Rekordowa liczba pozwoleń na broń. Polacy chcą się zbroić i szkolić

W polskich domach znajduje się już ponad milion sztuk broni palnej, a wojna w Ukrainie przyspieszyła zmianę społecznego podejścia do bezpieczeństwa i samoobrony.
Czyta się kilka minut
Piknik strzelecki „Kaliber” w Bydgoszczy, 30 lipca, 2023 r. // Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl
Piknik strzelecki „Kaliber” w Bydgoszczy, 30 lipca, 2023 r. // Fot. Roman Bosiacki / Agencja Wyborcza.pl

Jeszcze kilka lat temu podobna informacja nie przeszłaby bez echa: w zeszłym roku policja wydała 44 358 pozwoleń na broń. Tak dużego zapotrzebowania nie odnotowano w Polsce od liberalizacji przepisów w 2011 r., która uprościła ścieżkę ubiegania się o „czerwoną książeczkę” – jak zwykło się nazywać dokument poświadczający prawo do posiadania broni palnej. 

Grono strzelców nie urosło wprawdzie aż o wspomnianą liczbę osób, bo większość kandydatów zazwyczaj występuje o dwa pozwolenia do różnych celów (dzięki temu mogą kupić więcej broni), jednak gwałtowny wzrost zainteresowania strzelectwem widać w statystykach wyraźnie.

W roku 2021, gdy policja wystawiła 17 383 pozwolenia, wydawało się, że polski apetyt na broń zaczyna powoli słabnąć. A potem przyszedł 24 lutego 2022 r. i pełnowymiarowa wojna w Ukrainie. W efekcie, do końca grudnia Polacy i zameldowani u nas na stałe cudzoziemcy wystąpili o 34 352 pozwolenia na broń – dwa razy więcej niż rok wcześniej. Kolejne lata przyniosły dalsze wzrosty.

Czy chcemy sąsiada z bronią

Liczby z policyjnych statystyk bez wątpienia oddają nastrój niepewności spowodowany sytuacją za naszą wschodnią granicą, ale sprowadzenie tej zmiany jedynie do strachu byłoby nieuzasadnionym uproszczeniem. Wojna na wschodzie przyniosła bowiem także wzrost zainteresowania zagadnieniami związanymi ze świadomym bezpieczeństwem i samowystarczalnością. 

W ten sposób w błyskawicznym tempie doszło także do społecznego zalegitymizowania obecności broni w przestrzeni publicznej.

W badaniu, które pracownia IBRiS przeprowadziła jesienią ub. roku na zlecenie Polskiej Agencji Prasowej, aż 93,7 proc. ankietowanych opowiedziało się za upowszechnieniem szkoleń strzeleckich. Przeszło co trzeci (35,6 proc.) deklarował też, że chętnie miałby za sąsiada posiadacza legalnej broni. Kolejne 9,9 proc. nie miało na ten temat zdania, co oznacza, że zdecydowanie niechętni takiemu sąsiedztwu stanowią w polskim społeczeństwie nadal większość, ale już nie miażdżącą.

W badaniu CBOS z 2001 r., w którym o to samo zapytano w nieco inny sposób, aż 83 proc. ankietowanych zdecydowanie opowiedziało się przeciwko obecności broni palnej w przestrzeni publicznej.

Opisywaną zmianę można by nazwać na wiele sposobów, ale może po prostu wystarczy stwierdzić, że broń palna przestaje być przedmiotem polaryzacji. Wcześniej polska debata publiczna na ten temat przez lata nie umiała wyjść poza skrajności. Gdy zwolennicy rodzimej wersji amerykańskiej Drugiej Poprawki podnosili, że to niemal jedno z praw obywatelskich, druga strona straszyła, żeby lepiej nie podsycać prochem polskiego piekiełka. 

„Jesteśmy dość nerwowym społeczeństwem. Ludzie mogą chcieć używać broni jako straszaka w sytuacjach spornych pomiędzy sobą” – ostrzegał przed laty w wywiadzie dla Onetu były rzecznik Komendy Głównej Policji Mariusz Sokołowski. 

„W kraju, gdzie przynajmniej jedna trzecia dorosłej populacji co wieczór jest po alkoholu, łatwy dostęp do broni palnej wyzwoli rodzinne i sąsiedzkie masakry” – to z kolei były redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Bogusław Chrabota. 

W Polsce rosną kolekcje broni 

Obie wypowiedzi zestarzały się brzydko, bo związek między dostępnością broni palnej a przestępstwami nie jest tak linearny, jak chcieliby zagorzali przeciwnicy jej obecności w polskich domach. 

W najlepiej uzbrojonym kraju świata, jakim są USA z ponad 120 sztukami broni w przeliczeniu na 100 mieszkańców, od kuli ginie rocznie około 4,7-5 z każdych 100 tysięcy osób. W Hondurasie identycznie obliczony wskaźnik przekracza aż 66 – mimo że na każde sto osób przypada tu zaledwie 10 sztuk zarejestrowanej broni. W Nowej Zelandii, gdzie obywatele trzymają legalnie statystycznie prawie 30 razy więcej broni niż Polacy, strzelaniny zbierają czterokrotnie mniej krwawe żniwo niż nad Wisłą, gdzie przecież i tak jest bardzo bezpiecznie.

Uruchamianie odtwarzacza...

Ale w tej historii ważniejsze jest co innego. 

Polska, która przez ponad sześć powojennych dekad była krajem praktycznie bez broni, w ciągu zaledwie kilkunastu ostatnich lat stała się państwem z nadal nieliczną (2,5 sztuki na 100 mieszkańców, w Finlandii – 32,4 sztuki), ale już doskonale uzbrojoną grupą obywateli. Według danych policji, w polskich domach na koniec ub.r. znajdowało się 1 037 788 sztuk broni palnej, czyli dwa razy więcej niż jeszcze w 2018 r. 

Statystyczny posiadacz zezwolenia, który opuszcza komendę średnio z kilkunastoma dokumentami upoważniającymi do zakupu broni, ma zwykle w sejfie cztery-pięć egzemplarzy. Rekordziści potrafią zgromadzić w domach kolekcje idące w setki sztuk, wartych setki tysięcy złotych. Obok historycznych poradzieckich pepesz i tetetek, można w nich znaleźć współczesne polskie groty i beryle, precyzyjne fińskie i kanadyjskie karabiny snajperskie czy myśliwskie cacka rodem z najlepszych włoskich pracowni rusznikarskich.

Fakt, że rozrostowi prywatnych arsenałów nie towarzyszyły gwałtowne napięcia, dowodzi, że na pewno nie jesteśmy społeczeństwem dotkniętym tzw. hoplofobią, czyli irracjonalnym strachem przed bronią palną. Tę popularną swego czasu teorię w latach 60. zeszłego stulecia ukuł emerytowany pułkownik piechoty morskiej Jeff Cooper. W odróżnieniu od ekstremalnego skrzydła amerykańskich obrońców prawa do rewolweru, którzy w tamtym czasie próbowali m.in. udowadniać na bazie pism Freuda, że pacyfizm jest efektem ubocznym zaburzeń popędu płciowego, Cooper koncentrował się na aspekcie społecznym. 

Przekonywał, że w pewnych okolicznościach naturalny strach przed uzbrojonym osobnikiem, odczuwany przez jednostkę, może się przerodzić w powszechny wstręt do samej broni – a stąd już blisko do napiętnowania wszystkiego, co z nią związane, choćby niewinnych zawodów strzeleckich. Czynnikami, które wyzwalają taki proces, mogą być – pisał Cooper – wojny oraz głębsze kryzysy.

Polska, z dziedziczoną przez kolejne pokolenia traumą II wojny światowej i wstrząsem transformacji po 1989 roku, pasowała do tego konceptu idealnie. Aż w końcu przestała.

Dlaczego Polacy coraz częściej akceptują broń palną

Broń, niczym brakujący element, regularnie pojawia się za to w opowieści o polskim „państwie z kartonu”, które nie dość, że samo nie działa, to jeszcze ogranicza obywateli w ich dążeniu do sprawczości. W tych wyobrażeniach fakty mają oczywiście drugorzędne znaczenie. 

Na zwolennikach uproszczenia dostępu do broni i rozszerzenia zakresu obrony koniecznej do standardu bliskiego regułom amerykańskiego Południa nie zrobią wrażenia informacje o tym, że pod względem jakości zarządzania państwem Polska w badaniach Banku Światowego wypada wśród krajów wysoko rozwiniętych jako solidny średniak – czyli nieźle.

Bank Światowy nie może jednak pamiętać, co przez lata działo się po zmroku na łódzkich Bałutach czy wrocławskim Nadodrzu. Znać i rozumieć trudne realia Polski przełomu stuleci, które zespół Kury ujął w zgrabnym kuplecie: „Ktoś leży w kałuży krwi? / Widać, kara boża”.

W Polsce roku 2026 czujemy się dużo bezpieczniej. Owszem, tuż za miedzą goreje wojna. Ceny ropy szaleją, AI zabiera pracę, świat robi się niebezpiecznie nieprzewidywalny, ale zaparkowany przy ulicy samochód nad ranem stoi tam, gdzie stał. W tramwajach i w pociągach nie grasują już kieszonkowcy, a wieczorem można wyjść do miasta bez obawy, że wróci się pobitym i bez portfela. 

W wielu polskich miejscowościach nadal można wskazać okolice, których lokalna topografia radzi unikać, zwłaszcza po zmroku, lecz do rzeczywistości sprzed trzech dekad nie da się tego porównać. Gdy w 2001 r. CBOS pytał o stosunek do broni palnej, w Polsce notowano po około 60-65 tys. przestępstw z policyjnej kategorii „rozboje, kradzieże rozbójnicze i wymuszenia rozbójnicze”. Tylko 11 proc. respondentów uważało, że zamieszkuje spokojną okolicę.

W zeszłym roku policja zanotowała niespełna 7 tysięcy rozbojów, kradzieży i wymuszeń. Aż 86 proc. z nas (badanie CBOS z 2019 r.) czuje się dobrze i bezpiecznie w swojej małej ojczyźnie. Coraz częściej odczuwamy też dumę z tego, że odwiedzający Polskę cudzoziemcy chwalą polski porządek i szacunek dla prawa.

Dlaczego więc, tworząc tak sprawną i praworządną społeczność, mielibyśmy sami sobie odmawiać prawa do broni palnej? Sąsiad z naprzeciwka przestał kojarzyć się z zagrożeniem. Przeciwnie, może okazać się pomocny w konfrontacji z rosyjską dywersją czy agresywnym imigrantem. W sumie może to lepiej, żeby miał broń.  

Być może właśnie dlatego tak wielkim echem odbił się niedawny tragiczny incydent w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie instruktor strzelectwa z legalnie posiadanej broni zastrzelił na swoim osiedlu mężczyznę, który miał mu zagrażać. Kilka lat temu podobne zdarzenie uruchomiłoby zapewne ostrą dyskusję o sensie posiadania broni przez cywilów, zasadach przyznawania pozwoleń, badaniach psychologicznych kandydatów. 

Tym razem sympatia dużej części opinii publicznej wsparła strzelającego. Debata skoncentrowała się na przepisach o obronie koniecznej, które zdaniem sporej grupy komentujących chronią bardziej napastnika niż ofiary.

Mity o obronie koniecznej

Artykuł 25. kodeksu karnego w paragrafie 1. mówi, że „nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem”. Kryterium obrony koniecznej spełnia więc jedynie sytuacja, gdy odpieramy zagrożenie, które już zaistniało, a nie takie, które się dopiero materializuje. Mnogości scenariuszy, które w tym kontekście może napisać rzeczywistość, nie da się oczywiście zawrzeć w jednym syntetycznym paragrafie.

W dodatku polskie prawo nie bazuje na precedensach, które upraszczałyby ocenę przypadku w oparciu o znane schematy, takie choćby jak amerykańska „reguła 21 stóp” (dystans, który agresywny napastnik pokona w czasie krótszym niż niezbędny do dobycia i użycia pistoletu przez broniącego się). Dlatego każde użycie broni palnej w obronie koniecznej trafia w Polsce w ręce prokuratorów, którzy wstępnie oceniają, czy w konkretnym przypadku środki zastosowane do obrony były adekwatne do skali zagrożenia. No i czy samo zagrożenie było realne.  

Krytycy tak skonstruowanych przepisów uważają, że w polskim prawie obowiązuje de facto domniemanie winy osoby, która się broni. Kodeks karny mówi wprawdzie, iż nie ponosi kary ten, kto przekroczył granice obrony koniecznej w wyniku wzburzenia spowodowanego okolicznościami ataku, ale i ten zapis bywa uważany za niedostateczny dla uczciwego obywatela, któremu w oczy zajrzało zagrożenie. 

W 2017 r. dodano zatem paragraf, który znosi karę za przekroczenie granic obrony koniecznej w przypadku wtargnięcia napastnika do miejsca zamieszkania. Ustawodawca w tym miejscu postawił sprawę jasno: za progiem swojego domu człowiek ma prawo nie zastanawiać się nad okolicznościami ataku. 

W odbiorze przepisów przez posiadaczy broni zmieniło to jednak niewiele. W serwisach i na forach osób zainteresowanych tematyką strzelecką i obronną wciąż roi się od wpisów, które kreślą obraz niemal kategoryczny: jeśli w obronie koniecznej zranisz lub zabijesz napastnika, w najlepszym razie czeka cię kilka lat upokarzającej i do tego kosztownej batalii przed sądem. W najgorszym – pójdziesz siedzieć za to, że broniłeś siebie lub bliskich.

Jak jest naprawdę? 

W ub.r. polskie prokuratury i sądy analizowały 125 spraw pod kątem ewentualnego przekroczenia obrony koniecznej. Aż 75 przypadków zakończyło się umorzeniem śledztwa lub wyrokiem uniewinniającym. Z danych zebranych w 2023 r. przez dziennikarzy „Rzeczpospolitej” wynikało z kolei, że w latach 2020-2023 prokuratury umorzyły 51 spraw, w których doszło do zranienia napastnika, i dwie, w których atakujący poniósł śmierć.

Biorąc pod uwagę, że w Polsce rocznie dochodzi do około stu ataków skutkujących podjęciem obrony koniecznej (w miażdżącej większości przypadków bez użycia broni palnej), można zaryzykować stwierdzenie, że co czwarty taki przypadek kończy się w Polsce umorzeniem jeszcze na etapie przedsądowym.

Niektóre z tych spraw są za to szeroko komentowane. 

Gdańsk-Wrzeszcz, noc z 26 na 27 października 2019 r. Na posesję należącą do prokuratura wojskowego wchodzi dwóch mężczyzn, jak potem powiedzą, przez pomyłkę. Przestraszony prokurator strzela do nich z broni służbowej, przekonany, że ma do czynienia z bandytami. Intruzi odnoszą rany niegroźne dla ich życia. Sprawa zostaje umorzona. Prokuratura dochodzi do wniosku, że strzelający przekroczył granice obrony koniecznej, ale pod wpływem wzburzenia spowodowanego okolicznościami zdarzenia. 

Zdaniem wielu komentatorów, na tę decyzję prokuratora wpływ miał jednak zawód podejrzanego. „Zwykły obywatel” w podobnej sytuacji usłyszałby zapewne zarzuty.

Kto sprawcą, a kto ofiarą

Szeregowym obywatelem bez wątpienia był 83-latek z Poznania, którego we wrześniu 2022 r. zaatakował w domu agresywny włamywacz. Broniąc córki i wnuka, odważny senior zadał napastnikowi kilka ciosów nożem, w wyniku których atakujący zmarł. Poznańska prokuratura w tak oczywistej sprawie zamierzała postawić mężczyźnie zarzut przekroczenia obrony koniecznej, wycofała się z tego pomysłu dopiero po interwencji prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry.

Rok 2023. Kobyłka pod Warszawą. Dwaj zamaskowani mężczyźni, będący, jak się potem okaże, pod wpływem narkotyków, napadają na sklep spożywczy. Właściciel, broniąc siebie i pracownicy, rani nożem jednego z nich. Mężczyzna umiera. Sprawa zostaje umorzona na etapie postępowania prokuratorskiego.

Gdy to napadnięty musi udowodnić, że nie mógł bronić się w inny sposób, w pierwszym odruchu czujemy, że spotyka go wielka niesprawiedliwość. Ale czy na pewno czulibyśmy się bezpieczniej, gdyby w każdej strzelaninie czy bijatyce za winnego z góry uchodził pokonany?

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 20/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Obrona konieczna