Założenia były ambitne. Druga połowa lat 30. XX w. to dla Wojska Polskiego miał być czas prężnej modernizacji. Opracowany na lata 1937-42 plan (znany jako plan sześcioletni; jego szczegóły regulowały uchwały Komitetu ds. Uzbrojenia i Sprzętu) zakładał rozwój armii, która miała być wyposażana w nowocześniejszą broń i sprzęt.
Szybko okazało się jednak, że z braku środków plan ten trzeba rozciągnąć w czasie. Trwałby zapewne do 1944 r., być może dłużej – gdyby jego realizacji nie przerwała II wojna światowa.
Wyzwania dla polskiej armii sprzed 90 lat
Siła nowoczesnej armii – każdej armii – wiąże się z możliwościami państwa. Najpierw z potencjałem ludnościowym: determinuje on, ilu żołnierzy można mobilizować. Znaczenie ma nie tylko liczba, ale też wykształcenie. O ile do piechoty można kierować każdego zdrowego rekruta, to działonowy (dowódca obsługi armaty) musi dokonać matematycznych obliczeń: wyliczyć odległość do celu, różnice wysokości, przełożyć je na nastawy działa itd. Dalej jest ekonomia: ile jest fabryk i hut, które mogą produkować broń i amunicję, wytapiać stal i aluminium, produkować paliwa i smary.
90 lat temu to było pierwsze z wielu wyzwań. Tym trudniejsze, że tamta Polska zaczynała jako kraj uboższy od sąsiadów, zniszczony przez I wojnę światową.
Choć dziś zagadnienie modernizacji wojska przed 1939 r. kojarzy się głównie z motoryzacją – a ta z kolei ze zmotoryzowaną 10. Brygadą Kawalerii i jej skutecznością w 1939 r. – to ideą była rozbudowa armii na wielu polach. Nie chodziło tylko o jednostki motorowe, ale też o modernizację artylerii czy sprawy często mniej doceniane, jak radiostacje i samochody ciężarowe.
Plan zmotoryzowania piechoty pozostał na papierze
Zaczynając od artylerii: w 1936 r. zaplanowano zwiększenie liczby haubic, wzmocnienie artylerii ciężkiej, rozrost i motoryzację oddziałów rozpoznania artylerii, a także dalsze prace nad nowymi modelami armat i moździerzy.
Planowano rozbudowę broni pancernej o czołgi lekkie (te miały zastąpić wysłużone tankietki) i średnie. Zaplanowano też – i częściowo zrealizowano (o czym za chwilę) – nowoczesną obronę przeciwpancerną i przeciwlotniczą. Dalsze – niezrealizowane – kroki w piechocie to karabiny samopowtarzalne dla strzelców wyborowych i poprawa łączności, najpierw w kompaniach ciężkich karabinów maszynowych.
A jak mogłoby być, gdyby po motoryzacji artylerii udało się przejść także do etapu przezbrajania „zwykłych” pułków piechoty? W 1939 r. sporządzono zestawienie stanów liczebnych dla planowanego pułku „zwykłego” i zmotoryzowanego. Zmodernizowany pułk piechoty miałby mieć 50 aut (w 1939 r. miał ich zwykle tylko kilka), 31 motocykli oraz 9 tankietek transportowych. Z kolei hipotetyczny pułk zmotoryzowanej piechoty miałby ponad setkę aut i kompanię motocyklistów.
Te plany – tyleż ambitne co istotne, gdyż pułk piechoty był wtedy podstawową jednostką organizacyjną w piechocie – pozostały jednak na papierze.
Wyspy modernizacji: obrona przeciwlotnicza i armaty przeciwpancerne
Udało się za to zmodernizować kilka innych obszarów.
Najpierw: artyleria przeciwlotnicza. Wyposażona w nowoczesne armaty 40 mm, produkowane na licencji szwedzkiej firmy Bofors, korzystała ona z ciągników i samochodów przewożących broń i obsługę. Budowano też nowe większe armaty kalibru 75 mm i planowano – tego do wojny nie udało się zrealizować – wyposażyć obronę przeciwlotniczą w 20-milimetrowe najcięższe karabiny maszynowe. W dalszej kolejności otrzymać miały je także pułki piechoty.
O ile przeciwlotnicy otrzymali nowoczesne auta i ciągniki, to armaty przeciwpancerne – także produkowane w Polsce na licencji Boforsa i, jak się okazało w 1939 r., bardzo skuteczne – pozostały przy ciągu konnym. Nie ukończono też – planowanego na okres do wiosny 1939 r. – wyposażenia każdego z czynnych pułków piechoty w 12 armat przeciwpancernych. Większość pułków wyruszyła na wojnę z dziewięcioma takimi armatami, a pułki rezerwowe i Korpusu Ochrony Pogranicza miały ich jeszcze mniej.
„Koktajle Mołotowa”: przed Finami byli Polacy
Niższy poziom systemu obrony przed czołgami miały stanowić karabiny przeciwpancerne wzór 35 w plutonach piechoty i szwadronach jazdy. Wbrew powszechnej opinii, która głosi, że ich utajnienie uniemożliwiło przeszkolenie żołnierzy, strzelców wyborowych zapoznano z tą bronią latem 1939 r., wydano też instrukcję jej użycia.
Przygotowywano się również do zwalczania czołgów wiązkami granatów i butelkami z benzyną. Pod tym ostatnim względem Polska uprzedziła słynne fińskie „koktajle Mołotowa”: niemieckie czołgi zapłonęły od nich już 1 września.
Nie zdążono za to zrealizować planu wprowadzenia nowych cięższych armat przeciwpancernych kalibru 47 mm. Oddziały przeciwpancerne nie miały też łączności radiowej, pozwalającej interweniować czy wysłać odwód (gdyby nawet było z czego go utworzyć) w miejsce ataku wrogich czołgów.
Jak było potem, wiemy: atakujące niemieckie czołgi stosowały taktykę polegającą na tym, że w jednym miejscu koncentrował się wysiłek kilkudziesięciu pojazdów, co dawało przewagę nad obrońcami. A gdy zaczynał się odwrót i działania manewrowe, ciągnięte przez konie armaty ustępowały szybkością niemieckim zagonom pancernym.
Jak ulżyć żołnierzowi, który dźwiga 30 kilo
Lata 30. to też czas testów nowego sprzętu, który miał służyć szeregowym żołnierzom. Obok takich nowości jak pistolet maszynowy Mors wzór 39 czy samopowtarzalny karabin wzór 38, testowano nowe wyposażenie indywidualne (dziś mówi się na to: szpej).
Były to np. ubiory maskujące, a zwłaszcza szelki podtrzymujące oporządzenie. Miały one odciążyć żołnierza, który dźwigał do 30 kilo ekwipunku (podobne rozwiązania stosowała armia niemiecka, a wcześniej austro-węgierska), bagnety z powłoką antykorozyjną, wprowadzano też lunety do karabinów dla strzelców wyborowych. Ćwiczono na dużą skalę działania oddziałów narciarskich, przewidzianych do operowania zimą na nizinach i w górach (podobne prowadziła armia fińska).
Te rozwiązania poprawiały (lub poprawiłyby) ekwipunek i uzbrojenie pojedynczego żołnierza – ale nie mogły wpłynąć na wynik kampanii.
Samochody, kierowcy i polskie drogi
„Gdy wchodziliśmy do pierwszych zabudowań, na niebie ukazywał się już świt. W coraz mocniej jaśniejących plamach brzasku porannego odróżnialiśmy domy, drzewa, opłotki, a później... działa, jaszcze, ciągniki, samochody – najpierw pojedyncze – potem grupy, całe parki. Przecieraliśmy oczy, by się upewnić, czy to nie złudzenie, tak nieprawdopodobnie zdobycz ta wyglądała” – tak gen. Bronisław Prugar-Ketling wspominał poranek 16 września we wsi Mużyłowice, gdy jego żołnierze z 11. Dywizji Piechoty zdobyli niemiecki sprzęt (był to epizod boju, w którym rozproszono batalion z pułku SS „Germania”).
Ale, dodawał później generał, zabrali z sobą tylko kilkanaście samochodów terenowych; większość bogatego łupu trzeba było, z braku wyszkolonych obsług i kierowców, spalić.
Czytelnika z roku 2025 r., gdy posiadanie prawa jazdy jest powszechne, może to zaskoczyć. Ale w ubogim kraju, jakim była – w porównaniu z sąsiadami – II Rzeczpospolita, umiejętność prowadzenia samochodu stanowiła rzadkość. Aut było na drogach wielokrotnie mniej niż w Niemczech, mniej było więc też kierowców, mechaników, utwardzonych dróg i stacji paliw. Niższa ogólnie była kultura techniczna. Wszystkie te czynniki wpływały na możliwości modernizacji armii, gdy w grę wchodził nie tylko zakup sprzętu, ale też wyszkolenie żołnierzy, którzy mieliby go obsługiwać.
Kwatermistrz z trzema samochodami
„W dniu 27 VIII 1939 zameldowałem się u dowódcy 1. Brygady Górskiej (...). Amunicja miała być dostarczana przy linii kolejowej Kraków-Sucha. Wypiek chleba na razie we własnym zakresie. Brygada poza 3 autami ciężarowymi nie miała własnych kolumn amunicyjnych i żywnościowych. Do [tego] czasu pułki Brygady zaopatrywały się we własnym zakresie. Z chwilą wybuchu wojny organizacja zaopatrzenia nie była jeszcze całkowicie zorganizowana” – notował kpt. Antoni Michalik, kwatermistrz (tj. logistyk) z 1. Brygady Górskiej Strzelców.
Pod tym suchym zapisem kryje się fakt, że – mimo starań logistyków – podczas odwrotu żołnierzom zwykle nie uzupełniano żywności i amunicji, bo nie było ich czym dowieźć.
Formowane w pośpiechu latem 1939 r. brygady górskie – jednostki broniące południowej granicy – miały otrzymać zaledwie po kilka aut... Nie zdążono przygotować dla nich zapasów amunicji, mundurów, paliwa, uzupełnień. Ich organizowanie przerwał wybuch wojny, a te braki uczyniły z niektórych jednostek – choć bijących się dzielnie, często dosłownie w obronie rodzinnych domów – oddziały „jednorazowego użytku”.
Budżetowe wydatki wegetatywne w polskim wojsku
Międzywojenna Polska, mając poczucie zagrożenia, wydawała na armię kwoty nieporównywalne z tymi przeznaczanymi obecnie: wydatki sięgały nawet jednej trzeciej budżetu państwa. Ale większość z tych kwot to nie środki na zakupy sprzętu, lecz tzw. koszty wegetatywne, jak wykarmienie ludzi i koni czy ogrzanie koszar.
Nowy sprzęt też kosztuje, lecz w perspektywie wieloletniej i do tych kwot trzeba doliczyć środki na eksploatację. Szacuje się, że sam zakup nowego sprzętu (pojazdów czy samolotów) to tylko część (czasem mniejsza) kosztów jego użytkowania. Jak zwykły użytkownik auta musi co jakiś czas wymienić filtry czy hamulce, tak napraw wymaga wojskowa ciężarówka i czołg.

Znane jest też zestawienie kosztów utrzymania oddziału konnego, przewyższające wydatki na podobną jednostkę zmotoryzowaną (sic!). Jednak sformowanie tej ostatniej wymagało – prócz zakupu sprzętu, wyszkolenia kierowców i mechaników (optymalnie też rezerwistów) – również budowy zaplecza dla żołnierzy, garaży itd. Szkolenie i budowa zaplecza – to także koszty modernizacji armii.
Dlaczego niemieckie wojsko mogło więcej i celniej
Różnicę widać, gdy zestawimy Wojsko Polskie z wrogiem.
Wehrmacht kojarzy się z wojskami szybkimi, pancernymi; jednocześnie często powtarza się, że niemieckie dywizje piechoty opierały się na taborze konnym. Istotnie, dywizje pierwszej fali mobilizacyjnej (do tej grupy zaliczała się większość sił rzuconych przeciw Polsce) miały prawie 5 tys. koni każda. Ale obok koni miały też park maszynowy. Na samochodach Niemcy oparli „kręgosłup” wojska: łączność i logistykę, kompanie sanitarne, szpitale polowe; w pełni zmotoryzowane były też dywizyjne bataliony przeciwpancerne.
Co z tego wynika? Nawet jeśli dywizje polska i niemiecka miały na papierze tyle samo luf, to niemiecki dowódca miał więcej informacji (mówiąc współczesnym językiem: miał lepszą świadomość sytuacyjną) dzięki oddziałom rozpoznawczym wyposażonym w radia i wsparciu lotniczemu. Mógł skuteczniej dysponować swoimi siłami. A gdy do walki doszło, artyleria była w stanie wystrzelić więcej pocisków (bo szybciej je uzupełniano) i celniej, bo ostrzał korygowali obserwatorzy, wyposażeni w radia lub telefony polowe (tych naszej armii bardzo brakowało).
Elastyczna taktyka Wehrmachtu
Różniła się też taktyka. Działając elastycznie, Niemcy skutecznie wykorzystywali środki, które posiadali, np. tworząc mobilne oddziały pościgowe. Złożone z żołnierzy oddziałów rozpoznawczych (motocyklistów, kawalerzystów, kolarzy), ciągników z armatami przeciwpancernymi (używanymi do wsparcia w pierwszej linii) i działkami przeciwlotniczymi (zabójczymi też dla piechoty), saperów i żołnierzy piechoty przesadzonych na ciężarówki, a także baterii artylerii z ciągnikami – stale naciskali na cofające się polskie siły.
Gdy grupy pościgowe wysforowały się naprzód, ich dowódcy mogli skorzystać z radia i meldować np. o wyczerpywaniu się amunicji – dowoziły ją wtedy kolumny ciężarówek. O tym, że mogą wyruszyć bezpiecznie, bez zagrożenia atakiem jakiegoś polskiego zagonu, informowali lotnicy – przypisane do korpusów (a czasem nawet do dywizji) eskadry rozpoznawcze na bieżąco rozpoznawały teren.
Lekcja historii, której lepiej nie powtarzać
To bolesna prawda: w modernizacji swej armii II Rzeczpospolita przegrała z czasem i finansami. Jednak przyznajmy: nawet gdyby plany rozwoju wykonano, nawet gdyby były większe środki i lepsi planiści, Polska lat 30. znalazła się między dwoma totalitaryzmami: III Rzeszą i Związkiem Sowieckim. Każdy z nich dysponował potężniejszą armią, silniejszą gospodarką, większym potencjałem ludnościowym – i niedemokratycznym systemem, który pozwalał dyrygować zasobami.
Mimo wszystko, warto docenić tamten wysiłek – i na ile to możliwe, wyciągnąć z niego dziś wnioski.
Dr KRZYSZTOF PIĘCIAK jest historykiem, pracuje w Oddziale IPN w Krakowie. Autor prac o historii Polski w XX w. i historii wojskowości, w tym o Wojsku Polskim przed 1939 rokiem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















