Wokół nas dokonują się dynamiczne procesy. Pojawiają się nowe wyzwania i nieznane do niedawna zagrożenia. To zarazem okazja, aby wskazać pojawiające się szanse i możliwości działania na arenie europejskiej czy globalnej. Są one, co prawda, domeną polityków, dyplomatów i wojskowych, ale rolą poważnych mediów jest angażowanie dyskusji na tematy poszerzające nasze horyzonty myślenia.
Dlatego postanowiliśmy udostępnić łamy „Tygodnika” ekspertom, którzy podzielili się własnymi obserwacjami na temat polskiej strategii bezpieczeństwa, polityki zagranicznej i możliwych sojuszy. Dziś nadszedł czas na podsumowanie debaty.
Zdeterminowani przez Rosję
Zasadnicza część uwagi poświęcona została zagrożeniu ze strony Rosji, która przed czterema laty napadła na Ukrainę, naszego strategicznego sąsiada i ważnego sojusznika. Oczywiście w tym, że polską strategię bezpieczeństwa definiujemy przez pryzmat polityki Kremla, nie ma nic dziwnego.
Putinowska Rosja stanowi największe zagrożenie dla polskiego państwa: dla jego niepodległości i terytorialnej całości. Nadal żyjemy przecież w traumie podporządkowania po II wojnie światowej Związkowi Sowieckiemu, mimo że od 36 lat jesteśmy już wolni i suwerenni. Widząc, jak Rosja potrafi rozpętać wielką wojnę na kontynencie europejskim, obawiamy się o jutro i szukamy formuły ubezpieczenia naszego państwa na najbliższą i dalszą przyszłość.
Dotychczas centralnym założeniem naszej polityki było wpisanie współczesnej Polski w ramy wielostronnego sojuszu NATO z dominującą rolą Stanów Zjednoczonych oraz uzupełnienie tego kroku wstąpieniem do Unii Europejskiej, co dało naszemu krajowi kolosalne moce rozwojowe, trudne do wyobrażenia w momencie wychodzenia z PRL-u.
Polska wstąpiła do obu tych instytucji na przełomie XX i XXI w., jednak ostatnie lata i miesiące pokazały, że te punkty orientacyjne naszej polityki zagranicznej nie są już tak pewne i trwałe. Przymierze Atlantyckie przeżywa turbulencje w związku z nową falą napięć między Ameryką a Europą. W historii NATO takie napięcia się zdarzały i były zawsze niwelowane, jednak dziś panuje obawa, że różnice zdań między Waszyngtonem a jego europejskimi aliantami nie zostaną zasypane, ale wręcz przyczynią się do rozsadzenia całego Sojuszu.
Unia Europejska również przeżywa kryzys za kryzysem, mierząc się z masową imigracją i konsekwencjami społecznymi oraz politycznymi tego zjawiska, a także próbując znaleźć drogę w obliczu napięć handlowych i ideologicznych z USA. Kiedy dołożymy do tego kolejne znaki zapytania, w tym niepewność odnośnie losów wojny w Ukrainie, przyszłość europejskiego modelu gospodarczego, wyzwania związane z rozwojem nowych technologii czy też polaryzację społeczeństw – widać będzie jak na dłoni, jak trudne czasy są przed Europą.
Zwrot ku Bałtykowi i Skandynawii
W artykułach zaproszonych przez „Tygodnik” ekspertów było kilka punktów wspólnych. Sławomir Dębski, Piotr Oleksy i Damian Szacawa, Olaf Osica oraz Zbigniew Parafianowicz opisywali możliwości, jakie stwarza Polsce rozbudowa więzi sojuszniczych z państwami nordyckimi i bałtyckimi. Dziś wszystkie te kraje należą do Przymierza Atlantyckiego i właściwie identycznie patrzą na zagrożenia dla siebie i swoich sąsiadów.
Wejście do NATO Szwecji i Finlandii domknęło łańcuch sojuszniczy na Bałtyku, pozostawiając Rosji jedynie przyczółek w Królewcu i przy krańcu Zatoki Fińskiej.
Wspólne spojrzenie na Rosję i brak złudzeń co do jej zapędów sprawiają, że Polska naturalnie przechyliła się w stronę Bałtyku i Skandynawii. Zarazem odsunęła się od Europy Środkowej i zamroziła współpracę w ramach Grupy Wyszehradzkiej, marginalizując koncepcję Trójmorza, który to obszar był polem eksperymentów w polityce zagranicznej PiS w latach 2015-2023.
Bałtycko-skandynawski zwrot w naszej polityce może nawet prowadzić do podjęcia przez Polskę i sąsiednie kraje wysiłków na rzecz uzyskania broni nuklearnej jako środka odstraszania Rosji. Dziś taka dyskusja nie jest już tematem tabu, ale – jak ostrzega Sławomir Dębski – podjęcie zdecydowanych działań może sprowokować Rosję do prewencyjnego ataku na Polskę i sąsiadów, zanim zdobędziemy taką broń.
Sama decyzja polityczna o budowie arsenału nuklearnego przez państwa Europy (nie mówimy tu o uzbrojonych od dekad w broń atomową Francji i Wielkiej Brytanii) byłaby kopernikańską rewolucją. Europa ma zasoby finansowe, technologiczne i ludzkie, aby podjąć program zbrojeń jądrowych, ale niewiadomą jest nie tylko reakcja Moskwy, lecz także USA.
Zagadką jest też dynamika polityki europejskiej na wypadek, gdyby broń nuklearną posiadać miały Niemcy. Wyczuwając te wątpliwości, kanclerz Friedrich Merz odżegnywał się ostatnio na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa od pomysłów uzbrojenia w taką broń – przypomnijmy, że zakazuje tego fundamentalny dla kształtu współczesnej RFN i Europy traktat 2+4 o zjednoczeniu Niemiec z 1990 r., który w zastępstwie niezwołanej konferencji pokojowej zakończył II wojnę światową i powojenną kontrolę wielkich mocarstw nad terytorium niemieckim.
Należy odnotować, że tegoroczna monachijska konferencja przyniosła w kwestii nuklearnej w ramach NATO jedną zasadniczą odpowiedź: USA zadeklarowały, że są zainteresowane scedowaniem na Europejczyków odpowiedzialności za bezpieczeństwo konwencjonalne Europy przy zachowaniu parasola nuklearnego Ameryki.
To ważne oświadczenie, które powtarza deklarację szefa Pentagonu Pete’a Hegsetha jeszcze z początku 2025 r. Pozwala Europie na przemyślenie roli parasola nuklearnego, jaki całej europejskiej części NATO i UE może dać Francja (jeśli naprawdę będzie gotowa), przy wsparciu Wielkiej Brytanii (jeśli uzgodni to z Waszyngtonem).
Jak powinniśmy się ustawić wobec Niemiec?
Odwaga w definiowaniu celów, gotowość do walki z Rosją na jej terytorium i do udzielenia pomocy wojskowej sojusznikom (zamiast chowania się za Tarczą Wschód czy przygotowywania się na wojnę partyzancką, jeśli Rosja zaczęłaby nas okupować) – to tezy z tekstu Sławomira Dębskiego. Olaf Osica z kolei stwierdza, że Polska powinna być bardziej niezależna, co nie oznacza wrogości wobec głównych sojuszników: Stanów Zjednoczonych i Niemiec.
Tu przeszkodą w prowadzeniu polityki zagranicznej może być zarówno bezkrytyczna proamerykańskość, jak momentami wręcz patologiczna germanofobia prawicy, a także głęboka polaryzacja społeczeństwa i świata polityki, co sprawia, że nie posiadamy wspólnej diagnozy obecnej sytuacji międzynarodowej.
Piotr Kłodkowski prezentował na naszych łamach ciekawą panoramę azjatyckiej mozaiki dyplomatycznej i tym samym zachęcał, aby Europa, w tym Polska, kreatywnie podchodziła do kwestii sojuszy z państwami tej części świata. Może to wydatnie wzmocnić bezpieczeństwo NATO i UE, które zagrożone są dziś przez oś Pekin–Moskwa.
Idąc za myślą Olafa Osicy, chcę jeszcze zwrócić większą uwagę na wagę relacji Polski z Niemcami. Wsparcie Berlina dla polskiego członkostwa w NATO w latach 90. (wyrażane nawet wcześniej od amerykańskiego) było podyktowane niemiecką potrzebą budowy strefy stabilności wokół nowego, zjednoczonego państwa, którego stolica znalazła się ledwie 70 km od naszej granicy. Niestety, później Niemcy zbyt dużo zainwestowały w rozbudowę więzów gospodarczych i politycznych z Rosją, z pominięciem Europy Środkowej. Te relacje zacieśniły się tak mocno, że koncepcje z lat 90. poszły w zapomnienie.
Dzisiaj Niemcy powinny ponownie przyznać, że bezpieczeństwo Polski jest tożsame z ich bezpieczeństwem. To bezpieczeństwo rozumiane musi być w sensie czysto militarnym, ale i energetycznym, hybrydowym czy cywilnym, np. w kontekście nielegalnej imigracji.
Są dwie drogi wyjścia z impasu w relacjach niemiecko-polskich: z jednej strony Polska potrzebuje pewności, że Niemcy nie wrócą na drogę ścisłej współpracy z Rosją po zakończeniu wojny, a z drugiej, po polskiej stronie, a konkretnie po stronie środowisk prawicowych, czas zakończyć kampanię wrogości wobec Niemiec. Ta wieloletnia, rozkręcona do granic zdrowego rozsądku propaganda w żadnym stopniu nie podnosi statusu Polski, przeciwnie: odbiera nam powagę.
W tej strategii PiS, ani kiedy rządził Polską w latach 2015-2023, ani teraz w opozycji, nie znalazł żadnego zagranicznego sojusznika, nawet na Węgrzech. W okresie rządów partii Kaczyńskiego wiele krajów europejskich obawiało się wręcz rozbudowy kontaktów z Warszawą, jeśli miałoby to zaszkodzić ich relacjom z Berlinem.
Model francusko-brytyjski dla Polski i Niemiec
Zarówno Polska, jak i Niemcy budują silne armie, a rząd niemiecki ma wręcz ambicje, by RFN stała się pierwszą potęgą militarną w Europie. Naturalnie budzi to obawy wśród sąsiadów, także we Francji i w Polsce. Warto jednak przypomnieć, że Polska obawiała się jeszcze do niedawna zbyt słabych Niemiec, niezdolnych do udzielenia pomocy wschodniej flance NATO w razie agresji rosyjskiej.
Te sprzeczności trzeba rozładować jak najszybciej. W mojej opinii, dla Polski i Niemiec idealną formułą byłaby ścisła współpraca wojskowa na wzór Wielkiej Brytanii i Francji, państw, które przez wieki toczyły krwawe wojny, a dzisiaj patrzą bardzo podobnie na wiele zjawisk.
Londyn i Paryż, w uzupełnieniu do wymiaru natowskiego, od lat zacieśniają relacje w sferze militarnej, obejmującej arsenały jądrowe obu państw. Anglo-francuska strategiczna kooperacja opiera się na prostej zasadzie: właściwie wszystkie zagrożenia dla jednego państwa są oceniane jako zagrożenie dla drugiego. Ten wzór powinien zainspirować polskie i niemieckie rządy do budowy podobnej formuły współpracy. Może to otwierać drogę wręcz do stacjonowania wojsk Bundeswehry w Polsce, także po to, by Niemcy bronili polskiego bezpieczeństwa na równi ze swoim.
Przedpolem bezpieczeństwa stolicy Niemiec powinien być Przesmyk Suwalski, a nie granica polsko-niemiecka. Wspólne inwestycje w obronność mogłyby też zrekompensować Polsce poczucie niesprawiedliwości, związanej z II wojną światową i hitlerowską okupacją. We wspólnocie polsko-niemieckiej czas na odważne wizje, a nie propagandę, hejt lub uniki. Uzupełnienie wymiaru bałtycko-nordyckiego w polskiej wizji bezpieczeństwa o ścisły sojusz Polski i Niemiec byłoby istotnym komponentem podnoszącym naszą rangę w NATO i w Europie.
Skonsolidowana Europa nie zagraża Polsce
Kolejną fundamentalną kwestią dla Polski pozostaje ewolucja UE. Przekonanie części środowisk politycznych w Polsce, że Unia zmierza w stronę federacji pod batutą Berlina i Paryża, nie odpowiada rzeczywistości. Nikt na serio nie ma już ochoty na federację europejską. Autentycznym wyzwaniem dla Unii, w tym Polski, jest jednak niedopuszczenie do jej fragmentaryzacji i przemiany w luźny, handlowy obszar średnich i małych krajów.
Taki kształt UE nie powiększy potencjału poszczególnych państw narodowych, jak Polska. W naszym interesie jest podtrzymanie obecnej formuły Unii Europejskiej, przy jednoczesnym wspieraniu konsolidacji europejskiej. Zwłaszcza tam, gdzie leży nasz żywotny interes, czyli w sferze bezpieczeństwa, współpracy obronnej, produkcji przemysłowej na rzecz wojska etc.
Europa bardziej skonsolidowana militarnie jest dobrą rzeczą dla Polski. W sensie czysto doraźnym ma ona większe możliwości działania w ramach pomocy dla broniącej się przed Rosją Ukrainy, a przecież utrzymanie silnego, dużego i sprawnego państwa ukraińskiego jest kolejnym żywotnym interesem Polski.
Fragmentaryzacja UE jest niestety realną perspektywą, nie tylko ze względu na możliwe napięcia między krajami członkowskimi a Brukselą, między państwami Unii, czy też ze względu na konflikty społeczne i polityczne w samych państwach europejskich. Wyzwaniem dla Polski będzie również sytuacja, w której administracja amerykańska otwarcie zacznie wspierać procesy dezintegracyjne w UE.
Taka polityka doprowadzić może do rozpadu nie tylko samej Unii, ale także NATO – dlatego każdy polski rząd i prezydent powinni tłumaczyć Amerykanom, czym może grozić otwarta wrogość Waszyngtonu do Brukseli. Przedsmak możliwego kryzysu „atlantyckiego” przyniosła sprawa Grenlandii.
Niezwykle trudnym wyzwaniem dla Polski jest oczywiście Rosja. Musimy nie tylko przygotować się na ewentualną agresję ze strony Kremla, ale mieć także pomysł, albo wiele pomysłów, na czas niewojenny. Co będzie, jeśli Waszyngton odbuduje relacje z Moskwą? A co, jeśli wznowi je część państw europejskich, Niemcy zaś zaczną mówić o odtworzeniu Nord Stream? Czy i jak my sami będziemy odmrażać relacje z państwem rosyjskim? Jakie postawimy sobie czerwone linie, ale i cele w przyszłych dwustronnych relacjach?
Czy uda się jeszcze uratować Trójkąt Wyszehradzki?
Konsekwencją bałtycko-nordyckiego zwrotu w polskiej polityce jest odwrócenie się od Europy Środkowej. Zrozumiała jest irytacja Polski, Ukrainy czy krajów bałtyckich, związana z prokremlowskimi wypowiedziami premiera Węgier Viktora Orbána, a także premiera Słowacji Roberta Ficy. Tyle że sprowadzenie relacji z Europą Środkową do wymiaru wyłącznie „prorosyjskiego” lub „antyrosyjskiego” nie powinno długodystansowo odcinać Polski od środkowoeuropejskiego obszaru.
Od Austrii po Rumunię, przez Grupę Wyszehradzką, nawet sięgając do Słowenii, Chorwacji czy Włoch, Polska powinna być wszędzie tam obecna. Nie w kontrze do UE czy Niemiec, jak próbowano kształtować projekt Trójmorza w czasach PiS, ale po prostu dla konsolidacji europejskiej.
W stosunkach z Europą Środkową powinna obowiązywać zasada: dłużej klasztora niż przeora. Nawiasem mówiąc, banalizacja dyskusji o polskiej polityce zagranicznej przejawia się m.in. w takich wypowiedziach polityków, w których podnoszone jest oczekiwanie, że inne państwa będą w stu procentach identyfikować się z dążeniami i interesami Polski.
Podobna retoryka zawęża pole działania kraju na międzynarodowej scenie, a dodatkowo dewastuje dyskusję publiczną o istotnych sprawach. To, że sąsiedzi Polski – jak Słowacja czy Czechy – patrzą na pewne kwestie inaczej, nie jest żadną katastrofą. To normalność.
Nasze losy decydują się na jeszcze jednym polu: nowych technologii. One również zmieniają sposób patrzenia na polskie bezpieczeństwo, ale jak przebiega i może przebiec taka zmiana, to już temat na inną dyskusję. Inwestycje w obronność nie mogą jednak pomijać tej sfery. Inaczej nikt z nami nie będzie się liczył.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















