Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Paniom dziękujemy

Paniom dziękujemy

31.08.2010
Czyta się kilka minut
Solidarność nie mogła istnieć bez kobiet, wciąż jednak mało o nich wiemy. Nawet charyzmatyczna postać Anny Walentynowicz blaknie przy człowieku z wąsami, długopisem imponujących rozmiarów i Matką Boską w klapie.
Stocznia Gdanska, 31 sierpnia 1980 r./ fot. Grzegorz Nawrocki / graf. Zalley / arch. Marek Zalejski
Z

Za komuny było lepiej. Ale tylko mężczyźnie. I tylko ze względu na to, że miał jasno określoną pozycję społeczną. Kobieta swoją postawą utwierdzała go w niej - jak zwierciadło odbijała jego obraz. Nie naruszała porządku znanego od pokoleń: ona dla domu, on dla pracy. Ona dla dzieci, on dla ojczyzny. Ona organizuje, on kreuje. Ona uległa, troskliwa, skromna i łagodna, on stanowczy, twardy, opanowany i bezkompromisowy. Kobieta z ofiarną wyrozumiałością akceptowała wyznaczone dla siebie miejsce, nie miała pojęcia, że może być inaczej.

Bezsilność wobec ograniczeń stawianych przez system totalitarny nękała ludzi bez względu na płeć, dlatego najpierw należało ustrój obalić, potem zająć się równouprawnieniem, co w realiach polskich okazało się jednak wyjątkowo trudne.

Czarna biżuteria

Powtarzające się w historii polskiej cykle zwycięstw i porażek ukształtowały postawy społeczne. Kobiety były wychowywane w tradycji romantycznej. Przejęły patriotyczne wzorce po poprzedniczkach, podczas kolejnych powstań - listopadowego, styczniowego, warszawskiego - decydowały się na strategiczne i symboliczne akty oporu. Gdy mężczyźni ginęli lub szli do więzienia, one łączyły się w grupy. Kształciły się i zbroiły, pracowały i spiskowały. Pojawiały się wśród nich na tyle niezależne, że potrafiły konspirować samodzielnie, choć pod męskim pseudonimem. Joanna Żubrowa, Emilia Plater i Antonina Tomaszewska z bronią w ręku ruszyły na pole walki. Inne były kurierkami, organizatorkami tajnego nauczania, kolporterkami nielegalnej prasy. Kobiety zaopatrywały rodziny aresztowanych w odzież i żywność. Dawały schronienie przed carską policją i kozakami. Pielęgnowały rannych. Towarzyszyły mężom zesłanym na Syberię. Na znak protestu przeciwko zaborcom zakładały czarną biżuterię.

Ojcowie założyciele

Podziemie lat 80. nie mogło istnieć bez kobiet; stanowiły jego połowę. Wciąż jednak mało o nich wiemy. Nie wystarczy charyzmatyczna postać Anny Walentynowicz, choć i tak jej gwiazda blaknie przy człowieku z wąsami, imponujących rozmiarów długopisem i Matką Boską wpiętą w klapę marynarki. Historia Solidarności pisana piórem mężczyzn powstała wiele lat temu. Nawet w tekstach autorów zagranicznych - Timothy’ego Gartona Asha, Neala Aschersona, ­Davida Osta - rola kobiet jest marginalizowana. W posłowiu do książki "Konspira" - zbioru wywiadów z liderami Solidarności - Lawrence Weschler, komentator amerykański, porównywał polskich konspiratorów do "ojców założycieli" USA - Waszyngtona, Jeffersona, Franklina, Adamsa. Twierdził, że Polska lat 70. i 80. wydała Wałęsę, Kuronia, Wojtyłę, Miłosza, Frasyniuka... Na temat kobiet ani słowa.

W wywiadach udzielonych w okresie Okrągłego Stołu Zbigniew Bujak doceniał wkład Heleny Łuczywo w działalność podziemną, ale to nie to samo, co oficjalnie uznać, że Łuczywo kierowała "Tygodnikiem Mazowsze". Solidarnościowa rewolucja była sukcesem mężczyzn; brodaci działacze samodzielnie doprowadzili Polskę do niepodległości. Dobrze pamiętam ich ze spotkań w rodzinnym domu: wraz z moim ojcem zasiadali wokół stołu i rozmawiali ściszonymi głosami, gdy w tle krzątała się mama, donosząc kolejne kawy i herbaty. Pamiętam też kobiety, które pukały do naszych drzwi, przynosząc zebrane przez ludzi podziemia pieniądze - zastrzyk dla budżetu domowego uszczuplonego o pensję odsiadującego wyrok taty.

Na drugim planie

Po ogłoszeniu stanu wojennego kobiety świetnie wiedziały, co robić: trzeba dać ludziom nadzieję i poczucie sensu. Dlatego odbudowywały sieć kontaktów, mobilizowały do wspólnego działania, rozdawały do realizacji konkretne zadania. Tę rolę spełniał druk i kolportaż, szmuglowanie pieniędzy i materiałów poligraficznych.

Gdy przywódcy Solidarności trafili do więzienia, kobiety postanowiły podtrzymać mit bohaterów konspiracji. Dobrowolnie (czytaj: automatycznie) usunęły się na plan drugi i pracowały na nazwiska znanych kolegów - dziś byśmy powiedzieli: robiły im znakomity PR. Działały za kulisami: publikowały ich wypowiedzi, podawały do publicznej wiadomości informacje na temat działań. O wiele chętniej niż mężczyźni udostępniały mieszkania dla ukrywających się.

Anna Tyszkowska kierowała nielegalną radiostacją. Joanna Duda-Gwiazda i Alina Pienkowska - bezkompromisowe liderki Solidarności z Wybrzeża, nie pozostały w cieniu sławnych mężów, Andrzeja Gwiazdy i Bogdana Borusewicza. Teresa Bogucka, Anna Bikont, Anna Dodziuk, Ewa Jakubiec, Bogumiła Kowalska, Ewa Kuberna, Barbara Labuda, Ewa Ossowska, Zofia Romaszewska, Joanna Szczęsna, Krystyna Wiśniewska - nie sposób wymienić wszystkich nazwisk, tym bardziej że opozycja to głównie osoby anonimowe.

Trzeba z uznaniem powiedzieć o towarzyszkach życia działaczy - najsłynniejsza Grażyna Kuroń, przedwcześnie zmarła żona Jacka, kontynuowała sprawy męża, gdy ten szedł pod klucz. Były też kobiety niezaangażowane w opozycję bezpośrednio, ale w chwili zatrzymania męża dzielnie trwające na straży codzienności. Jak Anna Kubisiowska, wychowująca dzieci (w tym piszącą te słowa), dzień w dzień chodząca do pracy, stojąca w kolejkach, skazana na kolejne rewizje SB.

Immunitet płci

Bezpieka nie doceniała kobiet: szukano przede wszystkim działaczy, nie działaczek. Kobiety w podziemiu chronił immunitet płci - tym razem związane z nią stereotypy na coś się przydały. Ale to część prawdy: zdarzało się też, że były ostro szykanowane. Henryka Krzywonos, legendarna tramwajarka, uczestniczka i organizatorka gdańskich strajków w 1980 r., została przez bezpiekę pobita, w wyniku czego straciła ciążę. Ewę Kubasiewicz za druk ulotki sąd skazał na 10 lat (Amnesty International uznało ją więźniarką polityczną 1982 r.).

Kobiety szantażowano rodzicielską odpowiedzialnością, bezpieka grała na uczuciach i emocjach: jak nie pójdą na współpracę, ich dzieci trafią do domu dziecka. Po całym kraju rozsiane były miejsca internowania, najwięcej kobiet trafiło do Darłówka i Gołdapi, nazywanej "złotą klatką": luksusowego, jak na owe czasy, ośrodka wczasowego. Zatrzymane stały się obiektem nagonki mediów - ukazywano je jako wyrzutki i przykład rozpasanej opozycji utrzymywanej przez państwo w bardzo dobrych warunkach. W rzeczywistości nie mogły opuścić budynku strzeżonego przez wojsko. Inwigilowano je i zastraszano. Mimo to, w ośrodku toczyło się nieformalne życie - dzięki przemyconym radioodbiornikom słuchano zachodnich rozgłośni, produkowano ulotki, stemple, wydawano prasę, prowadzono kursy samokształceniowe. Uwięzione usiłowały nawet stworzyć Wewnątrzgołdapski Uniwersytet Opozycyjny.

Publiczne, prywatne

Życie opozycyjne to idee społecznikowskie mocno splecione z ludzką prywatnością. Miłości, namiętności, romanse, małżeństwa - te zawarte i te rozbite. Masa dobrych i trudnych emocji. Jako 10-letnia dziewczynka w milczeniu patrzyłam na niezrozumiały wówczas świat dorosłych; wyświetlający się przed moimi oczyma niczym film obyczajowy. Do dziś myślę o Magdzie, wtedy studentce, ukrywającej w mieszkaniu Marka, męża Lidii, ojca Tani i Tomka, zakochanej bez pamięci w tymczasowym lokatorze, obecnie samotnej.

Całkiem niedawno dowiedziałam się o historii kobiety utrzymującej łączność podziemia ze Zbigniewem Bujakiem i Wiktorem Kulerskim, z sukcesem umykającymi bezpiece. Całe życie gospodyni domowa, żona tyrana, niemająca pojęcia o partnerstwie. Po ogłoszeniu stanu wojennego działaczka Solidarności, co okazało się przełomem: praca dała jej cel w życiu, wzmocniła psychicznie, doprowadziła do decyzji o samodzielnym życiu.

Władza to rzecz męska

Język opozycji, tradycyjny słownik praw człowieka, bezwiednie odzwierciedlał męski punkt odniesienia: sfera publiczna to domena mężczyzn, prywatna - kobiet. W lecie 1980 r. na murz­e Stoczni Gdańskiej strajkujący wywiesili transparent nawiązujący do XIX-wiecznej pieśni: "Niepodległość Polski to twoja rywalka", co znaczy ni mniej, ni więcej: "Kobiety, nie przeszkadzajcie nam, my walczymy o Polskę". My wiemy, co robić, wy wracajcie tam, gdzie się najlepiej sprawdzacie i spełniacie, czyli do kuchni i pieluch. Podajcie nam przez bramę kanapki, podziwiajcie nasz heroizm, przycupnijcie na sądowych ławach, aby posłuchać odczytywanych na nas wyroków.

W wolnej Polsce ten przekaz został nieco przeformułowany: tak, wiemy, doceniamy, jak odważnie wspomagałyście nas w obalaniu komuny, ale teraz już dziękujemy, całujemy rączki, w demokracji my przejmujemy władzę, bo władza, miłe panie, to rzecz męska, wiecie to świetnie z podręczników, filmów i literatury.

Kapitalnie zilustrował ten model myślenia o kobiecej obecności w kulturze polskiej Andrzej Wajda "Człowiekiem z żelaza". Agnieszka, główna bohaterka, artystka i działaczka, poszukująca prawdy, popada w konflikt moralny. Jedynym rozwiązaniem dla niej stanie się życie zgodnie z utartym schematem: wybierze dom i rodzinę, rezygnując z dobrze zapowiadającej się kariery.

Domowa demokracja

Solidarność od początku utwierdzała tradycyjne miejsce kobiet w społeczeństwie. Z 21 sierpniowych postulatów, jeden dotyczy zwiększenia liczby miejsc w przedszkolach dla dzieci matek pracujących, drugi - przedłużenia urlopu macierzyńskiego do trzech lat. Po przeprowadzonych wiosną 1981 r. wyborach delegatów na Ogólnopolski Zjazd Solidarności kobiety stanowiły zaledwie 7 procent ogółu. W prezydium Komisji Krajowej znalazła się jedna kobieta na 18 mężczyzn, a w całej Komisji jedna kobieta na 82 członków. Do rozmów przy Okrągłym Stole zaproszono tylko Grażynę Staniszewską.

To właśnie stan wojenny okazał się epoką korzystną dla kobiecej aktywności: odbył się wtedy społeczny eksperyment, próba "demokracji uczestniczącej". Kobiety zrzuciły fartuch gospodyni domowej, oddając się dywersji politycznej. Klasyczne społeczne role niezauważenie uległy odwróceniu: kobiety wzięły na siebie współodpowiedzialność polityczną, zaznając przy tym większej autonomii niż kiedykolwiek przedtem. Poczuły się niezależne, wykroczyły poza obowiązującą normę. A ponieważ głównym miejscem oporu był dom (w nim znajdowały się powielacze, to on służył za schronienie dla ukrywających się, w nim toczyły się narady i wykłady), poczuły w sobie siłę: zgodnie z polską tradycją w domu rządzą kobiety.

Dom stał się więc gruntem, na którym kiełkowała demokracja. Uświęconą i całkowicie odrealnioną figurę Matki Polki, niemą ofiarę rodzimej historii, jedno tylko zbliżało do działaczki opozycyjnej - Matka Polka to anonimowa nazwa zbiorowa, nazwiska mają tylko jej synowie - generałowie, przywódcy, politycy, powstańcy...

Zdelegalizowana sekcja

Rok 1989 był dla kobiet szokiem: w sferze politycznej i ekonomicznej ich prawa mocno się skurczyły. W słabym jeszcze oświetleniu raczkującej demokracji, wyraźnie wyszło na jaw, że polskie społeczeństwo ma charakter macho. We wrześniu 1989 r. Komisja Krajowa Solidarności powołała do istnienia sekcję kobiet, ale pomysł ten podsunęła Międzynarodowa Federacja Wolnych Związków Zawodowych z siedzibą w Brukseli. Koordynowanie działań powierzono Małgorzacie Tarasiewicz, działaczce ruchu "Wolność i Pokój".

Sekcja domagała się od Solidarności m.in. przeprowadzenia badań dotyczących konstytucyjnych gwarancji równości, wprowadzenia uprawnień socjalnych, np. urlopu rodzicielskiego zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, by przezwyciężyć przyzwyczajenie, że tylko kobiety są odpowiedzialne za obowiązki domowe. Miała organizować warsztaty szkoleniowe, na których kobiety nabywałyby umiejętności kierowniczych, uczyły się argumentacji w obronie swoich praw i kontaktu z mediami.

Prawda, że jej program imponująco wyprzedził epokę? Pewnie też dlatego tak krótko działała. W 1990 r. odbył się II Zjazd Solidarności - kobiety stanowiły w nim 10 proc. delegatów, choć w szeregach członkowskich była ich połowa. Zjazd przyjął rezolucję w sprawie ochrony prawnej nienarodzonych. Sekcja Kobiet zaprotestowała: uznała, że delegaci nie mają do tego prawa, bo nikt nie skonsultował rezolucji z kobietami, i wypowiedziała się przeciw zakazowi aborcji. To doprowadziło do jej delegalizacji, obwiniano ją o uprawianie polityki frakcyjnej i próby rozbicia Solidarności od wewnątrz. Tarasiewicz podała się do dymisji, Komisja została rozwiązana na początku 1991 r.

Sufit, podłoga, schody

A potem w Polsce przyjęło się mówić o kobietach bez udziału kobiet, decydować "dla ich dobra", nie licząc się z ich zdaniem. Dyskusja o kobietach w polityce nie sprowadza się do debaty o tym, ile procent z nich zasiada w parlamencie czy w rządzie. Dużo istotniejsze jest zrozumienie faktu, jak ich prawa są przez polityków instrumentalizowane.

Kobiety poniosły koszty transformacji w stopniu znacznie większym niż mężczyźni. Łatwiej tracą pracę, trudniej ją znajdują, nowy system emerytalny działa na ich niekorzyść, uderzyła w nie likwidacja żłobków i przedszkoli. Na tych samych stanowiskach zarabiają zdecydowanie mniej niż mężczyźni - różnica wynosi ok. 30 proc. W socjologii płci mówi się o "szklanym suficie" (przeszkody, które oddzielają kobiety od najwyższych szczebli), "lepkiej podłodze" (trwałe przywiązanie zawodów zdominowanych przez kobiety do najniższego poziomu dochodów i prestiżu, bez możliwości awansu), "szklanych ruchomych schodach" (niewidzialna siła, wynosząca na szczyty bez względu na kompetencje tych nielicznych mężczyzn, którzy trafili do sfeminizowanych zawodów).

Owszem, 35 proc. menedżerów to kobiety. Ale lwią część zarządzanych przez nie firm tworzy jedna osoba: chodzi o pracę na własny rachunek. Kobiety wybierają taką drogę, by ominąć bariery, które stawia im dyskryminujący rynek pracy.

W 2010 r. kobieta nie dba o własny interes społeczny. Puściła w niepamięć to, jak świetnie znalazła się w przestrzeni publicznej podczas stanu wojennego? Na wolną Polskę nie starczyło siły? Czy może nie starczyło siły na użeranie się ze społecznym ostracyzmem w imię poglądu, że baba na stanowisku zaniedbuje rodzinę i w ogóle kosztem egoistycznych ambicji odwraca się od swojej prawdziwej natury? Jeśli już w życiu zawodowym jej się powiedzie, to często za ten sukces publicznie przeprasza: że w sumie wyszedł przy okazji, mimochodem. Jest więźniarką kultury nierówności, tym bardziej niebezpiecznej, że przezroczystej jak szyba i niezauważalnej dla niej samej. Kobieta często utrzymuje, że dyskryminacji nie ma, a to, co ja tu teraz piszę, to szukanie dziury w całym, wolne żarty, dobrze jest jak jest, żadnych zmian...

Wszystkie jesteśmy dziewczynami

Kilka dni temu jechałam tramwajem z moją czteroletnią córką. Naprzeciwko siedziały dwie starsze panie. Hania omiotła je spojrzeniem, potem popatrzyła na mnie, dalej na siebie, w końcu z olśnieniem wykrzyknęła: "Mamo, wszystkie jesteśmy dziewczynami!". A my, dziewczyny, olśnione jej olśnieniem, uśmiechnęłyśmy się do siebie porozumiewawczo.

Pomyślałam wtedy, jaka moc tkwi w byciu razem, nawet namiastka tego daje poczucie sensu. Świetnie wiedzą o tym mężczyźni, organizujący się w rozmaitych klubach i stowarzyszeniach, popierając się i wzajemnie polecając. Kobiety pod tym względem są zdecydowanie słabsze. Zdezintegrowane, zamknięte we własnej niepewności, z niechęcią patrzące na wspólne działania.

Nie mam żadnych złudzeń co do tego, że istnieje absolutna solidarność kobieca. Wierzę jednak, że kobiety, mimo różnic społecznych i ekonomicznych, znajdą w sobie impuls do tego, aby wraz z innymi kobietami swoją sytuację poprawić, jeśli tylko nie są z niej zadowolone. Moja córka tego wszystkiego jeszcze nie wie, ale posiada inną wiedzę, może tę najcenniejszą, którą my, dorosłe, powinnyśmy od niej przejąć i wdrażać w życie.

Szkoda by było zmarnować to, na co pracowały nasze poprzedniczki, nie tylko te z epoki Solidarności. One nie pracowały wyłącznie na wolną Polskę, one pracowały na wolną kobietę w wolnej Polsce.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]