Medevac Hub w Jasionce. Jedyne takie miejsce na świecie

Do medycznego hubu pod Rzeszowem trafiają ukraińscy żołnierze i cywile ranni w ostrzałach oraz ciężko chorzy pacjenci, także onkologiczni. Placówka jest w permanentnym stanie gotowości.
Czyta się kilka minut
Wyładunek pacjenta z Ukrainy z autokaru-ambulansu w hubie medycznym w Jasionce. 5 maja 2026 r. // Fot. Jacek Taran
Wyładunek pacjenta z Ukrainy z autokaru-ambulansu w hubie medycznym w Jasionce. 5 maja 2026 r. // Fot. Jacek Taran

Aleksandr pochodzi z Latyczowa w obwodzie chmielnickim. Ma 44 lata, a przed wojną był kierownikiem gospodarstwa rolnego. Swoją trudną historię opowiada z uśmiechem: siedzi wyprostowany, spokojny, ostrzyżony krótko, po wojskowemu. Jedynie brak ręki, amputowanej wysoko przy samym barku, wprowadza dysonans pomiędzy jego pogodą ducha a rzeczywistością. O wojnie opowiada bez podnoszenia głosu, jakby chciał pokazać, że ma wszystko pod kontrolą.

Do wojska trafił przypadkiem. Wracał właśnie ze Lwowa, gdzie pojechał z synem złożyć jego dokumenty na uniwersytet. 

– Zatrzymali nas na posterunku i od razu dostałem wezwanie do wojska. Poprosiłem o trzy dni, żeby pozałatwiać wszystkie sprawy w domu. Zgodzili się. 

W domu została żona, syn student, kilkuletnia córka i schorowana matka. 

– Początkowo służyłem w Sumach przy granicy z Rosją, później trafiłem do Kupiańska – wspomina. – Mieliśmy tam chronić osiedle mieszkaniowe przed „raszystami”, ale było nas mało. Bloki po dziesięć pięter, a nas tylko trzech na jeden budynek.

Uruchamianie odtwarzacza...

Ranny został podczas porannego obchodu. – Otwierałem drzwi do budynku. Nastąpił wybuch. Nie wiem nawet, co tam było podłożone.

Eksplozja zmiażdżyła rękę Aleksandra. Natychmiast dostał opaskę uciskową, ale drony do tego stopnia uniemożliwiały ewakuację, że przekładano ją coraz wyżej, gdy kolejne fragmenty okazywały się nie do uratowania. – Byłem z opaską czterdzieści sześć godzin, to o wiele za długo. Gdyby nie chłopak, który mnie stamtąd wyprowadził, sam nie dałbym rady – przyznaje.

Aleksandr z Latyczowa, pacjent hubu medycznego, przed odlotem na dalsze leczenie w Europie. Jasionka, 5 maja 2026 r. // Fot. Jacek Taran

Po zranieniu trafił do szpitala w Charkowie, później do Lwowa. Tam lekarze przeszczepiali tkanki z pleców Aleksandra, próbując zachować jak największą część ręki pod przyszłą protezę. Teraz czeka go kolejna operacja w Danii.

Medevac Hub Jasionka. Jak działa centrum ewakuacji

Kilka minut przed godziną 15.00 pod halę „Medevac Hub Jasionka” podjeżdżają trzy karetki ukraińskiego pogotowia ratunkowego i dwa autokary-ambulanse. To specjalne pojazdy przystosowane do zbiorowego transportu rannych i ciężko chorych pacjentów. Są darem rządu Norwegii i noszą imiona księżniczek: Anny i Wiktorii.

Kilka osób wysiada o własnych siłach. Najciężej ranni wywożeni są z autobusów specjalnymi windami. Personel pomaga przy bagażach, tłumaczy procedury, kieruje pacjentów do boksów oznaczonych nazwami krajów, do których następnego dnia polecą na leczenie. Jest czas na badania, posiłek, toaletę i rozmowę z psycholożką.

Następnego dnia rano pacjenci wrócą na lotnisko w Jasionce, a medyczny samolot wystartuje na północ Europy. Najpierw dwa lądowania w Niemczech, później Kopenhaga i Oslo.

Medevac Hub Jasionka to medyczne centrum tranzytowe zlokalizowane przy podrzeszowskim lotnisku. Trudno porównać je do klasycznej placówki ochrony zdrowia. Choć znajduje się tu infrastruktura do przyjmowania i stabilizacji pacjentów, hub nie jest szpitalem. Łączy funkcje miejsca tranzytowego, tymczasowej placówki medycznej i centrum koordynacyjnego ewakuacji pacjentów z Ukrainy do państw europejskich. Jest tu również skromna biblioteka, w której znajdują się książki po ukraińsku i po polsku.

Pacjenci trafiają do hubu po wcześniejszym leczeniu w Ukrainie. Często po zabiegach ratujących życie i wykonywanych w ciężkich warunkach, blisko linii frontu. Dlatego w Jasionce są ponownie oceniani pod kątem stanu zdrowia, możliwości dalszego transportu i potrzeb terapeutycznych.

Do hubu pacjenci przyjeżdżają konwojami organizowanymi przez stronę ukraińską. W zależności od sytuacji na froncie i liczby zgłoszeń ruch bywa bardzo zmienny. O historii placówki opowiada mi Adam Szyszka, lider zespołu Jasionki.

Jedyne takie miejsce na świecie jest w Jasionce

– Pracowałem jako ratownik medyczny w Centrum Tranzytowym Warszawa Wschodnia, gdy zadzwonił do mnie doktor Wojtek Wilk z Fundacji Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej i powiedział: „Jedź do Jasionki, robimy tam hub medyczny dla pacjentów z Ukrainy”. Na miejscu zobaczyłem pustą halę, więc narysowałem na kartce: na środku główna konsola medyków, dalej boksy dla pacjentów, tu strefa przyjęć, tam jadalnia. Miało to potrwać góra kilka miesięcy. Jestem tu już czwarty rok – przyznaje Szyszka.

Głównym celem hubu było stworzenie miejsca, które pozwoli uporządkować proces ewakuacji medycznej z Ukrainy i ograniczy ryzyko przeciążenia lokalnych szpitali. Ośrodek w Jasionce to jedyne takie miejsce na świecie.

– Wyobraź sobie zwykły szpitalny SOR. Dwie karetki naraz to już tłok. A teraz wyobraź sobie konwój piętnastu pojazdów i trzydziestu pacjentów wysypujących się jednocześnie – opowiada Szyszka, który ma spore doświadczenie w tzw. medycynie pola walki. Pracował na misjach w Czadzie, Afganistanie, Ukrainie, ale pomagał też przy akcjach ratunkowych po kataklizmach.

– Gdy po trzęsieniu ziemi zawali się dzielnica miasta, to jesteśmy w stanie oszacować liczbę ofiar. Wiemy też, że dwie-trzy doby po zdarzeniu gwałtownie spada umieralność, można zaplanować procedury, leczenie. Podczas wojny nie jesteśmy w stanie przewidzieć niczego – mówi. – Możemy tylko przygotować system tak, by działał wtedy, kiedy będzie potrzebny.

System funkcjonuje w ramach unijnego Mechanizmu Ochrony Ludności, a sam hub powstał z inicjatywy polskiego Ministerstwa Zdrowia jako element europejskiego systemu ewakuacji medycznej dla rannych i ciężko chorych pacjentów z Ukrainy. Za jego codzienne funkcjonowanie odpowiada Fundacja Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej we współpracy z polskim i ukraińskim resortem zdrowia. Około 95 proc. kosztów działania hubu pokrywa Unia Europejska.

Placówka w Jasionce jest w permanentnym stanie gotowości. Liczby pacjentów zmieniają się z miesiąca na miesiąc, bo sytuacja na froncie pozostaje nieprzewidywalna. Sam hub zaprojektowano jako obiekt tymczasowy i mobilny. Poszczególne strefy można przebudowywać w zależności od liczby pacjentów i rodzaju potrzeb medycznych. Przygotowano również procedury ewakuacyjne na wypadek zmiany sytuacji w kwestii bezpieczeństwa placówki.

– Ten obiekt może być bardzo szybko zwinięty i przeniesiony w inne miejsce – mówi Adam Szyszka. – Mamy procedury na brak prądu, brak wody, różne sytuacje kryzysowe. Nie chciałbym jednak, żeby to kiedykolwiek się wydarzyło, żebyśmy na przykład musieli ewakuować się pod Wrocław. 

Jak przebiega ewakuacja rannych z Ukrainy 

Proces kwalifikacji pacjentów trwa zwykle około trzech tygodni i wygląda tak, że Ukraina zgłasza osoby wymagające leczenia za granicą, a państwa europejskie deklarują możliwość ich przyjęcia. Po zaakceptowaniu oferty przez pacjenta organizowany jest transport do Jasionki, a następnie lot medyczny do tych szpitali w Europie, które zgłosiły gotowość leczenia. 

Jedną z głównych idei powołania hubu było odciążenie polskiego systemu ochrony zdrowia, uginającego się na początku wojny pod liczbą rannych z Ukrainy. Dzięki Jasionce pacjenci po wstępnej stabilizacji trafiają dalej: do Niemiec, Norwegii, Austrii, Hiszpanii, Francji czy krajów skandynawskich.

Hub działa jak placówka kryzysowa. Ma własne zapasy wody, alternatywne instalacje elektryczne i agregaty prądotwórcze. Jak podkreśla Adam Szyszka, miejsce od początku projektowano z myślą o nieprzewidywalności wojny i konieczności działania w warunkach kryzysowych.

W ciągu czterech lat przez hub przewinęło się kilka tysięcy pacjentów i osób towarzyszących. Wśród nich byli pacjenci po urazach wojennych, osoby wymagające leczenia onkologicznego, rehabilitacji lub specjalistycznych operacji, których nie można było przeprowadzić w Ukrainie.

Serhij z Odessy, pacjent hubu medycznego, przed odlotem na dalsze leczenie w Europie. Jasionka, 5 maja 2026 r. // Fot. Jacek Taran

– To miejsce jest miksem szpitala tymczasowego, poradni wielospecjalistycznej, gabinetu psychologicznego, lotniska, poczekalni i biblioteki – mówi Szyszka, zaznaczając, że personel hubu unika dzielenia pacjentów na cywilów i żołnierzy.

– Pacjent to pacjent – oświadcza, a po chwili dodaje: – Niektórzy mają po prostu piżamy w kamuflażu. Zgodnie z prawem międzynarodowym, po przekroczeniu granicy są to uchodźcy-ofiary wojny, wymagające pomocy.

Do hubu trafiają zarówno żołnierze po amputacjach, jak i cywile ranni podczas ostrzałów czy strażacy pracujący przy akcjach ratunkowych. Są też pacjenci wymagający leczenia onkologicznego, które nie może być kontynuowane w Ukrainie. 

Szyszka zauważył, że większość pacjentów chce po leczeniu wracać do siebie, nawet jeśli mieliby jechać do miast zniszczonych przez wojnę, do miejsc niebezpiecznych, blisko frontu. Wspomina pacjentkę w terminalnym stadium choroby nowotworowej, która po kilku miesiącach nieskutecznego leczenia za granicą zdecydowała się wrócić do Ukrainy, mimo że jej dom został zniszczony.

– Była w Wiedniu, leczenie nie dawało rezultatu. Wróciła do nas. Mówiliśmy, że jej domu nie ma, że tam tylko gruz. Powiedziała, że chce umrzeć w swoich gruzach, a nie w obcym budynku.

Żołnierze z Ukrainy opowiadają o wojnie

Serhij pochodzi z Odessy. Ma 47 lat, ale jak większość mężczyzn wracających z frontu, wygląda na starszego. Na szyi srebrny krzyżyk, na ręce bransoletka z maleńkich prawosławnych ikon. Mówi krótko, szorstko, urywa zdania. Jedną nogę ma spuszczoną swobodnie w dół. Druga, usztywniona metalowymi prętami, kończy się kawałkiem stopy grubo owiniętym bandażami.

Do wojska trafił jesienią 2025 roku. – Poszedłem do sklepu po papierosy. Podjechali ludzie z centrum rekrutacji i mnie zabrali.

Kilka tygodni później Serhij był już na froncie. Najpierw Charków, później Hulajpole pod Zaporożem. Trafił do „szarej strefy”, czyli terenu pomiędzy pozycjami obu armii.

– Nadepnąłem tam na minę. Ruskie rozsypują takie małe samoróbki, wyglądają jak zapalniczki do papierosów, pełno tego wszędzie. Jak śnieg lekko posypie, to już nie zobaczysz. Gdybym nadepnął centralnie, pewnie by mnie już nie było, a tak to tylko noga – mówi.

Szli we trzech. Jeden chłopak po wybuchu wpadł w stupor i zupełnie przestał reagować. Później przez wiele godzin leżeli na pozycji, czekając na możliwość ewakuacji. Przez cały czas w okolicy latały rosyjskie drony, właściwie to nad nimi wisiały. – Leżeliśmy tam w błocie prawie cały dzień, nie dało się ruszyć – wspomina Serhij. – Dopiero wieczorem przenieśli mnie do bunkra operatorów dronów. Na dziewięć dni. Bez leków przeciwbólowych, praktycznie bez jedzenia i z resztkami wody. No, wesoło było. Mieliśmy litr wody na trzech.

Jedli śnieg, gryźli lód. Kiedy wychodzili z bunkra, mieli ziemię w ustach. Bali się tak bardzo, że zaczynali powtarzać modlitwy, o których nawet nie wiedzieli, że je pamiętają. W tym czasie rosyjskie drony obserwowały miejsca zrzutu żywności. – Czekali, aż ktoś wyjdzie po wodę albo jedzenie – opowiada. – Wtedy zaczynali ostrzał. Skuteczny, dwóch żołnierzy zginęło podczas prób dotarcia do zaopatrzenia. 

Serhij, 47 lat. Pochodzi z Odessy. Pacjent hubu medycznego w Jasionce. 5 maja 2026 r. // Fot. Jacek Taran

Serhija udało się wynieść dopiero podczas mgły. – Posadzili mnie przy rozwalonym domu i przykryli deskami. Dron cały czas latał nad nami. A później, kilka minut po tym, jak mnie stamtąd zabrali, budynek został zaatakowany. No, wesoło było – powtarza swoją ulubioną frazę.

Teraz z Jasionki pojedzie do Niemiec, gdzie będzie miał wszczepianą endoprotezę kolana, przejdzie też operację stopy.

Serhij w pewnym momencie wyciąga zawinięte w chusteczkę odłamki, które wyglądają jak potłuczona porcelana. – To kości z mojego kolana, na pamiątkę wziąłem.

Po chwili pokazuje też medal za odniesione rany i status weterana działań bojowych. Trzyma go delikatnie, na zniszczonych, spękanych dłoniach.

– Może wrócę do Ukrainy, nie wiem jeszcze. Co będę robił w Niemczech? Ale w domu niepełnosprawny też do niczego nie jest potrzebny. Jakoś daję sobie radę, ale najgorzej jest w nocy. Wszystko mi się śni na nowo. 

Pomoc psychologiczna ofiarom wojny

Jedną z pierwszych osób, z którą rozmawiają pacjenci po przyjeździe do Jasionki, jest psycholożka Maryna Kuzmyn. W Polsce mieszka od początku wojny. Jej praca zaczyna się już w autobusie albo ambulansie. – Kiedy słyszą ukraiński, od razu pojawia się taki pierwszy most zaufania. Widzą, że tu ktoś zna ich język i może ich zrozumieć, nie czują się obco.

Maryna jest również psychotraumatolożką. Rozmawia z pacjentami, obserwuje ich reakcje, próbuje wychwycić symptomy wymagające dalszej pomocy psychologicznej albo psychiatrycznej. – Widzę często nakładanie się różnych traum i zaburzeń. PTSD może iść razem z depresją, zaburzeniami lękowymi albo innymi problemami psychicznymi – wylicza.

Jej pierwsze pytania są bardzo proste: czy coś boli, czy czegoś potrzeba, jak człowiek się czuje. – Śmiejemy się tu czasem, że jestem psychotłumaczem. Jednocześnie mogę tłumaczyć lekarzowi, co mówi pacjent, i obserwować jego stan psychiczny.

Maryna podkreśla, że najważniejsze jest stworzenie poczucia bezpieczeństwa: – Najpierw chcę zbudować relację człowieka z człowiekiem, dlatego nie od razu mówię, że jestem psychologiem. Ludzie często potrzebują przede wszystkim usłyszeć, że to, co teraz czują, jest normalną reakcją na nienormalną sytuację – tłumaczy.

Niektórzy potrzebują wielogodzinnej rozmowy. Inni milczą. Czasem najważniejsze jest samo bycie obok. Cóż bowiem można zrobić w ciągu doby, którą pacjenci z Ukrainy spędzają w Jasionce?

– Tak naprawdę nie chodzi o ilość czasu, tylko o jakość kontaktu. O to, żeby człowiek poczuł z mojej strony: „Jestem dla ciebie. Widzę cię. Chcę zrozumieć twoje potrzeby”.

Maryna wspomina jedną z pacjentek, która po przyjeździe do Jasionki przez wiele godzin płakała. – Pod koniec siedziała już spokojniej, zaplotłyśmy wspólnie warkoczyki, a ona uśmiechnęła się i powiedziała, że jednak widzi jeszcze sens życia. Na pożegnanie wręczyła mi małą latarkę i wyznała, że jestem dla niej światełkiem na końcu tunelu. 

Życie po amputacji

Aleksandr w domu, oprócz rodziny, zostawił niewielki sad i kilka uli. – Trzeba będzie zebrać gruszki, jabłka. Może uda mi się to zrobić nową ręką – opowiada ze śmiechem. Sześcioletnia córka ciągle się pyta, czy będzie miał „żelazną rękę”, ale weteran śmieje się też z tego. – Trzeba się śmiać – mówi. – Życie jest za krótkie, żeby być smutnym, zbyt łatwo można je stracić.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 23/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Przystanek Jasionka