Połowa maja, Berlin. Kanclerz Friedrich Merz przemawia na kongresie Deutscher Gewerkschaftsbund, największej centrali związkowej. Dla przewodniczącego chadeckiej partii to jedno z tych miejsc, gdzie trudno liczyć na ciepłe przyjęcie.
Związkowcy nie zawodzą. Po chłodnym, milczącym powitaniu coraz częściej słychać buczenie i gwizdy w reakcji na to, co mówi Merz. Ten nawołuje bowiem do reform. Przekonuje, że państwo nie jest w stanie chronić obywateli i firm przed wszystkimi wstrząsami, których dziś doświadczają. Podkreśla, że wyzwania są tak poważne również dlatego, że przez długi czas Niemcy sami dokładali sobie problemów i teraz to się mści.
Buczenie i gwizdy przybierają na sile...
Scena ta dobrze pokazuje, w jakim położeniu jest rząd chadeków i socjaldemokratów. Rozpad koalicji CDU/CSU-SPD i przyspieszone wybory, czy może rekonstrukcja gabinetu? Takie scenariusze, choć dziś mało realne, coraz częściej kreśli się w Berlinie w odpowiedzi na pytanie, jaki jest bilans pierwszego roku rządów Merza (objął on urząd 6 maja 2025 r.).
Merz spełnia obietnice. Skąd rozczarowanie?
Dlaczego rząd i kanclerz są oceniani tak skrajnie źle? Pytanie jest tym bardziej zasadne, gdyż w minionym roku rząd Merza zrealizował niemało spośród najważniejszych obietnic z kampanii wyborczej. W tym zwłaszcza – ograniczenie nielegalnej imigracji, postrzeganej jako jeden z głównych problemów społecznych.
W 2025 r. w Niemczech złożono o 51 proc. mniej wniosków o azyl niż w 2024 r., a ten trend utrzymuje się również obecnie. Częściowo to zasługa poprzednika Merza, kanclerza Olafa Scholza z SPD, który ograniczył świadczenia dla uchodźców i wprowadził kontrole na granicach. Koalicja CDU/CSU-SPD poszła krok dalej, zaostrzając prawo o przyznawaniu obywatelstwa i usprawniając (trochę) deportacje, w tym wznawiając je do Afganistanu.
Kluczowy był jednak upadek reżimu Asada w Syrii w grudniu 2024 r., skąd przybywało dotąd najwięcej azylantów. Trend potwierdzają dane unijnej agencji Frontex: wskazują one, że w 2025 r. do Unii dostało się o 25 proc. mniej nielegalnych imigrantów niż rok wcześniej.
Drugi obszar, gdzie widać wyraźną zmianę wobec linii Scholza, to polityka zagraniczna i obronna. Merz obiecywał przejęcie inicjatywy, porzucenie kunktatorstwa i jasny kurs wobec Rosji. Istotnie, jego rząd klarownie wskazuje na reżim Putina jako główne zagrożenie, a Berlin jest liderem wsparcia dla Ukrainy, co ma być wyznacznikiem nowej Ostpolitik.
Niemcy wzmacniają też armię i obronę cywilną. Wyjęcie obronności spod tzw. hamulca zadłużeniowego pozwoliło na ich zwiększenie. W tym roku państwo wyda na armię 108 mld euro, w 2027 r. już 120 mld euro, by wypełnić zobowiązania przyjęte przez NATO.
Biurokracja, stagnacja, fatalne nastroje
Jednak przeważająca większość Niemców uważa, iż rząd Merza nie spełnia ich oczekiwań. Tylko 13 proc. jest zadowolonych z jego pracy (badanie ośrodka Infratest dimap). Niezadowolenie dominuje także w elektoracie koalicji: ponad 60 proc. zwolenników chadecji i 70 proc. sympatyków SPD jest rozczarowanych pracą rządu.
Wynika to, mówiąc najkrócej, zarówno z rozbudzonych nadziei na gospodarczy wzrost (niewidziany od 2019 r.), jak też z braku wielu reform, które wydają się dziś wręcz oczywiste.
Jedną z rzeczy, które Merz chce ukrócić, jest biurokracja. W umowie koalicyjnej zapisano ambitnie, że jej koszty zostaną zmniejszone o 25 proc. (tj. o 16 mld euro). Jak bardzo przeszkadza ona Niemcom? Zajrzyjmy np. do warsztatu samochodowego.
Jakiś czas temu byłem świadkiem sceny niemal kabaretowej. Rzecz działa się w Erfurcie. Pod warsztat podjechało nowe auto jednej z bawarskich marek. Problem zdawał się błahy, dotyczył zepsutej klapy bagażnika. Klientowi zależało tylko na sprawdzeniu, czy warsztat w ogóle będzie w stanie się tym zająć, a nie o nagłą naprawę.
Starszy mechanik, jedyny widoczny pracownik zakładu, od początku się wzbraniał. Dochodziło południe, za chwilę miał przerwę, a sprawa, jak tłumaczył, „może być dłuższa”. Po kilku minutach słownego ping-ponga klient podniósł głos. Usłyszał wtedy, że nawet do sprawdzenia, czy stojące obok auto da się naprawić, trzeba umówić z wyprzedzeniem termin. Najbliższy był za tydzień.
Wzburzony klient zagroził skargą. Mechanik wzruszył ramionami i flegmatycznie rzucił: „Proszę bardzo, i tak nic pan nie wskóra. Ludzi nie ma, a procedury są, jakie są”.
Czy w Niemczech praca przestała się opłacać?
Poczucie przytłaczających „procedur” i niewydolności państwa oraz społeczeństwa (także, najwyraźniej, w sferze usług) jest powszechne. Widać to też w odniesieniu do państwa opiekuńczego.
O zmianach w systemie Merz mówi od dawna, ale ich bilans wypada na razie mizernie. Z zapowiedzianych kilkudziesięciu miliardów, które miano oszczędzić na reformie zasiłku obywatelskiego (Bürgergeld; kiedyś zasiłek dla bezrobotnych), wyszło 80 mln euro rocznie. I to mimo determinacji wszystkich stron, by ukrócić patologie systemu.
Jedną opisał dziennik „Die Welt”. Dziennikarka Fatina Keilani policzyła, ile mogłaby otrzymać od państwa jako samotna matka czworga dzieci, gdyby nie pracowała. Przy czynszu rzędu 1,8 tys. euro miesięcznie, jej uznane przez państwo potrzeby wyniosłyby 4517 euro na miesiąc. Po doliczeniu dopłat za szkołę, wycieczki i obiady, łączna pomoc państwa mogłaby sięgnąć ok. 70 tys. euro rocznie.
Z tej analizy jasno widać, dlaczego wielu Niemców ma poczucie, iż praca coraz mniej się opłaca, a korzystanie z „garnuszka” państwa jest dla niektórych obywateli – nie tylko samotnych matek, także ludzi młodych – korzystniejsze niż podjęcie pracy.
Światełkiem w tunelu ma być reforma finansowania systemu ochrony zdrowia. Pod koniec kwietnia rząd Merza przyjął projekt ustawy stabilizującej system. Z wyliczeń rządu wynika, że bez tej reformy w 2027 r. w służbie zdrowia zabraknie 15 mld euro, a do 2030 r. luka urośnie do 40 mld rocznie. Rząd zakłada, że reforma przyniesie ok. 16 mld oszczędności już w 2027 r.
Merz szuka planu reform
Dlaczego jednak koalicji Merza nie udaje się wdrożyć innych reform, zapowiadanych po wyborach? Przede wszystkim: nie ma jasnego planu, jak one mają wyglądać, kogo dotyczyć i jak szybko mają być realizowane.
Coraz częściej pojawia się koncepcja, aby przygotować jeden wielki pakiet reform. Podobny do tego, który pod nazwą „Agenda 2010” wprowadził kanclerz Gerhard Schröder (SPD) w 2003 r. Była to ostatnia znacząca zmiana w systemie, dotycząca prawa pracy i zasiłków społecznych, która po latach przyniosła spodziewane rezultaty, m.in. w postaci radykalnego zmniejszenia bezrobocia.
Kosztem była jednak wieloletnia trauma socjaldemokratów, oskarżanych o zdradę lewicowych ideałów, a także rozłam w partii i przegrane wybory w 2005 r. (wtedy to Schrödera zastąpiła Angela Merkel). Stąd dziś opór w SPD przed radykalną reformą.
Socjaldemokraci uważają, że naprawa systemu jest możliwa przez cyfryzację, ujednolicenie pewnych zasiłków i uproszczenie procedur. Nie zgadzają się natomiast na zmniejszenie wysokości świadczeń. Chadecy widzą to odwrotnie. Stawiają na zmniejszenie zarówno grupy beneficjentów, jak i wysokości zasiłków. Ponadto młodzi posłowie z CDU/CSU naciskają na Merza, by reformy poszły jeszcze dalej i objęły także podniesienie wieku emerytalnego dla wybranych grup.
Kanclerz musi godzić te stanowiska. Paradoksalnie, pomóc może mu w tym presja ze strony Alternatywy dla Niemiec (AfD) i jej prawdopodobne zwycięstwa w wyborach w dwóch landach wschodnich, Saksonii-Anhalcie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim, które są już za trzy miesiące, we wrześniu.
AfD rośnie w siłę. Weidel wyprzedza Merza
Bo to właśnie antysystemowa AfD jako jedyna partia zyskuje na kłótniach w koalicji i na rozczarowaniu Merzem. Oddaje to niedawny sondaż ośrodka INSA: gdyby w Niemczech odbywały się bezpośrednie wybory kanclerza, wygrałaby je dziś Alice Weidel, liderka AfD (33 proc. poparcia), na Merza oddałoby głos 22 procent. Podobny trend widać w sondażach poparcia dla partii: AfD zbliża się do granicy 30 proc., zostawiając w tyle CDU/CSU (22 proc.).
Jedną z przyczyn poparcia dla AfD jest obawa przed utratą statusu społecznego i dobrobytu, która jest udziałem znacznej części Niemców. Jej przewaga jest jeszcze wyraźniejsza na wschodzie kraju. Sondaże sugerują, że AfD może objąć samodzielne rządy w Saksonii-Anhalcie, gdzie wybory landowe są 6 września. Byłoby to polityczne trzęsienie ziemi.
„Nasi” i „obcy”. Jak AfD mobilizuje wyborców
Barometrem nastrojów może być np. to wyborcze spotkanie AfD, które mogłem obserwować w lutym, w niewielkim powiatowym mieście Kirchheimbolanden (to Nadrenia-Palatynat, bogaty zachodni land). W ośrodku kultury zebrało się może 150 osób w różnym wieku. Wielu ochoczo wypełniało formularze członkowskie, rozłożone na stołach.
Na zewnątrz protestowały Omas gegen Rechts, ruch kobiet („babć”) przeciw skrajnej prawicy. Wewnątrz dominował podział na „naszych” i „obcych”. Owacje wzbudzały ataki mówców z AfD na „kłamliwe media” i CDU, oskarżaną o zdradę konserwatywnych wyborców.
Tino Chrupalla, współprzewodniczący AfD, mówił o godnych emeryturach i krytykował proukraiński kurs Merza. Przekonywał, że Ukraińcy powinni wracać z Niemiec „do siebie”, a rząd musi uruchomić Nord Stream, by korzystać z taniej rosyjskiej energii.
W tamtych marcowych wyborach w Nadrenii-Palatynacie AfD dostała 20 procent.
Trzy miesiące do politycznego trzęsienia ziemi?
Mało prawdopodobne, że w ciągu najbliższych tygodni, do września, koalicji Merza uda się poprawić notowania na tyle, by odebrać głosy AfD. Pomóc mogłaby w tym jasna wizja reform i jedność w rządzie, gdy idzie o ich realizację. Jednak tych dotąd brak.
Przed rządem w Berlinie zatem decydujące tygodnie. Ale, jak lubią powtarzać Niemcy, każdy kryzys można przekuć w szansę. Zobaczymy, kto zrobi to pierwszy: rząd Friedricha Merza czy AfD.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.


















