Od rana padało. Żartowałem nawet do Kasi, że mamy złota polska jesień, ale mi od razu poprawiła, że w listopadzie nikt tak już nie mówi. No właśnie, mówi się „mi poprawiła”? Czy „mnie poprawiła”? – marszczy czoło Brett.
Pod Pomnikiem Grunwaldzkim w Krakowie, opodal Urzędu Wojewódzkiego, trwały uroczystości z okazji Święta Niepodległości. Egzemplarz konstytucji, którą urzędnik wręczył w imieniu wojewody Brettowi Finnsmanowi razem z aktem uznania za obywatela Rzeczypospolitej Polskiej, żona Kasia schowała do torebki. Żeby uchronić go przed deszczem.
Stoi nadal dumnie na półce ich domowej biblioteczki, jedynie w kilku miejscach splamiony sosem z pizzy, którą obywatel Finnsman zagryzał lekturę ustawy zasadniczej. Biało-czerwoną flagę, która też była w zestawie i którą w drodze do domu wymachiwał ich syn, listopadowy wiatr poniósł niestety gdzieś w korony drzew.
– Pogoda była brzydka, ale dzień ważny. Po siedmiu latach mieszkania w Polsce i po jedenastu małżeństwa z Polką czuję się tu u siebie. Polski paszport dużo mnie znaczy – Brett znów maskuje zakłopotanym uśmiechem błędy językowe. – Jak pytasz o narodowość, powiem, że Irlandczyk. Ale słowo dom kojarzę już z Krakowem. I powiem ci, że dużo cudzoziemców zaczyna tak o Polsce myśleć.
Ponad 19 tys. nowych obywateli
W danych o stanie polskiej demografi to w tej chwili bodaj jedyny punkt, z którego nie wyziera widmo depopulacji. Ponad 19 tysięcy cudzoziemców, którzy w 2025 r. otrzymali obywatelstwo RP, to już więcej niż ludność Hajnówki. Jeśli utrzyma się dynamika, z jaką przybywa rokrocznie naturalizowanych obywateli, najdalej w przyszłym roku ich nowy rzut może się zrównać z liczbą dzieci urodzonych w Warszawie. W ubiegłym roku przyszło ich tam na świat 28 401, o 246 mniej niż rok wcześniej.
W tym samym czasie liczba decyzji o nadaniu, uznaniu bądź przywróceniu polskiego obywatelstwa (za tymi terminami kryją się także różne ścieżki postępowania administracyjnego) skoczyła w całym kraju z 16 644 do 19 135. Przeszło połowę z nich stanowiły osoby z Ukrainy, najczęściej mające polskie korzenie bądź mieszkające w Polsce od lat.
Na drugim miejscu uplasowali się Białorusini (6,5 tys.). Reszta pochodziła najczęściej z Rosji i krajów Azji Centralnej, choć w statystykach widać również wyraźny (bo też startujący z niskiego pułapu) wzrost liczby pozytywnie rozpatrzonych wniosków z Indii, Wietnamu czy krajów Ameryki Łacińskiej.
Na przestrzeni zaledwie pięciu lat doszło więc niemal do potrojenia liczby pozytywnie rozpatrzonych podań o polski paszport, dziś należący do jednych z najbardziej pożądanych dokumentów podróży na świecie.
Paszport, który otwiera granice
W tegorocznej, opublikowanej w marcu edycji rankingu, który cyklicznie organizuje brytyjska firma doradcza Henley&Partners, paszport z orzełkiem, zapewniający bezwizowy (lub z wizą dostępną od ręki na granicy) wjazd do 183 z 226 państw uwzględnionych w zestawieniu, uplasował się na szóstym miejscu ex aequo z Malezją, Węgrami i Wielką Brytanią.
Amerykański paszport, obiekt marzeń pokoleń polskich emigrantów, lokuje się w tym zestawieniu cztery oczka niżej, zapewniając łatwy wjazd do 179 krajów. Niemcy, nasz niemal rytualny punkt odniesień cywilizacyjnych, zapewniają swoim obywatelom paszport oceniany ledwie dwie pozycje wyżej (wjazd do 185 państw) niż polski.
Nasi obywatele, co też nie jest bez znaczenia, mogą bezwizowo podróżować zarówno do USA, Chin, Izraela, jak i do olbrzymiej większości krajów arabskich, mając jednocześnie prawo pobytu i swobodnego przemieszczania się po całej UE (plus liczne przywileje w państwach z nią stowarzyszonych).
Gdyby to samo mierzyć w kategoriach swobody robienia interesów, z polskim paszportem można w każdej chwili wyruszyć do państw, które w sumie odpowiadają za niemal 91 proc. globalnego produktu krajowego brutto. Jego afgański odpowiednik, sklasyfikowany na ostatnim miejscu, jest biletem bezwizowego wstępu do ledwie 23 krajów, wytwarzających łącznie ledwie 0,4 proc. światowego PKB.
Rząd chce dłuższej drogi do obywatelstwa
To dobro będzie już wkrótce podlegać jeszcze ściślejszej ochronie. W Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji od kilku miesięcy trwają prace nad zmianą ustawy o obywatelstwie polskim, która w 2009 r. przyczepiła krajowe przepisy do kośćca unijnego prawodawstwa.
Kierunek i duch nowelizacji są jednoznaczne: chodzi o podniesienie poprzeczki wymagań cudzoziemcom ubiegającym się o polskie obywatelstwo. Zmiany przewidują wydłużenie wymaganego okresu legalnego pobytu z trzech do ośmiu lat, z których aż pięć kandydat musiałby przemieszkać w ramach pobytu stałego.
Dzięki temu, jak tłumaczy resort, państwo zdoła dokładniej poznać kandydatów na obywateli, ocenić ich postawę obywatelską i zgłębić motywacje. Nazywając rzecz po imieniu, chodzi po prostu o pięć lat więcej na identyfikację postaw potencjalnie niebezpiecznych, jak terroryzm czy ekstremizm religijny.
W procedurze naturalizacji miałby też pojawić się egzamin z historii Polski, wartości konstytucyjnych, funkcjonowania państwa i zasad obowiązujących w Unii Europejskiej. Według założeń nowelizacji, które MSWiA zaprezentowało jeszcze w zeszłym roku, egzamin miałby formę testu składającego się z 40 pytań.
Kandydatów na Polki/Polaków czekać ma jeszcze test znajomości naszego języka na poziomie co najmniej B2, a nie B1, jak dotychczas. W praktyce oznacza to opanowanie polszczyzny w stopniu wystarczającym nie tylko do codziennej komunikacji, lecz także do argumentowania i prowadzenia bardziej abstrakcyjnych wywodów.
Nie tylko język. W grę wchodzą podatki
Największą nowością wśród warunków do spełnienia jest jednak obowiązek posiadania polskiej rezydencji podatkowej, czyli płacenia podatków osobistych naszemu fiskusowi, niezależnie od miejsca pracy czy prowadzenia działalności gospodarczej.
Państwo polskie było pod tym względem dotychczas wyjątkowo wyrozumiałe dla kandydatów na obywateli, co da się wytłumaczyć tylko w jeden sposób. Gdy w kwietniu 2009 r. wchodziła w życie wspomniana ustawa o obywatelstwie, o paszport z orzełkiem ubiegało się około dwóch tysięcy osób rocznie. Grupa na tyle nieliczna, by fiskus mógł nie zwracać na nią uwagi. Blisko 20 tys. nowych obywateli rocznie to już dla niego nie lada gratka. Zwłaszcza w obliczu szybko rosnącego długu publicznego i deficytu budżetowego.
Ngo Van Tuong, Wietnamczyk mieszkający w Polsce od 1983 r., a od 19 lat także obywatel RP, pracuje jako tłumacz przysięgły i regularnie pomaga wietnamskim klientom w procedurze naturalizacji. Jego zdaniem rządowe propozycje idą w sensownym kierunku, choć zmieszano je z postulatami, dla których nie widzi uzasadnienia.
– Wydłużenie wymaganego czasu zamieszkania na stałe nie stanowi problemu, ale nie wiem, co to realnie da naszemu państwu – wylicza. – Z moich obserwacji wynika, że olbrzymia większość ubiegających się o polski paszport mieszka tu od co najmniej kilkunastu lat i spełnia to kryterium z naddatkiem. Rozumiem i popieram także wymóg zaliczenia egzaminu ze znajomości polskiej kultury, historii i zwyczajów, choć słyszę też pewne obawy. Ukraińcy np. już się zastanawiają, co zrobić, gdy w teście padną pytania o rzeź wołyńską.
Największym wyzwaniem, zwłaszcza dla kandydatów z dalekich Polsce kręgów kulturowych, zdaniem pana Ngo będzie jednak egzamin z języka.
– Znam Wietnamczyków, którzy są tu od 20 lat, żyją i pracują wśród Polaków i wciąż nie opanowali polszczyzny w stopniu wymaganym nawet na teście B1. Dla nas to po prostu cholernie trudny język, ale nie w tym problem. Wąskim gardłem będzie już sama procedura egzaminacyjna. Z doświadczenia wiem, że testy z polskiego na poziom B2 organizowane są znacznie rzadziej niż B1, na które też już trudno się zapisać. Jeśli rząd wprowadzi wymóg B2 i jednocześnie nie zwiększy dostępności takich egzaminów, de facto zawęzi ścieżkę ubiegania się o obywatelstwo. Mam nadzieję, że nie o to w tym wszystkim chodzi – dodaje po chwili wahania Ngo Van Tuong.
Bezpieczeństwo, duma i monoetniczność
Rząd nie ukrywa, że droga do polskiego obywatelstwa ma się stać dłuższa, pozbawiona automatyzmu i przez to bardziej stroma. Konstruując w ten sposób kryteria, wysyła też czytelny sygnał, że Polska, która nadal plasuje się w czołówce państw UE udzielających najwięcej wiz pracowniczych, chce też zachować jak najwięcej ze swojej monoetniczności. Naród polski ma pozostać wspólnotą opartą bardziej na etnosie niż na tożsamości czysto politycznej. Jeśli takie wnioski nasi rządzący wyciągnęli z ostatnich niemieckich i szwedzkich doświadczeń z polityką otwartych drzwi, trudno doprawdy mieć do nich pretensje.
We współczesnej polityce nic nie dzieje się jednak w oderwaniu od najsilniejszych emocji społecznych, a to właśnie one w tej sprawie wydają się najciekawsze. Polski patriotyzm, wcześniej naznaczony głównie martyrologią, stopniowo nasyca się poczuciem dumy z osiągnięć kraju i własnego dorobku.
Dumę z bycia Polakiem niezmiennie deklaruje, zależnie od badania, od 60 do nawet 82 proc. z nas.
W badaniu samopoczucia, które właśnie opublikowała pracownia CBOS, aż 61 proc. ankietowanych wyraża jednak również satysfakcję z własnych osiągnięć. W 1990 r. takiej odpowiedzi udzieliło jedynie 31 proc. respondentów.
Łatwo wskazać, z czego jesteśmy dumni. Za nami trzy dekady niemal nieustannego wzrostu gospodarki, która z pariasa przeobraziła się w tygrysa, windując przy tym jakość polskiego życia do poziomu bliskiego średniej krajów Europy Zachodniej. Wizytujący Warszawę czy Kraków cudzoziemcy nie mogą się nachwalić czystych przystanków, bezpiecznych ulic i punktualnych (w miarę) pociągów.
Do tego jeszcze budujemy największą lądową armię Europy. Stawiamy Centralny Port Komunikacyjny, minimum jedną elektrownię jądrową, a może i dwie. Będziemy mieć największą w Europie farmę wiatrową. Zagęszczamy i tak już imponującą sieć nowoczesnych dróg szybkiego ruchu.
Polska weszła więc w fazę realizacji wielkich ambicji, wcześniej skrywanych za figurą państwa na dorobku, któremu w równym stopniu brakuje kapitału, co umożliwiającego rozwój know how. Szósty najsilniejszy paszport świata idealnie współgra z tymi zbudzonymi ambicjami. Podobnie jak naszpikowana kamerami i czujkami ruchu zapora wzdłuż wschodniej granicy, której – tak twierdził niedawno Donald Tusk – w tym roku nie przekroczył nielegalnie ani jeden imigrant.
Prezydent Nawrocki podbija stawkę
Premier wie, że ten sam wiatr historii czuje Karol Nawrocki. Prezydent już pokazał swój projekt nowelizacji ustawy o obywatelstwie, który wprowadza wymóg aż 10 lat zamieszkania w Polsce. Nie czekając na propozycję rządu, którą mógłby zawetować, głowa państwa wprowadza też cichaczem porządki w swoim ogródku. Dla osobistości świata kultury, biznesu, nauki czy sportu konstytucja przewiduje przecież prestiżową ścieżkę nadania obywatelstwa przez prezydenta RP.
W 2025 r. do Pałacu Prezydenckiego wpłynęło 5 470 takich wniosków. Głowa państwa zaakceptowała 222, na mocy których paszport otrzymało łącznie 999 cudzoziemców (obywatelstwo zwykle przyznaje się także ich małoletnim dzieciom, a często także małżonkom). Z ustaleń dziennikarzy „Rzeczpospolitej” wynika jednak, że ani jednej takiej decyzji nie podpisał Karol Nawrocki, który prezydenturę rozpoczął formalnie na początku sierpnia. Zrobił to jeszcze Andrzej Duda.
Tylko w styczniu tego roku na biurko prezydenta Nawrockiego trafiło 445 wniosków o nadanie polskiego obywatelstwa, ale głowa państwa nadal gospodaruje tym przywilejem nader oszczędnie. Odpowiedź pozytywną otrzymało jedynie 25 osób, 18 spotkało się z odmową, reszta wniosków leży nierozpatrzona.
Prezydent, jak podkreśla jego Kancelaria, ma w tej sferze wolną rękę. Decyzja o nadaniu obywatelstwa ma charakter uznaniowy, podobnie jak prawo łaski. Głowa państwa może wręczyć paszport nawet osobie niespełniającej formalnych wymogów do rozpoczęcia procesu naturalizacji.
Wyścig o to, kto w tej kuriozalnej odmianie straży na granicy Rzeczypospolitej pokaże elektoratowi większą czujność i zdecydowanie, odbywa się przy tym w specyficznym momencie.
Białoruś zmniejszyła ostatnio napór na polską granicę i testuje teraz cierpliwość litewskiego sąsiada. Z danych przedstawionych Sejmowi przez MSWiA wynika również, że właściwie zanikł proceder fikcyjnych małżeństw z polskimi obywatelami, który swego czasu stanowił prawdziwą plagę (w 2003 r. aż 43,1 proc. związków małżeńskich zawarto pomiędzy obywatelem naszego kraju i obywatelem obcego państwa). Cudzoziemcy na ulicy też dawno przestali budzić zainteresowanie.
Polski paszport nie zawsze wystarcza
Brett Finnsman: – Obywatelstwo pomaga w urzędach, ale na co dzień nie czuję wielkiej różnicy. Pracuję w międzynarodowym zespole, ale Polacy, z którymi mam kontakt poza biurem, są tak samo uprzejmi i otwarci. Zanim dostałem obywatelstwo, również tacy byli. Błędy językowe wypomina mi tylko żona. Coraz częściej to ja sam czuję potrzebę powiedzieć, że jestem Irlandczyk, a w Polsce mieszkam na stałe. Żeby mnie nie brali za angielskiego turystę.
Finnsman przyznaje jednak, że na jego korzyść działa fizjonomia, dzięki której może się wtopić w polski tłum. Nie każdy naturalizowany obywatel RP ma pod tym względem tak łatwo.
Ngo Van Tuong: – Polski paszport odebrałem w 2007 r. Mam polskich znajomych. Wydałem po polsku książkę, pracuję jako tłumacz, czasem występuję w serialach i filmach. Na ulicy różnie bywa, ale generalnie nie muszę oglądać się za siebie. Jedynym miejscem, w którym regularnie czuję się w Polsce jak cudzoziemiec, są urzędy. Zawsze trafi się tam ktoś, kto daje mi do zrozumienia, że moje polskie obywatelstwo jest dla niego obywatelstwem drugiej kategorii.
Przykłady? Pan Ngo nie musi ich długo szukać w pamięci. Niedawno zderzył się z urzędniczką, której nie spodobał się fakt, że pod przekładem dokumentów z wietnamskiego na polski podpisał się certyfikowany tłumacz przysięgły, który nie jest etnicznym Polakiem. Tu polski paszport nie pomógł.
– Przestała piętrzyć trudności dopiero wtedy, kiedy ją porządnie po polsku opieprzyłem – śmieje się Ngo Van Tuong.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















