Zagadka Wyspy Wielkanocnej rozpracowana. Było inaczej niż w filmie „Rapa Nui”

Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej mieli nadmiernie eksploatować środowisko i doprowadzić swoją cywilizację na skraj zagłady. Ich historia miała być przestrogą dla nas wszystkich. Wyniki nowych badań podważają jednak ten mit o upadku.
Czyta się kilka minut
Posągi moai na Wyspie Wielkanocnej / Fot. F. Vnoucek / B&EW
Posągi moai na Wyspie Wielkanocnej / Fot. F. Vnoucek / B&EW

Koncepcja „szlachetnego dzikusa” często jest przedstawiana jako antyteza współczesnej cywilizacji. Zgodnie z tym poglądem, podczas gdy społeczeństwa rozwinięte technologicznie powodują zanieczyszczenia i degradację środowiska naturalnego, hipotetyczne społeczności pierwotne miałyby żyć w harmonii z naturą, przypominając biblijny obraz opiekunów rajskiego ogrodu. 

Mit o upadku cywilizacji Rapa Nui

W przeciwieństwie do praktyk masowych polowań dla przyjemności lub z chęci zysku, które doprowadziły wiele gatunków na skraj wyginięcia, „szlachetny dzikus” miał pozyskiwać z natury jedynie niezbędne minimum do przetrwania, kierując się zasadą zrównoważonego wykorzystania zasobów. Podczas gdy współczesne społeczeństwa często są krytykowane za promowanie wartości materialistycznych i egocentryzmu, kultury tradycyjne są idealizowane jako przykłady hojności i altruizmu. Ta romantyczna wizja przedstawia „szlachetnego dzikusa” jako ucieleśnienie cnót i wartości, które rzekomo zostały utracone w procesie rozwoju cywilizacji.

Jednocześnie ludzkość od zawsze zafascynowana była opowieściami o upadku – zarówno jednostek, jak i całych kultur. Zwykle były one niczym innym niż moralizatorskimi przypowieściami o szlachetnych ludziach, którzy porzucili swoje obyczaje, zgnuśnieli i przez to doprowadzili do własnej zguby. Tak można odczytać choćby przekazany nam przez Platona mit o Atlantydzie. W takim duchu o zastąpieniu imperium asyryjskiego przez Medów Dejokesa pisał Herodot. Tak też przed wygodami życia w cywilizacji, opisując surowe obyczaje Germanów, ostrzegał Rzymian Tacyt. Taka narracja jest obecna i dziś, co widać w internetowych memach głoszących, że „dobre czasy tworzą słabych ludzi”.

Poza takimi stałymi toposami o demoralizujących skutkach wygodnego życia, dziś – w związku z wyzwaniami, które sami na siebie sprowadziliśmy, głównie dewastacją środowiska i kryzysem klimatycznym – szukamy nowych opowieści ostrzegających przed upadkiem. Choć wiemy, że przyczyniliśmy się do przetrzebienia megafauny w Eurazji i Amerykach, niedługo po tym, gdy nasi przodkowie się tam pojawili, a niewykluczone, że maczaliśmy palce również w zniknięciu naszych starszych kuzynów – neandertalczyków – działania te nie sprowadziły katastrofy. Nie nadają się więc na pouczającą przypowieść. I choć w przypadku upadku wielu cywilizacji – mezopotamskiej pod koniec III tysiąclecia p.n.e., majańskiej czy Doliny Indusu – pojawiały się hipotezy o nadmiernym wykorzystaniu zasobów, żaden przykład nie stał się tak znany jak zagłada cywilizacji Wyspy Wielkanocnej (Rapa Nui). 

Choć eksperci zawsze kwestionowali jej prawdziwość, narrację tę spopularyzował film „Rapa Nui” (1994) i książka „Upadek. Dlaczego niektóre społeczeństwa upadły, a innym się udało” (2004, polskie wydanie 2007) Jareda Diamonda. Nowe odkrycia mogą wreszcie wbić ostatni gwóźdź do trumny hipotezy o tym, że mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej dokonali ekobójstwa, a w konsekwencji doprowadzili do własnego upadku.

Termin ekobójstwo (ang. ecocide) oznacza masowe niszczenie przyrody, powodujące trwałe i poważne szkody w ekosystemach. Zwykle wynika z działań człowieka, takich jak zanieczyszczenie, wylesianie, nieodpowiedzialna eksploatacja zasobów czy konflikty zbrojne, które negatywnie wpływają na bioróżnorodność, klimat oraz warunki życia ludzi i innych organizmów. Jakiego ekobójstwa mieli dokonać mieszkańcy Rapa Nui?

Posągi na Wyspie Wielkanocnej

Zanim odpowiemy na to pytanie, cofnijmy się do 5 kwietnia 1722 r., niedzieli wielkanocnej, która dała wyspie jej „międzynarodową” nazwę. Tego dnia holenderski statek pod wodzą Jacoba Roggeveena „odkrył” Wyspę Wielkanocną. Wielkie zdumienie u europejskich marynarzy wywołały charakterystyczne dla wyspy gigantyczne kamienne posągi zwane moai. Niektóre sięgały dziesięciu metrów wysokości, a waga najcięższych ocierała się o sto ton. Nie mogli pojąć, jak prości tubylcy mieliby je stworzyć. 

Sam Roggeveen w „Dzienniku podróży” pisał: „Początkowo te kamienne figury wprawiły nas w zdumienie, ponieważ nie mogliśmy zrozumieć, jak to możliwe, że ludzie pozbawieni ciężkiego lub grubego drewna, a także mocnych sznurów, z których można by zbudować maszyny, byli w stanie je wznieść; a jednak niektóre z tych posągów miały dobre 30 stóp wysokości i były proporcjonalnie do tego szerokie”. 

Ostatecznie dysonans poznawczy zredukowali dochodząc do fałszywego wniosku, że posągi wykonano z gliny. Późniejsi podróżnicy i chrześcijańscy misjonarze, choć poprawili ten błąd, nadal wątpili, by mieszkańcy wyspy mogli wyrzeźbić, przetransportować i ustawić moai. J. Linton Palmer, lekarz okrętowy podróżujący po Pacyfiku w latach 50. i 60. XIX w., uważał, że brak dłut wyklucza tubylców jako twórców moai. Misjonarze, którzy chrystianizowali tubylców w tym czasie, wprost już mówili o tym, że gigantyczne posągi musiały być dziełem jakiejś wcześniejszej, potężniejszej rasy. Wkrótce też europejscy uczeni zaczęli wskazywać na Peru, dostrzegając podobieństwo do rzeźb andyjskiej kultury Tiwanaku.

Oczywiście nie brakowało również badaczy, którzy twierdzili, że nic nie stało na przeszkodzie, żeby to rdzenna ludność wykonała moai, co ostatecznie stało się obowiązującym poglądem pod koniec XIX w. To jednak nie pobudzało wyobraźni w takim stopniu jak bajania o potężnych, zaginionych cywilizacjach. Nic więc dziwnego, że niesławny Erich von Däniken, popularyzator pseudonaukowych koncepcji, też zainteresował się Rapa Nui, dochodząc do wniosku, że moai stworzyli z nudów kosmici, którzy utknęli na wyspie.

Długą drogę przeszli więc mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej – od prymitywnych dzikusów, którzy nie byli w stanie stworzyć moai, do sztandarowego przykładu totalnego wyniszczenia środowiska naturalnego. Ukoronowaniem tego trendu była działalność antropologa, historyka i publicysty naukowego Jareda Diamonda. W leadzie do swojego artykułu w „Discover Magazine” w sierpniu 1995 r. pisał on: „W ciągu zaledwie kilku stuleci mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej wytrzebili swoje lasy, doprowadzili do wyginięcia roślin i zwierząt, a ich złożone społeczeństwo pogrążyło się w chaosie i kanibalizmie. Czy wkrótce pójdziemy w ich ślady?”. Choć w wydanej niemal dziesięć lat później książce obraz jest nieco bardziej zniuansowany, jego pytanie nadal mocno wybrzmiewa.

Dlaczego na Wyspie Wielkanocnej nie ma lasu?

Aby dobrze zrozumieć tę historię, musimy cofnąć się do początków zasiedlenia wyspy. Naukowcy wciąż spierają się o dokładną datę tego wydarzenia. Najczęściej mówi się, że pierwsi polinezyjscy żeglarze przybyli na Rapa Nui około 800-900 r., choć pojawiają się również pojedyncze głosy o wcześniejszym (ok. 300 r. n.e.) lub późniejszym (około 1200 r.) osadnictwie. Przez kilka stuleci wpływ osadników na środowisko był niewielki, ale stały wzrost populacji (początkowo wynoszącej ledwie kilkadziesiąt, maksymalnie 150 osób) sprawił, że około 1200 r. rozpoczęto intensywną wycinkę lasów palmowych na potrzeby rolnictwa, budownictwa i szkutnictwa, a także na opał, co stopniowo doprowadziło do degradacji środowiska.

Brak drewna miał nie tylko negatywne skutki bezpośrednie – brak budulca, opału, ograniczenie bazy pokarmowej – ale również pośredni; przyspieszał erozję gleb, co dodatkowo obniżało plony. W XVI-XVII w. wzrost populacji i wyczerpanie zasobów naturalnych miały wywołać wojnę domową, głód i doprowadzić do kanibalizmu. Kluczowe dla zrozumienia tego scenariusza są szacunki dotyczące wielkości i dynamiki populacji wyspy. Nietrudno się domyślić, że opowieść o upadku populacji opiera się głównie na koncepcji dużej i długoterminowo niestabilnej populacji, jednak odtworzenie rzeczywistej liczebności jest skomplikowane i opiera się na wielu danych pośrednich. Nie mając spisów ludności, archeolodzy i paleodemografowie stosują różne metody szacowania populacji, m.in. w oparciu o liczbę osad lub cmentarzy z różnych okresów, i próbują określić średnią wielkość gospodarstwa domowego. Co ciekawe, nawet przy tych samych danych, szacunki mogą się znacznie różnić, zależnie od założeń badaczy. W przypadku Rapa Nui szacuje się, że maksymalna liczba ludności wynosiła od 3 tys. do 20 tys. osób.

Zanim zagłębimy się w te liczby, warto zaznaczyć, że ludzie niewątpliwie wpłynęli na środowisko naturalne Wyspy Wielkanocnej. Badania pyłków roślinnych z nawarstwień archeologicznych pokazują stopniowe zmniejszanie się pokrywy leśnej. Kiedyś winiono za to transport i stawianie moai, ale eksperymenty pokazały, że można to zrobić przy minimalnym użyciu drewna, a nawet zupełnie bez niego, używając jedynie lin i siły ludzkich mięśni. Pojawiają się też opinie, jak ta Richarda „Huntera” Andersona, amerykańskiego specjalisty ds. środowiska naturalnego, że wylesianie zaczęło się przed przybyciem ludzi, a zapoczątkowały je zmiany klimatu. Niektórzy twierdzą, że prócz ludzi to przywiezione przez nich szczury (które Polinezyjczycy hodują jako źródło pokarmu) zjadały nasiona palm, hamując odnowę gajów palmowych. Nawet jeśli to prawda, mieszkańcy Rapa Nui na pewno przyspieszyli proces.

Nie było katastrofy ekologicznej na Rapa Nui

Znaleziska wskazują na spadek ilości śladów węgla drzewnego z czasem, co potwierdza kurczenie się lasów. W 2015 r. Gunnar Brandt i Agostino Merico z Leibniz-Zentrum für Marine Tropenforschung w Bremie stworzyli symulacje różnych scenariuszy „upadku”. Dane oparte na 83 próbkach pozostałości węgla drzewnego z różnych miejsc na wyspie pasowały bardziej do powolnego schyłku cywilizacji niż do katastrofy ekologicznej. Założyli oni jednak, że liczba tych śladów pośrednio mówi nam o wielkości populacji ludzi, tymczasem co najwyżej mówi nam o liczbie drzew na wyspie. Szczególnie że zebrane przez Terry’ego L. Hunta z Uniwersytetu Hawajów w Mānoa i Carla P. Lipo z California State University w Long Beach dane dotyczące datowania narzędzi obsydianowych pokazują załamanie produkcji przedmiotów z tego surowca dopiero po kontakcie z Europejczykami. Populacja mogła prosperować nawet przy malejącej liczbie drzew.

W scenariuszu załamania ekologicznego wycinka lasów miała przyspieszyć erozję gleb i zmniejszyć ich żyzność, a także utrudnić budowę łodzi do połowów. Fakty są jednak inne. Polinezyjczycy rzadko używali drewna palmowego do budowy łodzi. Świetnie radzili sobie, tworząc je z mniejszych kawałków różnego rodzaju drewna, a nawet kory, więc nie brakowało im ryb i owoców morza. A co z rolnictwem? Nowsze badania wskazują, że gleby na Rapa Nui raczej nigdy nie były szczególnie żyzne, nawet jak na warunki polinezyjskie. Mieszkańcy musieli stosować więc różne metody, by ograniczyć erozję i zachować wilgoć gleby. W tym celu używali m.in. manawai – kamiennych kręgów, znanych też z innych wysp Pacyfiku. Te rozwiązania pomagały im utrzymać produkcję żywności mimo trudnych warunków.

Powróćmy do samych ocen wielkości populacji Rapa Nui. Wiosną 2024 r. grupa Dylana S. Davisa z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku opublikowała w „Science” artykuł, w którym na nowo oszacowali liczbę manawai, a następnie zastanowili się, jak dużą populację mogły one wyżywić. Choć nie podają konkretnych liczb, wnioskują, że większość wcześniejszych oszacowań była mocno zawyżona. Wyniki te wspierają najnowsze badania paleogenetyczne opublikowane w „Nature”. Zespół J. Víctora Moreno-Mayara z Uniwersytetu Kopenhaskiego odtworzył genetyczną historię mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, analizując genom 15 osób pochowanych między 1670 a 1950 r. Na tej podstawie przeprowadzono symulacje populacyjne, które wykluczyły scenariusz zabójstwa ekologicznego. Co więcej, potwierdziły one, że maksymalna populacja wyspy wynosiła jedynie 2000-3000 osób. 

Dodatkowo, potwierdzają one kontakty ludności Rapa Nui z mieszkańcami wybrzeży Ameryki Południowej. Ale to już temat na inną okazję. Tymczasem bowiem musimy dalej ku przestrodze szukać mitu, w którym upadek byłby skutkiem ekobójstwa. Obyśmy kiedyś sami nie stali się bohaterami takiej opowieści. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 43/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Ekobójstwa nie było