Jazz, blues, bossa nova. Na scenie kilku czarnych muzyków. Jest saksofon, trąbka, gitara basowa i elektryczna, perkusja. Wokalistka śpiewa jazzowe standardy. W ostatnią sobotę czerwca w parku w Niepołomicach wystąpili uczniowie i absolwenci African Music School z Republiki Środkowoafrykańskiej – pierwszej szkoły muzycznej w tym kraju.
To część ich trasy koncertowej w Polsce. Artyści z Afryki grali i śpiewali także w Krakowie, Rzeszowie, Warszawie, Oleśnicy, Niebylcu, Prudniku, Kępnie, Łodzi.
Szkołę w miasteczku Bouar założył polski misjonarz. Nauczycielami są muzycy z Polski.
W ciągu dziewięciu lat nauczycielami w African Music School było 30 polskich muzyków
Gitarzysta Krzysztof Gumienny był tam dwa lata. – Bardzo zmieniło to moje życie – mówi. W czasie pobytu poznał swoją żonę: Veronika, Czeszka, w tym samym czasie pracowała nad wprowadzaniem w środkowoafrykańskich szkołach nauki w lokalnym języku sango, obok dotychczasowego francuskiego. Gumienny też musiał nauczyć się sango. Wszystkiego nie opanował, ale potrafił porozumieć się z uczniami. – Na szczęście nie uczyłem filozofii, tylko muzyki – opowiada. – A muzyka jest ponad językami.
Gdy tam pojechał, szkoła zaczynała działalność, nie było jeszcze innych nauczycieli. – Uczyłem ich grać na gitarze i innych instrumentach, miałem nawet zajęcia z wokalu – wspomina.
Z czasem do African Music School zaczęło przyjeżdżać więcej muzyków. Przez dziewięć lat przez szkołę przewinęło się trzydziestu wolontariuszy z Polski. Byli tam m.in. chórmistrzyni Anna Mara, raperzy Label 2115 i Jakub Patecki.
Rok temu pianistka Agata Szlufik wracała pociągiem ze szlaku górskiego w Beskidach i nie wiedziała, co dalej ze sobą zrobić. Wpadła na pomysł, że wyjedzie na misje – byli tam już wcześniej jej znajomi. W Bouar spędziła ostatnie pół roku. Uczyła głównie czytania nut i gry na pianinie. – Było to ciekawe doświadczenie, bo szkoła stawia przede wszystkim na muzykę jazzową, opartą na improwizacji, a ja z wykształcenia jestem pianistką klasyczną, co nie jest zbyt popularne w tamtym kraju – śmieje się.
Nie tylko uczyła muzyki. W wolnych chwilach pomagała przy budowie: – Chłopcy przekopali własnymi rękami kilka ton laterytu, pomagałam im między zajęciami.
Jednego z uczniów uczyła polskiego.
Chciałaby tam wrócić.
Zadaniem szkoły było odciągnąć dzieci od przemocy. Osiągnięto dużo więcej
Kilkanaście lat wcześniej: na misję do Republiki Środkowoafrykańskiej wyjeżdża polski kapucyn Benedykt Pączka. W mieście Bouar na zachodzie kraju Bracia Mniejsi Kapucyni z prowincji krakowskiej mają swoją placówkę. – Zawsze chciałem pracować z biednymi – mówi Pączka. – To moje powołanie.
Bouar: czterdzieści tysięcy mieszkańców, po ulicach często chodzą rebelianci z karabinami, czasem słychać strzały. W klasztorze kapucynów nieraz szukali schronienia uchodźcy z okolicznych wiosek, którzy uciekli do miasta przed przemocą.
Widać to na filmiku sprzed kilku lat: kobieta kuli się w rowie wykopanym w czerwonej laterytowej ziemi. Dwoje maleńkich dzieci tuli do siebie, obok siedzi dwoje starszych. Słychać strzały. – Wszyscy czuliśmy się zagrożeni – opowiada o tamtym zdarzeniu brat Pączka (misjonarze też kryli się w rowach, pod ławkami).
Pączka: rocznik 1977, z Podkarpacia. W podstawówce uczył się gry na akordeonie, w liceum chodził na gitarę do szkoły muzycznej pierwszego stopnia. Już w zakonnym seminarium w Krakowie brał lekcje śpiewu u Alicji Sławeckiej i wokalisty jazzowego Marka Bałaty.
Do Afryki zabiera gitarę, akordeon i trąbkę. Gdy jeździł na praktyki misyjne, przekonał się, że afrykańskie dzieci i młodzież są utalentowani muzycznie, mają poczucie rytmu. Jednocześnie widział biedę, bezrobocie, nudę. – Chłopcy siedzą godzinami bez celu, czasem pokopią piłkę, częściej biorą do ręki broń – opowiada.
Do zbrojnych oddziałów zaciągają ich różne strony konfliktu – w tym rejonie Afryki ciągle ktoś z kimś walczy.
Pączka chce założyć dla nich szkołę muzyczną. Wierzy, że odciągnie to młodych od przemocy. Wymyśla hasło: „Instrumenty zamiast broni”. O tym, że otwiera szkołę, informuje mieszkańców przez lokalną rozgłośnię. Jest trzystu chętnych. Trzeba było zrobić egzaminy.
– Kiedyś do szkoły przyszedł chłopiec, który własnoręcznie zbudował sobie gitarę – Agata Szlufik powtarza znaną tam opowieść. – I na tej gitarze zagrał egzamin wstępny.
African Music School to nie tylko miejsce nauki. Także schronienie przed rebeliantami i bandytami.
„Od 18 do 25 lat więzienia dla przywódców rebeliantów oskarżonych o zbrodnie wojenne” – pod koniec czerwca donosi „Le Monde”. Chodziło o wydarzenia sprzed pięciu lat: w konfliktach etnicznych na północy kraju zginęło wtedy prawie sto osób, kilkadziesiąt zostało rannych, zniszczono kilkaset domów. Sześciu rebelianckich dowódców skazano za zbrodnie wojenne.
Niepodległa od 1960 roku Republika Środkowoafrykańska to była francuska kolonia. Sam środek Afryki, powierzchnia dwa razy większa od Polski, pięć milionów ludzi. Jeden z najbardziej niespokojnych regionów. Przez kilkanaście lat rządził tam Jean-Bédel Bokassa: jeden z najbardziej krwawych (posądzano go o kanibalizm) i ekstrawaganckich dyktatorów (mianował się cesarzem). Kolejne lata to przewroty, sfałszowane wybory, utrzymywane przez armię dyktatury, konflikty etniczne i międzyreligijne.
Po sąsiedzku Czad, Sudan, Sudan Południowy, Demokratyczna Republika Konga – gdzie też niespokojnie, a tamtejsi rebelianci podsycają wzajemne waśnie, porywają ludzi, rabują wioski. Ostatnio w to wszystko wmieszali się najemnicy z rosyjskiej Grupy Wagnera.
Gdy brat Pączka przyjechał na misje, w Republice Środkowoafrykańskiej obalono prezydenta i wybuchła kolejna wojna domowa. Żeby uspokoić sytuację, ściągnięto międzynarodowe siły pokojowe. Ale rebelia trwa do dziś.
– Przeżyliśmy napad – opowiada misjonarz. – Ukradli nam samochody, pieniądze, żywność. I mocno nastraszyli – dodaje. Filmik z kobietą chowającą się w rowie z dziećmi w czasie strzelaniny pochodzi z tamtego zdarzenia. Misję zaatakowali wówczas rebelianci z Czadu, którzy wycofywali się do swojego kraju.
Krzysztof Gumienny też pamięta walki w mieście. Prowadził akurat zajęcia w swoim domu, gdy rozległy się strzały. – Uczniowie nagle umilkli, zacisnęli zęby ze wściekłości, mieli łzy w oczach – pamięta. Gitarzysta mówi, że uczniowie po odgłosie strzałów potrafili rozpoznać, kto używa broni: rebelianci, armia rządowa czy żołnierze sił pokojowych.
Żeby choć na chwilę oderwać ich od traumy, kazał im grać.
African Music School i dach od kard. Krajewskiego
W szortach, koszulce polo i bejsbolówce siedzi na murze wznoszonym z cegły dziurawki. To początki budowy African Music School.
Przez pięć lat szkoła działała w klasztorze: zajęcia odbywały się w salkach i kaplicy. W końcu przełożeni misjonarza kupili działkę i brat Benedykt zajął się budową. To prawie centrum Buar, ale z drzewami, więc ludzie urządzili tam wysypisko śmieci. Trzeba było uporządkować teren. Kapucynowi przypomniała się piosenka Golców: „Tu na razie jest ściernisko, ale będzie San Francisco”.
Zbieraniem pieniędzy na budowę zajęła się fundacja AKEDA. Pięć lat temu założyli ją przyjaciele i znajomi Benedykta Pączki. „Przez kulturę, edukację i pomoc: w stronę lepszego świata” – to dewiza fundacji. – Łączymy darczyńców z Polski z African Music School – tłumaczy prezes Paweł Urbański. Też muzyk, w Bouar był już dwa razy, małych Afrykańczyków uczył gry na gitarze.

Brat Benedykt nie ukrywa, że gdyby nie sponsorzy, nie daliby rady z budową. Np. Polska Fundacja dla Afryki dała 85 okien, papieski jałmużnik kardynał Konrad Krajewski wyłożył 20 tys. euro na dach. Od dwóch lat szkoła jest gotowa. Około setka uczniów, od pięcio- do osiemnastolatków. Uczą się gry na różnych instrumentach, historii i teorii muzyki. W szkole dostają gorący posiłek – Republika Środkowoafrykańska to jeden z najbiedniejszych krajów.
W czasie obecnej trasy koncertowej w Polsce muzycy sprzedają cegiełki po 50, 100, 500 i 1000 zł na salę sportowo-koncertową i studio nagrań. To przy budowie tej sali pomagała Agata Szlufik, gdy kopała w laterytowej ziemi.
Zabijanie i rabunek to łatwe pieniądze – jak wyrwać dzieci z kręgu przemocy
„Wreszcie po wielu dniach marszu dotarli do wioski, której mieszkańcami były dzieci. Samuelowi wydawało się, że w większości były od niego starsze, ale widział też chłopców dużo młodszych od siebie” – Wojciech Jagielski streszcza opowieść bohatera swojej książki „Nocni wędrowcy”. Reporter opisał, jak fanatyczny przywódca Armii Bożego Oporu w Ugandzie porywał dzieci i siłą wcielał do swojego wojska. Po przeszkoleniu stawali się słynącymi z okrucieństwa żołnierzami.
Jagielski opisuje dalej mieszkańców dziecięcej wioski oczami Samuela: „Mieli długie, posklejane włosy, a na nogach za duże gumowe buty z cholewami. Takie, jakie widział u żołnierzy. Niektórzy chłopcy ubrani byli w zbyt obszerne wojskowe kurtki”. Samuel został porwany z rodzinnej wioski, gdy miał dziewięć lat. Jagielskiemu wyznał, że zabił dziesięć osób, a może więcej. Po wszystkim, gdy próbował wrócić do normalnego życia, w ramach terapii rysował kredkami wojnę.
Choć historia wydarzyła się wiele lat temu i dotyczy innego kraju, dzieci wciąż zasilają zbrojne oddziały w wielu miejscach Afryki. W Republice Środkowoafrykańskiej też. – Nie są wcielane przymusowo, same się garną – brat Pączka opowiada o tutejszych realiach. – Liczą na łatwe pieniądze, broń, życie z rabunków.
Ale zdarzają się też przypadki, że rebelianci wcielają dzieci siłą.
Lekcje od wschodu słońca i jedyny gorący posiłek dziennie
Schodzą się od szóstej, mimo że zajęcia zaczynają się później. Przychodzą katolicy, muzułmanie, nawet świadkowie Jehowy. Nie wszyscy biorą lekcje muzyki: są tacy, którzy przychodzą, żeby coś zjeść. Pączka napatrzył się na głodne dzieci, nędznie ubrane, bose. Dlatego w szkole działa też kuchnia. Młodzi Środkowoafrykańczycy mogą też naładować telefon, obejrzeć telewizję, skorzystać z internetu. Brat Benedykt lubi powtarzać, że aby pomóc dzieciom, sprzedałby własne buty.
– Jak pracowało się panu z afrykańskimi uczniami? – pytam Krzysztofa Gumiennego.
– Afrykanie inaczej postrzegają czas – przypomina.
Lekcje zaczynał o 9, a bywało, że pierwsi uczniowie pukali do niego o 6.30, bo słońce już wstało. Umawiał się na indywidualne zajęcia z jednym na 12.00, drugim na 13.00, trzecim na 14.00, a w południe zjawiała się cała trójka. Czasem na zajęcia nie przychodził nikt, bo padał deszcz.
W Polsce też uczył muzyki w różnych szkołach. Czasem widział, jak uczniowie z musu przychodzili na zajęcia. – Tam się garnęli z wielką ochotą – opowiada o pracy w Bouar. – Po raz pierwszy mieli okazję spotkać profesjonalnych muzyków i zagrać na prawdziwych instrumentach.
Uczniowie misyjnej szkoły trafiają do najlepszych muzycznych ośrodków w Europie i USA
Hypolite Balay od dziecka grał w katedrze Maryi Matki Kościoła w Bouar: patykami uderzał rytmicznie w rozpadającą się perkusję. Gdy miał osiem lat, wypatrzył go tam brat Pączka i namówił na zajęcia w swojej szkole.
– Zetknąłem się wtedy po raz pierwszy z profesjonalnymi instrumentami – opowiada Hypolite. Gdy miał 15 lat, wyjechał na zagraniczne stypendium do Polski: uczył się gry na perkusji w Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w Krakowie. Nauczył się polskiego. Grał w czasie koncertu Anny Marii Jopek: piosenkarka też wspiera African Music School. – To były trzy najlepsze lata mojego życia – uważa Hypolite. W kraju ma ośmiu braci i dwie siostry. Mówi, że w życiu naoglądał się wiele nędzy.
Swoje talenty w szkołach muzycznych w Europie i Stanach Zjednoczonych rozwijają też inni uczniowie African Music School. – Wysyłamy najzdolniejszych – mówi brat Pączka.
Gustave Houboutouni, którego br. Pączka uczył „zadęcia na trąbce”, i Jordan Bendoloum studiują we Wrocławiu. Saint Christophe Matara (– Mój najzdolniejszy uczeń – mówi Gumienny. – Uczyłem go pierwszych akordów – dodaje Pączka) doskonali umiejętności w Berklee School of Music w Bostonie – jednej z najbardziej prestiżowych szkół muzycznych na świecie.
Po powrocie będą uczyć koleżanki i kolegów w Bouar.
Jak afrykańska szkoła zmieniła polskich nauczycieli
– Po Afryce zmieniły się moje życiowe priorytety – mówi Krzysztof Gumienny. Gdy wyjeżdżał tam jako trzydziestolatek, marzenia miał takie: grać w najlepszych salach koncertowych świata, dobrze zarabiać. – Tam zrozumiałem, że zwykłe, podstawowe sprawy też mają wartość – mówi. – Nauczyłem się cieszyć z prostych rzeczy.
Agatę Szlufik pobyt na misjach też odmienił. – Przez sześć miesięcy obserwowałam codzienność mieszkańców Bouar i po powrocie bardziej niż zwykle zaczęłam cenić to, że mam łatwy dostęp do wody, żywności czy lekarza.
Z misji przywiozła też praktyczną umiejętność. Gdy tam jechała, znała angielski. Nauczyciel w African Music School nauczył ją porozumiewania się po francusku.
Wiedza, doświadczenie i dobro zdobyte w świecie wraca do domu
W czerwcu Hypolite zdał końcowe egzaminy w Krakowie i dostał dyplom. Teraz koncertuje w Polsce. Towarzyszą mu stypendyści African Music School: Gustave i Jordan. Gościnnie występuje Regina Felix (mama Polka, ojciec z Angoli), która śpiewa jazzowe standardy.
Hypolite w sierpniu wraca do swojego kraju. W Bouar będzie dawał lekcje gry na perkusji swoim afrykańskim koleżankom i kolegom. – Będę uczył tego, czego sam nauczyłem się w Polsce – mówi. Marzy, żeby znów przyjechać do Polski – chce studiować w Katowicach.
Brat Pączka nie kryje dumy ze swojego ucznia: – Hypolite będzie u nas profesorem.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















