Niemiecka grupa Long Distance Calling należy do czołówki zespołów tworzących w nurcie post-rocka. To gatunek, który wykorzystuje rockowe instrumentarium, ale w zupełnie nierockowym celu. Nie ma tu struktur typu zwrotka-refren-przejście-zwrotka-solówka. Ba, na ogół nie ma wokalu: ten „instrument” jest tu zbędny.
O ile jednak wiele zespołów post-rockowych poszło w kierunku charakterystycznych dla ambientu plam dźwiękowych i „muzyki tła”, ci Niemcy tworzą aranżacje gęste, galopujące, często przekraczające granice metalu, ale sięgające też chętnie po dziedzictwo Pink Floyd czy The Alan Parsons Project. W ich kompozycjach słychać też echa minimalizmu Philipa Glassa: utwory bazują na wielokrotnie powtarzanych, hipnotycznych, na różne sposoby splatanych sekwencjach.
Jest to w jakimś sensie muzyka medytacyjna – gdy zamkniemy oczy, ostre gitary i pulsująca perkusja zabiorą nas w podróż po zakamarkach wyobraźni. Można, ale nie trzeba inspirować się tytułami utworów i tematyką poszczególnych albumów (LDC nagrywali już koncept-albumy o sztucznej inteligencji czy ginących gatunkach; „The Phantom Void” dotyka źródeł lęku).
Trochę szkoda, że na najnowszym krążku muzycy postanowili prowadzić słuchacza za rękę i niektóre utwory zaopatrzyli w (niedługą na szczęście) narrację grobowego basu. Ten brak zaufania do odbiorcy to jedyna – acz dotkliwa – słabość albumu.
Long Distance Calling, THE PHANTOM VOID, earMUSIC
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















