić. Ja długo myślę, wielokrotnie poprawiam, wracam po kilku dniach do tekstu. Pisanie z kimś przypomina konkurs „Kto szybciej wpadnie na coś fajnego”. Wolę przez pierwszy etap przejść sama.

Jacek: Ale jesteśmy w stanie razem tworzyć muzykę: przynosimy na próbę już coś konkretnego, ale jednocześnie bardzo liczymy na inwencję twórczą drugiej osoby.

Kasia: Pokazuję Jackowi akordy i wiem, że on do tego doda coś ze swojej wrażliwości, dopisze partie na mandolinie, takie, których ja bym nie wymyśliła. Tak samo Jacek daje mi tylko zarysy tego, co mam grać, i ja nakładam swoje muzyczne pomysły. 

A Wasze piosenki dzielą się na takie, które są bardziej Kasi, i te, które są bardziej Jacka?

Jacek: Myślę, że każdy z nas w jakimś stopniu identyfikuje się ze wszystkimi utworami. Trudno byłoby grać coś, z czym jest jednemu z nas bardzo nie po drodze, czego nie lubimy.

Wyrośliście z czegoś? 

Kasia: Jest kilka takich piosenek. Dla mnie takim utworem, który porzuciliśmy nie bez powodu, jest „Nic więcej”. Nieco infantylnie dziś dla mnie brzmi.

Jacek: Gdy pisałem „Nic więcej”, miałem w głowie zupełnie inny przekaz niż ten, który ostatecznie zyskał ten utwór po nagraniu. Nie umiałem ująć dobrze swojej myśli w słowa i wyszło kiczowato.

To jest Wam często zarzucane: że jesteście za mili, za słodcy, za grzeczni.

Kasia: Łatwo nas sprowadzić do takiego stereotypu grzecznego rodzeństwa. Bo może to w sumie jest prawda o nas (śmiech). Raczej nie leży w naszej naturze szokowanie, skandal, przypał. Zresztą czy łagodność, grzeczność, wrażliwość są wadami, które można komuś „zarzucić”? Ja nawet czasami się zastanawiałam, co byśmy mogli zrobić takiego naprawdę skandalicznego, żeby ten wizerunek odmienić…

Jacek: Ale właśnie: po co?

Kasia: Oczywiście to bez sensu. Wyobrażałam sobie tylko alternatywną rzeczywistość, w której robimy coś naprawdę gwiazdorskiego.

Jacek: Ja mam wrażenie, że to mówienie o byciu „za grzecznym” czy „za sympatycznym” bardzo wiąże się z naszym narodowym zachowaniem w codziennych sytuacjach. Nie uśmiechamy się do siebie na ulicy, na przystanku, w sklepie. Normalność kojarzy nam się z obojętnością na drugiego człowieka. 

Kasia: A bycie serdecznym to z kolei przesadna grzeczność i słodkość. Im więcej słyszę od innych o naszym „ugrzecznionym” wizerunku, tym więcej się nad nim zastanawiam. Na początku trochę się przed tym broniłam, mówiłam: no bez przesady, nie jestem taka znowu strasznie grzeczna, uwierzcie mi! Ostatecznie doszłam do wniosku, że nie ma się co przed tym bronić. Taka jestem w oczach innych i nie mam na to wpływu. Czasem człowiek samego siebie widzi po prostu inaczej. Kiedy w oczach innych zobaczyłam samą siebie, mogłam zauważyć lepiej to, czego w sobie wcześniej nie widziałam.

Rozmawiamy o grzeczności, a nazwa Kwiat Jabłoni pochodzi od tytułu nie bardzo grzecznej piosenki.

Kasia: Byliśmy malutcy, kiedy rodzice puszczali ten punkowy numer w domu, a my nie mieliśmy pojęcia, o czym ta piosenka jest. Podobała nam się melodia i prosty refren: „Kwiat, Kwiat Jabłoni / Kwiat, Kwiat Jabłoni, a, a, a”. Śpiewaliśmy go i tańczyliśmy.

I po latach, kiedy szukałam nazwy dla naszego zespołu, wujek Jarek przyniósł nam akurat pudło starych płyt – on przerzucił się na słuchanie ze streamingu, ale wiedział, że my lubimy słuchać muzyki z nośników. Wybrałam kilka i wzięłam do samochodu, żeby przesłuchać. To był czas, kiedy rodził mi się w głowie pomysł stworzenia nowego zespołu. I trafiłam na tę piosenkę „Kwiat Jabłoni” zespołu Trawnik, w której nasz tata gościnnie śpiewał. Wróciło do mnie mnóstwo ciepłych wspomnień z dzieciństwa. I wtedy uznałam, że chciałabym, żeby nasz nowy zespół nazywał się Kwiat Jabłoni. Tak jak nasza ulubiona piosenka z dzieciństwa. Jackowi też się to spodobało.

Dalej nie powiedzieliśmy, o czym jest ta piosenka. Pierwsza zwrotka brzmi: „Cena jest przystępna dla wszystkich / Nie to co taka whisky / Robotnicy i rolnicy / Kwiat Jabłoni piją wszyscy”. A zespół Kwiat Jabłoni miał być dla wszystkich?

Kasia: Po tym, co widzimy na koncertach, i po tym, jaką mamy informację zwrotną od tych, którzy chcą nas słuchać, to chyba faktycznie jest dla wszystkich.

Jacek: Wydawało nam się, że będziemy robić muzykę dla studentów. 

Kasia: Ale bardzo często widzimy, że ludzie przychodzą na koncerty całymi rodzinami. Do młodzieży dołączyli na stałe rodzice, dziadkowie. Nawet małe dzieci lubią nasze piosenki, są na koncertach. Wzrusza mnie to.

Jacek: Na festiwalu Pol’and’Rock dwa razy dostaliśmy nagrodę publiczności: czyli pasowaliśmy do widowni, trafiliśmy w ich gusta. Na naszych koncertach często pojawiają się metalowcy. I nieraz nas zaczepiali na ulicy, żeby powiedzieć, że bardzo lubią naszą muzę. Zaskakuje mnie, że nasza muzyka trafia we wrażliwość osób, które na co dzień siedzą w zupełnie innej estetyce. Na przekór stereotypom.

Co było kluczem, żeby przez lata razem pracować i żyć, nie mając siebie dosyć?

Kasia: Kiedy myślę o nas jako duecie zarówno muzycznym, jak i o rodzeństwie, to widzę, że przez lata utrzymuje się między nami dobra, stabilna relacja. I chyba kluczem do niej jest to, że jesteśmy do siebie podobni.

W czym jesteście podobni?

Kasia: Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy mają rodzeństwo, często mówią mi, że różnią się od siebie – poglądami, podejściem do życia, zachowaniami. I chociaż się lubią, kochają, to jednak tego czasu na co dzień nie spędzają ze sobą tak dużo, bo nie dogadują się tak dobrze na poziomie chociażby światopoglądu. My mamy dużo podobieństw tego typu, choć charakterologicznie zdecydowanie się różnimy. 

Jacek: Śmieszy nas często to samo, lubimy te same książki, kabarety, muzykę. Jest nam do siebie na wielu płaszczyznach blisko. I dlatego jest nam razem dobrze.

Kasia: I nie ma w nas zazdrości, to mnie bardzo cieszy. Gdy poznaję małe dzieci, które są rodzeństwem, szczególnie gdy różnica wieku między nimi jest niewielka, bardzo łatwo uruchamia mi się taka jedna rzecz. Staram się bardzo uważać i doceniać to starsze: żeby pokazać mu, że nadal jest ważne, a ten młodszy brat czy siostra nie jest dla niego zagrożeniem, tylko najlepszym kompanem i przyjacielem. Pewnie mogę trochę przesadzać, ale zawsze zależy mi na tym, żeby uczyć rodzeństwa życia bez zazdrości.

A jak to zrobić, by nie mieć tej bliskiej osoby za dużo?

Kasia: Przez ostatnie lata nasza relacja była bardzo zintensyfikowana: pracowaliśmy razem, jeździliśmy w trasy, a obok tego było też to zwykłe życie: wizyty w domu rodzinnym, wspólne święta. To wszystko skumulowane dało wielką część życia przeżytą wspólnie. Nasza żelazna zasada: na wakacje jeździmy oddzielnie, żeby odpocząć także od siebie. Bardzo zawsze pilnujemy, żeby do siebie nie pisać, nie dzwonić w czasie wyjazdów wakacyjnych.

To Wasze zawodowe rozdzielenie to ostatni etap wchodzenia w dorosłość?

Jacek: Moim zdaniem tak. Taki kolejny krok wychodzenia z domu. Ja czuję, że ciągle nie umiem do końca wyjść. I jak to nasze pokolenie, na terapii sporo o tym rozmawiam.

Kasia: Tak to czujesz? Bardzo ciekawe, nigdy tak nie pomyślałam.

Jacek: Tak. Kwiat się nie kończy, nasze wspólne rzeczy się nie kończą, ale ta przerwa, kiedy będę robić rzeczy sam, będę sobie sterem, żeglarzem i okrętem – to dla mnie kolejne, jeszcze mocniejsze wejście w dorosłość. Branie odpowiedzialności za swoje decyzje w stu procentach, a nie tylko w pięćdziesięciu.

Kasia: Masz rację, jest w tym coś. Ja też nie umiem się poczuć na sto procent pewna tego, co robię, gdy jestem sama. I to dla mnie największa przeszkoda w robieniu nowych muzycznych rzeczy samodzielnie. Prawdopodobnie po czasie nauczę się, żeby umieć stwierdzić, czy coś jest dobre, czy nie. Zawsze do tej pory miałam wsparcie w tobie. 

Na koncercie w Krakowie opowiadałaś o wracającym do Ciebie śnie: mdlejesz na scenie ze stresu, znoszą Cię za kulisy i gdy się budzisz, jest przy Tobie Jacek, który mówi: „Nie musisz już tam wychodzić, ja się wszystkim zajmę, a ty możesz leżeć”. 

Kasia: I to pokazuje, że bycie razem w zespole jest niesłychanie wygodne, przyjemne i dające ogromne poczucie bezpieczeństwa.

A wspólna praca nigdy nie wyparła innych spraw?

Kasia: Zawsze dużo rozmawiamy o innych rzeczach niż muzyka: o tych dla nas w inny sposób ważnych, bardzo prywatnych. Często wykorzystując na to czas, kiedy wracamy busem z koncertów.

Jacek: Dziś będziemy wracać do Warszawy, więc jest szansa, że pogadamy o czymś ważnym. Wiemy, że nie da się przewidzieć, w którą stronę teraz pójdzie nasza relacja. To jest moment, w którym będziemy musieli zacząć o nią dbać.

Kasia: Teraz będziemy musieli się bardziej postarać. A może nie bardziej, tylko inaczej? Może dzięki tej przerwie pojedziemy razem na wakacje, jak za dzieciaka.

KASIA SIENKIEWICZ (ur. 1992) i JACEK SIENKIEWICZ (ur. 1994) są muzykami. Od 2018 r. działają jako zespół Kwiat Jabłoni. Zadebiutowali albumem „Niemożliwe”, który zdobył status platynowej płyty. Wielokrotnie nominowani do Fryderyków, w 2021 r. otrzymali statuetkę w kategorii Album Roku Pop za płytę „Mogło być nic”. W roku 2026 ogłosili zawieszenie działalności zespołu, ale pozostają w muzyce.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 14/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jak brat z siostrą