„Coolcations” to mit. Zmiany klimatyczne nadal nie wpływają na sposób, w jaki spędzamy wakacje

Możliwe, że mamy do czynienia z próbą budowy popytu przez dużych touroperatorów, a polskie media odważnie wspierają ten proces swoją niekompetencją.
Czyta się kilka minut
Wakacje na Półwyspie Helskim. 20 sierpnia 2022 r. // Fot. Tadeusz Koniarz / Reporter
Wakacje na Półwyspie Helskim. 20 sierpnia 2022 r. // Fot. Tadeusz Koniarz / Reporter

Coolcations” – połączenie angielskich słów oznaczających chłód i wakacje media w Polsce odmieniają ostatnio przez wszystkie przypadki. Zainteresowanie wypoczynkiem w tych rejonach globu, gdzie zmiany klimatyczne nie sprawiły jeszcze, że lato przypomina całodobowy grill, ma rzekomo rosnąć z roku na rok. W turystyce indywidualnej ten trend zmieniać ma wręcz branżowe reguły gry i stawiać pod znakiem zapytania choćby sens inwestycji w nieruchomości na hiszpańskiej czy chorwackiej riwierze.

Urlop ekstremalny

Rozumując na chłodno, nie można takim przewidywaniom odmówić racjonalności. W miesiącach letnich – jak ogłosili w 2022 r. szwedzcy naukowcy na łamach „Journal of Geophysical Research Atmospheres” – rozległe obszary na południu kontynentu europejskiego ocieplają się dwa razy szybciej, niż wynosi średnia wzrostu temperatury dla całego świata. Uboga śródziemnomorska szata roślinna sprawia, że gleba schnie tam błyskawicznie z nastaniem pierwszych wiosennych upałów. Brak parowania oznacza z kolei mniej chmur, które mogłyby chronić przed promieniami słonecznymi. W ten sposób suchy klimat południa Europy staje się jeszcze suchszy, o wiele częściej dochodzi do pożarów, rośnie także temperatura. Prognozy pogody dla południa Hiszpanii, dolnego skrawka włoskiego buta, Peloponezu czy ukochanej przez Polaków Dalmacji coraz częściej pokazują latem wartości z czwórką z przodu. Nawet w nocy temperatura – jak niedawno w Rzymie – wiele dni z rzędu nie spada poniżej 30 stopni. 

Funkcjonowanie w takich warunkach staje się ryzykowną grą z promieniami słonecznymi i z granicami wytrzymałości organizmu. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi wypoczynek. Południowy rytm życia może sobie bowiem podlegać świętym regułom sjesty, ale gdy pokonawszy aż półtora tysiąca kilometrów, ma się tylko parę godzin na obskoczenie wszystkich atrakcji wspomnianego już Wiecznego Miasta, zwiedzanie zamienia się w jeszcze jedną dyscyplinę sportów ekstremalnych.

Trendy w turystyce

Wszystkie medialne doniesienia o rzekomym nowym turystycznym fenomenie, które wpadły mi w ręce, miały ten sam feler. Nie zawierały konkretów, które obrazowałyby skalę i dynamikę opisywanego zjawiska. Zapoznając czytelników z trendem coolcations, polskie wydanie magazynu „Elle” donosiło np. światowo, że „egzotyczne destynacje są passé”,  jako dowód zaś przytaczało... publikację bliźniaczego tytułu z grupy wydawniczej Condé Nast (właściciela „Elle”), który to umieścił coolcations „wśród największych trendów turystycznych na rok 2024”. Aha.

Gdzieniegdzie pojawiały się liczby, które na pierwszy rzut oka świadczyć mogły o tym, że coś jednak jest na rzeczy.

„Rzeczpospolita”, także cytując wspomniany artykuł z Condé Nast Traveler, przywoływała dodatkowo dane firmy doradczej Virtuoso, działającej w branży turystyki luksusowej, wedle której aż 82 proc. klientów rozważa wycieczkę do chłodniejszych rejonów globu. Ilu z nich faktycznie przekuło takie rozważania w czyn? Tego już firma doradcza nie ujawniła, co każe przypuszczać, że z kolei jej doradcy od public relations w wirtuozerski sposób wykorzystali paskudną tendencję współczesnych mediów do papugowania atrakcyjnie brzmiących informacji, nawet gdy nie mają one związku z rzeczywistością. 

W artykule serwisu Wprost Podróże – cytowanym potem przez dziesiątki innych portali i stron o tematyce turystycznej – powołano się z kolei na dane czeskiej wyszukiwarki lotów Kiwi.com, z których wynikało, że w tym roku zauważalnie więcej klientów z Polski poszukuje na lipiec i sierpień biletów do Danii, Irlandii i Holandii. „Rekordowy wzrost pod kątem liczby rezerwacji w 2024 w porównaniu z 2023 rokiem odnotowała Szwajcaria – na poziomie 47 proc.” – zauważyła autorka publikacji, po czym postanowiła darować czytelnikom informacji, czy wspomniany wzrost niemal o połowę nie oznaczał np. pięciu rezerwacji więcej.

Służby prasowe czeskiej spółki okazały się równie oszczędne w słowach i odesłały do komunikatu na stronie firmy, z którego wyczytać można z grubsza to samo, co przynosi polski artykuł. No, może nie licząc obserwacji, że za wspomniany wzrost zainteresowania podróżami lotniczymi do Szwajcarii w naszej części Europy odpowiada... spadek cen biletów na tym kierunku o 16,8 proc. rok do roku.

Kończąc wizytę na stronie Kiwi.com, z czysto kronikarskiego obowiązku wpisałem do udostępnionej na niej wyszukiwarki hasło „coolcations” w nadziei, że pojawi się przynajmniej w zakładce z rekomendacjami kierunków podróży, obok wakacji na Bali czy omówienia turystycznych zalet Sahelu.    

Bez śladu.

Patriotyzm wakacyjny  

Dokąd podróżują zatem ci „zmęczeni upałami Polacy”, których krajowe media z lubością odsyłają tego lata w okolice koła podbiegunowego? Na podsumowanie tegorocznych wakacji jeszcze za wcześnie. W badaniu „Wyjazdy turystyczne Polaków w 2022 roku i plany na rok 2023” pracownia CBOS podawała jednak, że na wakacje wybiera się 55 proc. populacji Polski, czyli blisko 21 mln mieszkańców. Aż 36 proc. ankietowanych założyło, że wypoczywać będzie wyłącznie w kraju. Wakacje tylko za granicą – lub w wariancie połączonym z pobytem w Polsce – planowało 18 proc. ankietowanych.

Z liczącej blisko 38 mln osób populacji tylko 6,82 mln w kontekście kanikuły myślało zatem o wyjeździe za granicę. Zważywszy na pogodę, która latem nad polskim Bałtykiem przypomina często jesień, czy liczbę deszczowych dni w Tatrach w lipcu, wakacje w Polsce można by więc istotnie podciągnąć pod trend coolcations. Rzecz w tym, że proporcje między preferującymi wypoczynek wyłącznie w kraju i tymi, którzy chcą jechać za granicę, od lat nie ulegają większym zmianom. W 2014 r. urlop krajowy planowało 35 proc. respondentów, a zagraniczny – 18 proc. W roku 2018 – gdy na wakacje wybierał się rekordowy odsetek aż 60 proc. Polaków – w kraju chciało zostać 36 proc. ankietowanych, za rubieże Rzeczypospolitej zamierzało natomiast wyruszyć kolejne 24 proc. W latach poprzedzających pandemię, po której uderzyła wysoka inflacja, w danych widać było wręcz rosnące zainteresowanie wypoczynkiem zagranicznym. Tylko pomiędzy 2017 a 2019 r. odsetek Polaków urlopujących na łonie ojczyzny spadł z 35 do 32 proc. przy jednoczesnym wzroście planujących wakacje zagraniczne z 19 do 23 proc.

CBOS prowadzi to badanie nieprzerwanie od 2010 r. Jedno nie ulega więc wątpliwości: w najdłużej trwającej ankiecie dotyczącej polskich preferencji turystycznych nie ma nawet śladu coolcations. Dane CBOS niejako przy okazji dostarczają zresztą argumentu, że za popularnością wypoczynku nad polskim morzem czy na Mazurach niekoniecznie muszą stać względy klimatyczne. Łączna przeciętna długość polskich urlopów zmniejsza się bowiem sukcesywnie od 2014 r., a to niemal automatycznie zapewnia przewagę krajowej ofercie turystycznej nad zagraniczną. 10 lat temu w ciągu roku spędzaliśmy na wypoczynku średnio 16,1 dnia. W 2022 r. – tylko 13,3 dnia. Pojedynczy pobyt skrócił się w tym samym czasie z 8,1 do 6,4 dnia.

Kochamy ciepełko

Nie zmieniają się za to najpopularniejsze kierunki naszych zagranicznych podróży wakacyjnych. Na miejscu pierwszym od lat plasują się Włochy. Drugie należy do Hiszpanii, potem mamy zaś Grecję, Turcję i Chorwację. Największy boom przeżywa Turcja, targana kryzysem miejscowej liry, który sprawia, że wakacje w tym kraju są w ostatnich latach dla Polaków relatywnie tanie. Odsetek respondentów CBOS, którzy w ciągu roku odwiedzili ten kraj przynajmniej raz i na dłużej niż dwie doby, w trakcie ostatniej dekady wzrósł z 7 do 12 proc.

Listę państw najrzadziej odwiedzanych przez nas w ramach wypoczynku zamykają natomiast kraje, które można utożsamiać z wakacyjnym globalnym ochłodzeniem. Finlandia, Islandia, Dania, Norwegia czy Litwa to de facto białe plamy na turystycznej mapie statystycznego Polaka. Wyjątkiem od tej reguły jest Szwecja, która w ostatnich latach przyciągnęła nieco ruchu zza południowego brzegu Bałtyku, choć także w tym przypadku trudno mówić o masowym zainteresowaniu.

– Bo my kochamy ciepełko – odpowiada Piotr Henicz, wiceprezes biura podróży Itaka, zapytany o przyczyny wyjazdowego konserwatyzmu rodaków. – Bez upału, plaży nagrzanej słońcem i ciepłej wody Polacy nie wyobrażają sobie udanych wakacji. Chłodu mamy tyle przez resztę roku, że nikt nie chce uciekać do niego podczas urlopu.

W ustach wiceprezesa największego polskiego biura podróży, które co roku organizuje wypoczynek milionowi Polaków, takie generalizowanie wydaje się dopuszczalne. Jego słowa dodatkowo zdaje się potwierdzać sama zawartość strony internetowej Itaki. W zakładce last minute nie natrafiam na oferty wyjazdów do krajów, które kojarzą się z klimatem co najmniej umiarkowanym – najdalej wysunięta na północ propozycja dotyczyła wypadu na albańską riwierę. Głębiej, na liście państw, do których Itaka wozi swoich gości, doszukuję się jednak m.in. Danii, Norwegii, Finlandii, Litwy, Liechtensteinu, Islandii oraz Niemiec. Są też Kanada, Nepal oraz Bhutan. Terminy wyjazdów? Lato przyszłego roku, oczywiście z zastrzeżeniem, że wycieczka pojedzie, gdy zbierze się dostatecznie wielu chętnych. Jak gdyby ktoś w firmie postanowił jednak zareagować na coraz głośniejszą medialną opowieść o globalnym pragnieniu chłodu.

– Rozczaruję pana – wyjaśnia Henicz. – Budujemy jak najszerszą ofertę wyjazdów, wychodząc z założenia, że biuro działające na taką skalę nie może się koncentrować tylko na najpopularniejszych kierunkach. Zainteresowania wakacjami w chłodniejszych regionach nie widzimy jednak ani w wynikach sprzedaży wycieczek, ani nawet w zapytaniach od klientów. I żeby to było jasne: mam na myśli brak choćby szczątkowego zainteresowania.

Czesi z dostępem do morza

Na wakacje można jednak pojechać nie tylko z biurem podróży. Internetowe serwisy z ofertami najmu krótkoterminowego i wyszukiwarki tanich lotów zdają się wprost zapraszać do turystyki indywidualnej. Problem w tym, że i one na razie nie dostrzegają istnienia fenomenu, który rzekomo właśnie zmienia oblicze globalnej turystyki. Witryna Booking.com i jej główny konkurent Airbnb w odpowiedzi na zapytanie o coolcations odsyłają do hoteli w marokańskiej Kenitrze. Google Trends w reakcji na to samo odpowiada, że dysponuje zbyt małą porcją danych, by złożyć z nich trend wyszukiwań, po czym z sobie tylko znanych powodów sugeruje, żebym spróbował z hasłem „Krzysztof Stanowski”.

To może za zjawisko coolcations uznamy zagraniczną turystykę przyjazdową do Polski? Czeskie media w ostatnich miesiącach poświęciły wiele uwagi nagłemu wzrostowi zainteresowania tamtejszych turystów wypoczynkiem nad polskim morzem. Internetowy broker wycieczek Slevomat.cz latem ubiegłego roku zanotował aż 50-procentowy wzrost liczby zakupionych wyjazdów do Polski. Witrynie Dovolená.cz, oferującej rezerwacje zakwaterowania, tylko od stycznia do czerwca tego roku przybyło aż o 158 proc. zapytań o kwatery nad polskim Bałtykiem. Firma ubezpieczeniowa KB Pojišt’ovna podawała zaś niedawno, że 11 proc. Czechów planujących w tym roku wyjazd za granicę wybiera się właśnie nad nasze morze. Na pierwszy rzut oka mamy zatem do czynienia z coolcations w czystej formie. O pogoń za chłodem można też podejrzewać gości z Półwyspu Arabskiego, którzy ostatnimi czasy wypełniają hotele i pensjonaty w Zakopanem.

Nie znam niestety nikogo, kto czytałby płynnie po arabsku, mam za to przyjaciela, który nie dość, że mówi płynnie po czesku, to jeszcze jako dziennikarz ekonomiczny zawodowo zajmuje się analizowaniem tamtejszej gospodarki.

– Czeski boom na Bałtyk nie ma żadnego związku ze zmianami klimatycznymi – klaruje mi stanowczo. – Po oddaniu do użytku drogi ekspresowej S3 okazało się, że z Pragi jedzie się nad nasze morze szybciej i taniej niż do Chorwacji czy Włoch. W Polsce jest też taniej niż na południu Europy, a infrastruktura turystyczna zwykle jest w lepszym stanie, bo z reguły ma bardzo krótką metrykę. Czechom podoba się też to, że mogą się z Polakami względnie łatwo dogadać i że spotykają się generalnie z sympatycznym przyjęciem. A zmiany klimatyczne? Pogodę nad Bałtykiem goście z południa uważają za najsłabszy punkt naszej oferty turystycznej.

Turystki z Bliskiego Wschodu w Krakowie. 9 sierpnia 2023 r. // Fot. Tadeusz Koniarz / Reporter

Klimat umiarkowany

Rzekomy fenomen coolcations, przynajmniej na razie i w odniesieniu do Polski, jest więc raczej pojęciowym fantomem niż namacalnym zjawiskiem. Możliwe też, że mamy do czynienia z próbą budowy popytu przez dużych touroperatorów, a polskie media odważnie wspierają ten proces swoją niekompetencją. Całe zamieszanie ma jednak jedną niepodważalną zaletę. Uświadamia nam, że najwyższa pora taki fenomen w odniesieniu do Polski wykreować. 

Norwegia już dziś reklamuje się za granicą jako miejsce, w którym „unikniesz palącego słońca i intensywnego upału”. Na wzrost zainteresowania ze strony turystów umęczonych falami tropikalnego ukropu na południu Europy liczą także Szwecja i Islandia. Punktem odniesienia dla takich strategii są oczywiście modele meteorologiczne, które pokazują, co w najbliższych dekadach czeka klimat. Wyliczenia hiszpańskich badaczy zapowiadają np., że w 2050 r. na terenie całego kraju temperatura nie będzie spadać w nocy poniżej 20 stopni Celsjusza przez co najmniej 60 dni w roku. Na południu Hiszpanii liczba tropikalnych nocy, kiedy ziemia i budynki nie są w stanie oddać do atmosfery ciepła skumulowanego za dnia, wzrośnie do ponad 70. Lato w Madrycie będzie oznaczało więc temperaturę, która w ciągu dnia regularnie przekracza 42 stopnie. W Sewilli i w Kordobie termometry zaczną systematycznie pokazywać wartości powyżej 49 stopni.

Fale upałów oznaczają oczywiście problemy z dostępem do wody pitnej, a być może także okresowe braki wybranych produktów spożywczych, których nie da się uprawiać na miejscu. A jeśli założyć, że upały na południu Hiszpanii będą i tak mniej dotkliwe od spiekoty, która w tym samym czasie uderzy w państwa Sahelu, można też się spodziewać rosnącej fali uciekinierów z obszarów, które przestaną nadawać się do zamieszkania. Hiszpańska riwiera może wówczas zmienić się w pas zażartego konfliktu o przetrwanie.

Polska w tym samym czasie będzie zmagać się z upałami na zauważalnie mniejszą skalę. Prognoza zmian klimatu przygotowana w 2020 r. przez zespół badaczy z Instytutu Ochrony Środowiska zapowiada, że do 2050 r. średnia roczna temperatura na terenie kraju wzrośnie w porównaniu z obecną o 1,3-3 stopnie – w zależności od zastosowanego modelu obliczeniowego. Do 2030 r. liczba nocy tropikalnych w skali roku nie powinna ulec znaczącej zmianie w porównaniu ze stanem obecnym. Podwoi się dopiero na początku drugiej połowy tego stulecia. Warunki klimatyczne w Polsce za ćwierć wieku będą więc dalekie od tego, co dziś utożsamiamy ze strefą klimatu umiarkowanego, ale wciąż bardziej przyjazne niż na południu Europy.

Możliwe, że wakacje rzeczywiście zaczną wtedy kojarzyć się Europejczykom z wyjazdem gdzieś na północ. Ale na to, żeby przy okazji kojarzyły się z Polską, trzeba zapracować.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 33/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Weźmy to na chłodno