Czy drzewa muszą na siebie zarabiać? Analizujemy przyszłość polskich lasów

W Lasach Państwowych ekonomia wygrała z ekologią. Zrównoważona gospodarka zasobami to tylko mit. Co zostawimy swoim dzieciom i wnukom?
Czyta się kilka minut
Pozostałość Puszczy Łódzkiej w Rezerwacie Przyrody Wiączyń. Maj 2025 r. // Fot. Andrzej Zbraniecki / East News
Pozostałość Puszczy Łódzkiej w Rezerwacie Przyrody Wiączyń. Maj 2025 r. // Fot. Andrzej Zbraniecki / East News

W Polsce coraz poważniej dyskutuje się o edukacji, ochronie zdrowia, bezpieczeństwie czy dostępie do zbiorowej komunikacji. Jednak działania państwa w zakresie dóbr publicznych nie mogą ograniczać się wyłącznie do dostarczania usług edukacyjnych, pomocy w chorobie czy transportu do pracy.

Jego zadaniem jest również kontrolowanie naturalnych zasobów oraz rozsądne pozyskiwanie dochodów z tytułu ich „sprzedaży”. Takimi zasobami są woda, powietrze (zarówno w wymiarze jego „przydatności” do oddychania, jak też przestrzeni rozchodzenia się fal radiowych i telekomunikacyjnych), ziemia (znów – i w sensie powierzchni, i w sensie złóż w niej ukrytych), flora oraz fauna. Jeśli chcemy zapewnić, aby zarówno obecni, jak i przyszli obywatele mieli do nich dostęp, państwo musi zadbać o ich zrównoważoną konsumpcję. Tym bardziej że część zasobów jest bardzo trudna do odtworzenia.

Globalnie pojawia się coraz więcej przykładów polityki mającej na celu szeroko rozumianą rewitalizację przestrzeni i natury; tak jest choćby w południowokoreańskim Seulu, gdzie po dekadach w miejscu dróg odtwarza się płynące tamtędy wcześniej rzeki. W Polsce jawi się to wciąż jako coś absolutnie niemożliwego.

Woda, gleba, drzewa. Czy państwo prowadzi spójną politykę zarządzania zasobami?

Przypadek Seulu jest znaczący również z innego powodu – poszczególne zasoby lubią wchodzić ze sobą w różnego rodzaju „interakcje”. Jakość powietrza może zależeć od powierzchni lasów, liczebność roślin i zwierząt od dostępności wody, jakość wody od żyjących w niej organizmów etc. Jeśli wzięlibyśmy wspomnianych pięć zasobów, moglibyśmy wyrysować kilkadziesiąt różnych interakcji i sprzężeń zwrotnych. 

Polityka państwa wobec tych wspólnych bogactw niejako z definicji musi mieć charakter kompleksowy i holistyczny. Nadmierna koncentracja na ochronie czy odtwarzaniu jednego zasobu może bowiem negatywnie wpływać na inne. Dla przykładu, utrzymywanie mocno zagęszczonych lasów, intensywnie produkujących drewno, może doprowadzić do zmniejszenia odpływu wody z leśnych zlewni.

Z drugiej strony nadmierna wycinka kończy się erozją gleby i zmniejszeniem możliwości pochłaniania wody, czego dowodem jest ostatnia powódź w dorzeczu Odry z września 2024 roku. Choć usunięcie drzew z masywu Śnieżnika samo z siebie nie wywołało kataklizmu, to jednak mogło przyczynić się do podniesienia fali kulminacyjnej o kilkanaście procent oraz do skrócenia czasu, w jakim woda dotarła do miejscowości w Kotlinie Kłodzkiej. A to miało już bezpośrednie przełożenie zarówno na skalę zniszczeń, jak i proces ewakuacji ludności.

Musimy zadać fundamentalne pytanie – czy polskie państwo prowadzi spójną, kompleksową politykę wobec wspólnych zasobów? Odpowiedź raczej nie zaskakuje.

Mamy kilkanaście różnego rodzaju instytucji – część ma charakter publiczny, inne są stowarzyszeniami; część działa na podstawie odrębnej ustawy lub podlega rządowi, a inne nie. Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, Generalna Dyrekcja Ochrony Środowiska, Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, Państwowa Inspekcja Weterynaryjna, Państwowa Inspekcja Ochrony Roślin i Nasiennictwa, Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe, Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, Polski Związek Łowiecki, Polski Związek Wędkarski, Krajowy Zasób Nieruchomości, Główny Urząd Geodezji i Kartografii, Główna Komisja Urbanistyczno-Architektoniczna, Urząd Komunikacji Elektronicznej, wreszcie jednostki samorządu terytorialnego w postaci przede wszystkim gmin. 

Instytucji mamy wiele, ale trudno doszukać się koordynacji ich działań. Nawet te formalnie podległe Ministerstwu Klimatu i Środowiska niekoniecznie grają do jednej bramki, nie mówiąc już o tych podmiotach, które podlegają innym resortom lub które cieszą się autonomią.

Kompleksowa analiza kompetencji wszystkich podmiotów wykracza nie tylko poza ramy niniejszego tekstu, ale może i solidnej habilitacji. Dlatego chciałbym skupić się na jednej, wyjątkowej instytucji, której działania (i ich skutki) obejmują praktycznie wszystkie rodzaje zasobów i dobrze pokazują, w jaki sposób  państwo nimi zarządza. Mowa tu o Lasach Państwowych (LP). Dodatkowym powodem, dla którego warto przyjrzeć się im bliżej, są trwające obecnie w resorcie środowiska prace nad nowym „Narodowym Programem Leśnym” (nota bene rozpoczęły się one w 2012 r. i zostały przerwane po dojściu PiS do władzy). 

Leśnicy – niezbyt liczna, ale wpływowa grupa

Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe działa na podstawie ustawy z 28 sierpnia 1991 r., która w artykule 4. definiuje ich zadanie w następujący sposób: „prowadzą gospodarkę leśną, gospodarują gruntami i innymi nieruchomościami oraz ruchomościami związanymi z gospodarką leśną, a także prowadzą ewidencję majątku Skarbu Państwa oraz ustalają jego wartość”. 

Czym jest owa gospodarka leśna? Artykuł 6. ustawy opisuje ją jako działalność w zakresie „urządzania, ochrony i zagospodarowania lasu; utrzymania i powiększania zasobów i upraw leśnych; gospodarowania zwierzyną; pozyskiwania – z wyjątkiem skupu – drewna, żywicy, choinek, karpiny, kory, igliwia, zwierzyny oraz płodów runa leśnego, a także sprzedaży tych produktów oraz realizacji pozaprodukcyjnych funkcji lasu”. Przytoczona definicja zdaje się jasno wskazywać, że podstawowa logika działania Lasów Państwowych ma charakter stricte ekonomiczny.

Prowadząc wywiady na potrzeby niniejszego tekstu, szybko słyszałem jedno zdanie: „Lasy muszą się utrzymać”. W domyśle – utrzymać się muszą leśnicy, których w Polsce jest ok. 26 tys. (warto dodać, że w przeliczeniu na powierzchnię lasów mamy dwukrotnie więcej leśników niż średnia unijna). To grupa może niezbyt liczna, ale wpływowa, zważywszy na znaczenie gospodarki leśnej w niektórych regionach kraju. Wystarczy powiedzieć, że w 2024 r. przychody z tytułu sprzedaży drewna wyniosły ponad 11 mld zł. W całym sektorze leśno-drzewnym, związanym z wyrębem, sprzedażą i obróbką, zatrudnionych jest kilkaset tysięcy osób. Dla nich możliwość korzystania z dobrodziejstw lasu to kwestia życia i śmierci.

Ta konstatacja ma bardzo praktyczne konsekwencje. Zwłaszcza jeśli dodamy, że w przeciwieństwie do instytucji odpowiadających za lasy w innych państwach europejskich (które od lat dywersyfikują swoje dochody, choćby poprzez wprowadzanie opłat za korzystanie z dróg czy parkingów leśnych albo dzierżawę powierzchni pod instalacje wiatrowe), Lasy Państwowe czerpią pieniądze niemal wyłącznie ze sprzedaży drewna. W efekcie filozofia myślenia i działania polskich leśników kręci się wokół niego do tego stopnia, że dzika zwierzyna postrzegana jest często jako zagrożenie i koszt.

Myśliwi i leśnicy. Czyim sprzymierzeńcem jest dzik

Jeśli wierzyć szacunkom, roczne koszty grodzenia młodników oscylują wokół 200 mln zł. Do tego dochodzą konflikty oraz splątanie interesów leśników i myśliwych (ich grupa stanowi nie więcej niż 30 proc. pracowników LP). Pierwsi z sympatią patrzą na rosnącą populację wilka, która przekłada się na zmniejszenie liczebności innych zwierząt niszczących młode drzewa. Z kolei myśliwi w sporej części nie są z tego zadowoleni i oczekują zniesienia ochrony wilka.

Znalezienie złotego rozwiązania w sprawie odstrzału wilków nie jest proste. Podobnie zresztą jak w przypadku odstrzału dzika. Dla leśników dzik jest raczej sprzymierzeńcem, bo ryjąc glebę w lesie, zjada mnóstwo larw owadów, które żywią się igłami czy liśćmi drzew. W tej sytuacji nalegający na odstrzał myśliwi sięgnęli po niezawodny argument w postaci tzw. odstrzału sanitarnego; wystarczyło tylko przekonać decydentów, że to dziki roznoszą afrykański pomór świń (ASF). W efekcie od 2020 r. odstrzelono ponad milion dzików (niektóre szacunki mówią nawet o 1,5 mln sztuk), zmniejszając populację tego gatunku o ponad 50 proc. Co ciekawe, ASF stwierdzono u mniej niż... 1 proc. zastrzelonych zwierząt.

Gwoli sprawiedliwości warto jednak dodać, że argument sanitarny pojawia się też w repertuarze samych Lasów Państwowych, który doskonale sprawdza się w przypadku uzasadnienia masowej wycinki drzew. Wystarczy wykazać, że drzewa chorują, żeby móc w określonych obszarach ciąć je bez limitu powierzchniowego, który normalnie wynosi 6 ha, i to nawet jeśli biolodzy kwestionują zasadność zrębów sanitarnych.

Nie jest tak, że leśnikom zależy wyłącznie na wycince jak największej liczby drzew (w 2024 r. wprowadzono nawet pewne restrykcje dotyczące tzw. lasów cennych), bardziej kluczowa jest kwestia ceny drewna. Analiza ekonomiczna rynku okazuje się jednak dość karkołomna, bo LP mają pełną autonomię w zakresie polityki cenowej. W praktyce stosują podwójny system – oficjalną cenę dla zwykłych odbiorców i preferencyjną dla wybranych podmiotów, które później mogą z drewnem zrobić, co chcą. Nawet wyeksportować, bo choć oficjalna cena jest porównywalna do tej, jaką można spotkać w innych krajach UE, to w przypadku preferencyjnego obiegu eksport może się już opłacać. Tym bardziej że koszt pozyskania drewna w Polsce jest czterokrotnie mniejszy niż choćby w Niemczech. 

W Lasach Państwowych skończyło się płacowe eldorado

Ceny drewna w ostatnim czasie spadły m.in. z uwagi na słabnięcie monopolistycznej pozycji LP – już prawie jedna czwarta lasów znajduje się poza ich zarządem. W tej grupie są parki narodowe i rezerwaty, ale przede wszystkim lasy prywatne, których udział stanowi dziś 19 proc. i wzrósł w ciągu ostatnich 20 lat o jedną piątą. Mamy również takie regiony, jak choćby Małopolska, gdzie prywatne lasy stanowią niemal połowę, co zresztą doskonale widać, gdy jedziemy z Krakowa na południe – kolejne mijane wsie żyją z lokalnych tartaków. 

Warto dodać, że choć prywatne lasy podlegają nadzorowi ze strony starostów powiatowych, a ich właściciele mają m.in. obowiązek sporządzania 10-letniego uproszczonego planu urządzenia lasu i muszą przestrzegać ograniczeń w pozyskiwaniu drewna – to z respektowaniem tych przepisów bywa różnie. Jak wskazała Najwyższa Izba Kontroli w raporcie z 2021 r., zaledwie jedna trzecia starostw posiadała pełną dokumentację dla nadzorowanych lasów, a w połowie przypadków kontrola była fikcyjna – nawet w przypadku stwierdzenia naruszeń lub uchybień nie wszczynano postępowania.

Problem braku realnego nadzoru nad lasami prywatnymi ma skutki nie tylko ekonomiczne czy biologiczne – wpływa także negatywnie na bezpieczeństwo, ponieważ służby ochrony przeciwpożarowej nie dysponują kompleksową, aktualną wiedzą na temat specyfiki lasów prywatnych. 

Pisząc o spadku cen za drewno, trzeba podkreślić, że nie przełożył się on na obniżenie wynagrodzeń samych leśników – w przeciwieństwie do nakładów przeznaczanych na ochronę lasów, co wykazała choćby NIK w raporcie z czerwca 2025 r. Z drugiej strony warto jednak zauważyć, że mityczne kiedyś zarobki leśników z roku na rok stają się coraz mniej atrakcyjne. Jeszcze w 2018 r. przeciętne wynagrodzenie w Lasach Państwowych wynosiło ok. 160 proc. średniej płacy. W 2025 r. było to już tylko 101 proc., co wynikało głównie z bardzo wyraźnego wzrostu płac w gospodarce narodowej i jednoczesnego braku podwyżek w Lasach. 

Co więcej, w ubiegłym roku, pomimo protestów związków zawodowych, przeprowadzono cięcia premii, spowodowane m.in. negatywnymi wnioskami ze wspomnianego raportu NIK o niegospodarności Lasów Państwowych. Sytuacja samych leśników jest jednak lepsza niż innych osób zatrudnionych w branży. Zdecydowanie bardziej pogorszyła się  sytuacja firm realizujących wycinki – wartość prac zleconych przez LP spadła w ostatnim roku o 700 mln zł.

W zarządzaniu wspólnymi zasobami ekonomia wygrywa z ekologią

W celu pozyskiwania drewna niezbędne jest często wybudowanie nowych leśnych dróg. Wiąże się to z koniecznością prowadzenia działań odwadniających, ale na szczęście zrozumiano już negatywne konsekwencje odwadniania lasów, co zresztą będzie stanowiło kolejną barierę dla pozyskiwania większej ilości drewna w przyszłości. Obecnie jesteśmy świadkami rozbudowy w lasach tzw. małej retencji, która ma znaczenie także w przypadku wystąpienia pożarów, a te stanowią coraz większe zagrożenie ze względu na zmiany klimatyczne i zmniejszającą się ilość opadów, zwłaszcza w centralnej i północnej części naszego kraju. 

W Polsce narasta też inny problem: niszczenia lasów przez wichury. Tu jednak znów dochodzimy do konfliktu interesów. LP prowadziły przez lata politykę zagęszczania lasów, co umożliwiło podwojenie zasobów drewna. Niestety, jak pokazała choćby pamiętna wichura z tornadami w sierpniu 2017 r., ofiarą stały się głównie te najbardziej zagęszczone lasy. Tworząc specyficzną nieprzepuszczalną ścianę, są znacznie mniej odporne na uderzenia silnego wiatru. I jako że często stanowią też monokultury, są bardziej podatne na choroby.

Przypadek Lasów Państwowych doskonale pokazuje, że w zakresie zarządzania wspólnymi zasobami ekonomia wygrywa z ekologią. Choć przez lata środowisko leśników próbowało przekonywać, że udaje się z powodzeniem łączyć obydwa cele i mamy do czynienia ze zrównoważonym rozwojem lasów, w świetle najnowszych danych coraz trudniej podtrzymać ten mit.

Zresztą nie jest to wyłącznie przypadek Lasów Państwowych. Wody Polskie, które zgodnie z ustawą mają troszczyć się o dobrą jakość wód płynących, są w praktyce zmuszone do wydawania firmom przemysłowym, w tym spółkom Skarbu Państwa, pozwoleń na niemal nieograniczony zrzut ścieków. Zakwit złotej algi w Odrze w 2022 r., który skutkował masowym śnięciem ryb, został wywołany przez zrzut wysoko zasolonych wód kopalnianych z zakładów należących do KGHM i Jastrzębskiej Spółki Węglowej.

Do dziś zresztą w tej materii nic się nie zmieniło. Jedyne, co pozostaje Wodom Polskim, to powstrzymywanie zakwitu alg poprzez wpuszczanie do rzek perhydrolu w okresie letnim, co dzieje się już choćby w Kłodnicy, dopływie Odry. To jednak tylko przyczynek do zupełnie odrębnej opowieści.

Możliwe, że akurat w przypadku lasów coś się zmieni wraz z przyjęciem Narodowego Programu Leśnego. Wstępne prace legislacyjne nad projektem rozpoczęły się w Ministerstwie Klimatu i Środowiska w październiku 2025 r. Zapewne już niedługo przekonamy się, czy nastąpi zmiana paradygmatu w podejściu polskiego państwa do lasów, czy nadal ekonomia będzie wygrywać z ekologią.

W długim okresie ignorowanie perspektywy środowiskowej może nieść ze sobą bardzo negatywne skutki ekonomiczne. Jeśli nie zmienimy naszego podejścia, to i cnotę (tzn. naturę) stracimy, i rubelka nie zarobimy.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Czy drzewa muszą zarabiać