Polska gospodarka urosła przy Niemczech. Teraz musi wymyślić się na nowo

Po 1989 r. niemiecki kapitał, rynek i przemysł pomogły Polsce wykonać cywilizacyjny skok. Ale model taniego poddostawcy się kończy – a kryzys Niemiec może być dla nas szansą.
Czyta się kilka minut
Otwarcie nowych hal produkcyjnych MAN Trucks w Niepołomicach, 16 maja 2023 r. // Fot. Łukasz Gągulski / PAP
Otwarcie nowych hal produkcyjnych MAN Trucks w Niepołomicach, 16 maja 2023 r. // Fot. Łukasz Gągulski / PAP

Było to ponad 30 lat temu. W nocnym pociągu z Krakowa do Berlina regularnie budził mnie stukot kontrabandy, upychanej między dachem wagonu a sufitami przedziałów. Gdy tylko nabrało się pewności, że to nie złodzieje, lecz handlarze, którzy dogadali się z konduktorami i ukrywają sztangi polskich fajek, które za kilka godzin spieniężą z pięciokrotną przebitką przy Potsdamer Platz, można było znów osunąć się w objęcia kolejowego Morfeusza.

Pociąg wlókł się nieprzyzwoicie. Dwa razy w tygodniu, w niedzielę i piątek, podróżowałem nim do oraz z rodzinnego domu na studia. Ta rutyna pozwalała wyłapywać pewne prawidłowości. 

Na przykład to, że złodzieje preferują składy wracające do Polski bardziej niż pociągi, które dopiero jadą do Berlina. Ci od papierosów w dachu wieźli przecież w drugą stronę grube pliki bundesmarek. Złodzieje najczęściej wsiadali na wysokości Opola. Bezradna obsługa pociągu przy sprawdzaniu biletów czasem ostrzegała, aby nie spać, bo zaraz zaczną kraść. Słowem: początek lat 90. XX wieku w pełnej krasie.

Lata 90. za Odrą. Skąd wzięła się polska „juma”

Drugim typem podróżnych, charakterystycznym w tych latach, byli młodzieńcy w kolorowych i szeleszczących dresach. Ich znakiem rozpoznawczym był również brak bagażu, dość zaskakujący, zważywszy na wybitnie towarowo-pieniężną orientację pasażerów nocnego pociągu do Berlina. 

O tym, co gna ich za Odrę, wiedziałem aż za dobrze od rówieśników z rodzinnego miasta, z którymi regularnie mijałem się na peronie, wysiadając o czwartej nad ranem, podczas gdy oni ruszali w drogę. Grę, którą uprawiali w niemieckich sklepach, nazywano w okolicy „jumaniem”, od pociągu relacji Zielona Góra–Berlin Zachodni, który wyruszał w trasę o 15.10, czyli dokładnie jak westernowy „3:10 do Yumy”. 

Pierwotnie polegała ona na wchodzeniu do przymierzalni z rzeczami wziętymi z półki, szybkim przebraniu się ze starej garderoby w nową i opuszczeniu sklepu bez przystanku przy kasie. Niemiecki personel szybko to rozpracował, co wymusiło ewolucję metody w bardziej brutalną stronę. „Wchodzisz schowany za plecami jakiegoś szkopa, wyp…dalasz z buta dwa stojaki, robi się zamieszanie, zwijasz, co wpadnie w rękę, i uciekasz” – tłumaczyli koledzy.

Z bagażem, który wiązałby ręce i utrudniał szybki odwrót, „juma” była znacznie trudniejsza. Niemożliwa – jak dziś myślę – byłaby jednak bez poczucia niesprawiedliwości, płynącego z przekonania, że ten lepszy świat zza Odry nigdy nie stanie się naszym doświadczeniem.

Polska bieda, niemiecki dobrobyt i pierwsze lekcje rynku

Cofnijmy się do stycznia 1993 r. W moim liceum trwają właśnie ostatnie przygotowania do studniówki, na którą wybiorę się we fraku wypożyczonym na tę okazję z wrocławskiego teatru i spryskany pierwszą w życiu zachodnią wodą toaletową „Obsession”, którą sprezentuje mi chrzestna.

Ciocia wyruszyła po nią oczywiście do „Erefenu”. W Berlinie Zachodnim sprzedała coś, za co kupiła mi perfumy. Kosztowały 68 marek. Na polskie złote sprzed denominacji – jakieś 750 tysięcy. Chrzestnej, która wtedy niedawno przeszła na emeryturę po prawie 40 latach pracy, listonosz co miesiąc przynosił nieco ponad milion złotych z ZUS. Siła nabywcza cioci w Berlinie w 1993 r. perfekcyjnie oddawała więc i stan naszej gospodarki, i jej wielkość w relacji do zachodniego sąsiada. 

W tamtym czasie polski PKB w przeliczeniu na mieszkańca był dwanaście razy mniejszy od niemieckiego. Porównanie średnich pensji? Jakie porównanie? Statystyczny Niemiec w 30 dni zarabiał tyle, ile Polak przez rok i trzy miesiące. Bez zaciskania pasa i kombinowania mógł więc pozwolić sobie i na perfumy droższe od moich, i słynną niemiecką „chemię”, co działa ponoć lepiej od polskiej. I na co tylko sobie zamarzył.

Ku naszemu zadowoleniu niemieckie towary z każdym rokiem wlewały się na szczęście coraz szerszym strumieniem do Polski. Za nimi zaś kapitał, z podobnym kredytem zaufania co niemieckie Omo czy Vizir, że działa cuda, nada więc rodzimej gospodarce nową jakość i wprowadzi ją za rączkę do Europy.

Niemiecki kapitał w Polsce. 50 miliardów euro wpływu

Ponad 30 lat później te nadzieje w części się ziściły. Według danych NBP wartość niemieckich bezpośrednich inwestycji w Polsce dobija do 50 mld euro. Na liście krajów, z których przypłynęło nad Wisłę najwięcej kapitału, Niemcy wyprzedza wprawdzie Holandia, a depcze im po piętach Luksemburg. Ale oba te państwa często pełnią tylko funkcję bazy logistycznej dla inwestycji z innych krajów, w tym niemieckich.

Większość ekonomistów skłania się dziś ku ocenie, że najważniejszym katalizatorem rozwoju polskiej gospodarki po 1989 r. był kapitał naszych zachodnich sąsiadów.

Przy okazji otrzymaliśmy cenną, acz bolesną czasem lekcję. Inwestycje nie były pomocą dla biednego sąsiada. Miały się zwrócić. Gdy kilka lat po przejściu mojej cioci na emeryturę jej były zakład pracy przejęła niemiecka spółka, w garstce ocalałych pracowników zabłysła iskierka nadziei, że stara cukrownia z maszynami z XIX w. złapie wiatr w żagle. Nowy właściciel miał jednak inne plany. Kupił zakład, żeby go zamknąć i zrobić na rynku miejsce dla swoich produktów. Cukier w okolicznych sklepach pochodzi teraz z Kujaw, czasem przyjeżdża nawet z Rumunii. To ta mniej słodka, skądinąd, strona globalizacji

Na drugiej szalce wagi można jednak położyć tysiące polskich firm, które pracują niemal na wyłączność dla niemieckich odbiorców, zatrudniając blisko pół miliona osób. W miejsce cukrowni, którą w międzyczasie rozebrano, wyrósł nowoczesny zakład przetwórstwa tworzyw sztucznych, który zaopatruje m.in. niemieckie dyskonty.

Polska i Niemcy dziś. Czas wymyślić się na nowo

Gdyby spojrzeć na tę relację wyłącznie przez pryzmat liczb, nie jest dziś dobrze. W pierwszym półroczu 2025 r. sprzedaliśmy Niemcom towary i usługi za 40,6 mld euro, jednocześnie importując je zza Odry na kwotę o 8,8 mld euro wyższą. 

Polski deficyt w handlu z zachodnim sąsiadem wynika jednak głównie z tego, że importujemy produkty wysoko przetworzone, do których sami dostarczamy – jako eksporterzy – tańsze składniki i półprodukty. Ujmując to obrazowo: niemieckie auta składają się z polskich foteli, tapicerek, śrub i blach, ale to nie wina (ani tym bardziej antypolski spisek) bawarskiego lobby przemysłowego. Polska gospodarka po latach rozwoju jako relatywnie tani poddostawca musi wymyślić siebie w nowej roli. 

Kryzys niemieckiego przemysłu, któremu bokiem wychodzi teraz zbyt ścisła współpraca z Chinami, podkreśla jedynie pilność tego wyzwania.

Ale daje też szanse. PKB Polski to już nie jedna dziesiąta, ale jedna czwarta PKB Niemiec. Przez lata naszą debatą publiczną rządziła obawa, że wykupi nas kapitał zza Odry. Czemu nie mielibyśmy teraz wyeksportować do Niemiec również jej?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29,90 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Nocnym do Berlina