Czterdzieści lat po Live Aid. Czy muzyka może zmienić świat?

Najsłynniejszy koncert dobroczynny kosztował 4 miliony dolarów i przyniósł 127 milionów na pomoc dla głodującej Etiopii. Ale wciąż, 40 lat po Live Aid, pytamy: czy pomoc dotarła tam, dokąd miała dotrzeć? Czy karmiła tylko celebryckie ego?
Czyta się kilka minut
Widok na publiczność i główną scenę koncertu Live Aid na stadionie Wembley. Londyn, 13 lipca 1985 r. // Fot. Dave Hogan / Getty Images
Widok na publiczność i główną scenę koncertu Live Aid na stadionie Wembley. Londyn, 13 lipca 1985 r. // Fot. Dave Hogan / Getty Images

Tę historię znają, choćby pobieżnie, nawet uczniowie dzisiejszych szkół. Z inicjatywy Irlandczyka Boba Geldofa z The Boomtown Rats i Anglika Midge’a Ure’a z Ultravox największe gwiazdy popu i rocka wystąpiły na żywo, by zwrócić uwagę świata na klęskę głodu w Etiopii i wygenerować darowizny na pomoc humanitarną.

Siostrzane koncerty stadionowe w Londynie na Wembley i w Filadelfii na JFK Stadium w sobotę 13 lipca 1985 r. wyznaczyły nowy paradygmat popkulturowej akcji charytatywnej. Wszystkie kolejne, jak Farm Aid, Rock Aid Armenia, Hope for Haiti, Live 8, Nadzieja – Razem dla Was, są dziećmi tamtego wydarzenia sprzed 40 lat. Ilekroć pojawia się konieczność niesienia pomocy finansowej ofiarom katastrofy humanitarnej lub ekologicznej, tylekroć rodzi się myśl o organizacji koncertu gwiazd, które za darmo wesprą szczytny cel.

Czy da się jednak z całą pewnością stwierdzić, że wygenerowane pieniądze faktycznie zasilą kasę potrzebujących? I czy gwiazdom na pewno nie chodzi o wizerunek, czyli wartość nie mniej ważną niż kasowe wpływy?

Bob Geldof przed rozpoczęciem koncertu Live Aid na londyńskim stadionie Wembley. 10 lipca 1985 r. // Fot. David Caulkin / Getty Images

Przed Live Aid był George Harrisson dla Bangladeszu

Z pewnością ego nie odgrywało żadnej roli 1 sierpnia 1971 r., gdy w nowojorskiej hali Madison Square Garden odbywał się pierwszy taki gwiazdorski spęd, Koncert dla Bangladeszu. Organizator i współpomysłodawca George Harrison miał wówczas cały świat u stóp, a i konkurencja nie była tak ostra, by trzeba było rozpychać się łokciami. Poza tym Harrison naprawdę głęboko empatycznie odczuwał tragedię narodu bengalskiego, wyniszczanego skutkami cyklonu Bhola i krwawej wojny.

Wchodzący wówczas w skład Pakistanu wielomilionowy kraj najpierw w listopadzie 1970 r. padł ofiarą kataklizmu, w wyniku którego śmierć poniosło ponad pół miliona ludzi. Ponieważ metropolia nie kwapiła się z należytą pomocą, a rządzący z Islamabadu prezydent Muhammad Yahya Khan blokował aspiracje narodowe Bengalczyków, w marcu 1971 r. wybuchła wojna o niepodległość. Generał Yahya Khan osobiście odpowiadał za represje militarne, które doprowadziły do śmierci kolejnych 3 milionów mieszkańców Bengalu Wschodniego.

Wywodzący się również z narodu bengalskiego Ravi Shankar, indyjski wirtuoz sitaru, bez trudu przekonał swojego ucznia i przyjaciela, słynnego ex-Beatlesa, że w dalekiej Azji dzieje się niewyobrażalna tragedia, obok której świat przechodzi obojętnie: miliony dziesiątkowane przez pakistańskie wojsko, choroby, głód i nędzę, szukające schronienia w Indiach, padały dodatkowo ofiarami indyjskiej korupcji (ryż kierowany do banglijskiej Dhaki nagle znalazł się parę tysięcy kilometrów dalej, w Bombaju). W czerwcu 1971 r. Harrison siadł do telefonu.

Kilka tygodni później, nagrawszy wcześniej specjalnie na tę okazję piosenkę „Bangla Desh”, wystąpił w Madison Square Garden z dwoma koncertami, w których dodatkowo wzięli udział Ringo Starr, Billy Preston, Leon Russell, grający tylko na gitarze Eric Clapton (pogrążony wówczas w mroku heroinowym) i Bob Dylan.

Sam koncert przyniósł 250 tys. dolarów wpływów, czyli relatywnie niewiele. Powstał jednak film i potrójny album koncertowy, których sprzedaż (do dziś) wygenerowała aż 17 mln dolarów – i licznik wciąż bije. Jednak 85 proc. zebranej kwoty, już wtedy kilkumilionowej, przez ponad dekadę leżało w banku, ponieważ IRS, amerykański urząd podatkowy, dochodził swojego udziału w pieniądzach uznanych za prywatny zysk osiągnięty na terenie Stanów.

Błąd organizatorów koncertu polegał na tym, że zarządzanie wydarzeniem i jego skutkami finansowymi powierzyli prywatnej firmie Apple Corps. Sądy ludzkie mełły powoli, tymczasem Bangladesz uzyskał niepodległość, władza demokratyczna zdołała się ustabilizować – ale, jak obliczył UNICEF, miliony dzieci banglijskich zmarło z głodu i w wyniku epidemii.

Do dziś nie wiemy, ile naprawdę kosztowało całe przedsięwzięcie, na jaki procent ulokowano wpływy w oczekiwaniu rozstrzygnięcia i przede wszystkim: ile pieniędzy powinno było trafić do Bangladeszu (IRS milczy). Wiadomo jedynie, że ostatecznie w 1982 r. dające się namierzyć miliony uwolniono, a od tego czasu wpływami ze sprzedaży płyt i filmu „Concert for Bangla Desh” administruje fundacja założona przez Harrisona, co pozwala na zwolnienie od podatków i kierowanie pieniędzy od razu na konto UNICEF.

Bez wątpienia 1 sierpnia 1971 r. artyści czuli, że zrobili coś bardzo szlachetnego.

George Harrison i Eric Clapton podczas The Concert for Bangladesh w Madison Square Garden. Nowy Jork, 1 sierpnia 1971 r. // Bettmann / Getty Images

Nam tu nie trzeba Madonny i Prince’a

„Zostawcie ego za drzwiami” – taki napis umieścił Quincy Jones nad wejściem do studia, gdzie 28 stycznia 1985 r. istny gwiazdozbiór pod szyldem USA (United Support of Artists – Zjednoczone Wsparcie Artystów) for Africa zgromadził się w studiu A&M w Hollywood. Dwudziestu jeden solistów, ponad drugie tyle w chórkach i Jones za pulpitem dyrygenckim to mniej niż jedna trzecia chętnych – pięćdziesięciu artystów odesłano z kwitkiem. Nazajutrz rano piosenka autorstwa Lionela Richiego i Michaela Jacksona „We Are the World” była gotowa.

Jak wiadomo, to też nie był precedens – jesienią 1984 r. z inicjatywy Geldofa i Ure’a napisaną przez nich piosenkę „Do They Know It’s Christmas?” nagrała podobna brytyjska konstelacja ochrzczona imieniem Band Aid (od marki plastra opatrunkowego).

Sam Geldof przyznawał w 1986 r., że do rock’n’rolla ściągnęły go marzenia o seksie i kasie, i dopiero gdy już to miał, zrozumiał, że czegoś mu brakuje. Celu. Czy dostrzegłby ten cel, gdyby najpierw nie poszedł na lep celebry? Nie dowiemy się. I nawet gdyby, nie osiągnąłby tego, co zdołał, bo byłby nikim.

Czy artyści w studiu posłuchali Jonesa? Jak widzimy w dokumencie „The Greatest Night in Pop” (2024) w reżyserii Bao Nguyena, nie od razu. Wielu potraktowało to jako okazję towarzyską i pretekst do zabłyśnięcia. Sprawa miała zresztą drugie dno – oprócz wokalistów, którzy chcieli wystąpić i odeszli z kwitkiem, byli tacy, których w ogóle nie zaproszono, bo ich nie chciano – jak Madonna. Z kolei Prince odrzucił zaproszenie, uznając ponoć, że piosenka jest niskiej jakości, ale oferując do niej własne solo gitarowe, na co z kolei nie zgodził się Richie. Na potrzeby albumu Prince nagrał własne „4 the Tears in Your Eyes”.

Ego więc buzowało. Dopiero wygłoszone na początku sesji nagraniowej słowa Geldofa, uświadamiające uczestnikom wydarzenia, co naprawdę dzieje się w uciemiężonej głodem i komunistyczną dyktaturą Etiopii, przywróciły hierarchię. Niemniej podczas nagrania nie u wszystkich widać należytą powagę, dominują ambicje artystyczne, żarty i dobre samopoczucie.

Madonna podczas Live Aid w Filadelfii, 13 lipca 1985 r. // Fot. Paul Natkin / Getty Images

Dlaczego Phil Collins odleciał?

Koncert dla Bangladeszu nie miał jeszcze szans na globalną transmisję. Ale lipcowy koncert Live Aid (na którym już Madonna wystąpiła) stał się dzięki technologii globalnym ewenementem. Bezpośrednie przekazy telewizyjne obejrzało niemal 2 miliardy ludzi.

Koncert organizowano w znacznie lepszych okolicznościach niż te, jakimi dysponował Harrison. Udało się sprzedać bilety na dwa równoległe, mijające się tylko o różnicę stref czasowych koncerty. Telebimy na obydwu stadionach w czasie przerw w występach pokazywały, co dzieje się za oceanem.

Relatywnie niewielu artystów na obu scenach dobitnie dało publiczności do zrozumienia, że wiedzą, o co chodzi. Większość potraktowała to jako show, ufając, że brak honorarium wystarczy jako działanie dobroczynne. Nie wykorzystali więc okazji do tego, by największej publiczności w swoim życiu powiedzieć coś więcej od siebie. Ale wystąpili, nie wzięli gaży, to się liczy.

Dla zobrazowania globalności fenomenu Live Aid często przywołuje się Phila Collinsa, który w Londynie zagrał i solo, i ze Stingiem, po czym wsiadł w samolot i zdążył na występ Led Zeppelin jako ich dodatkowy perkusista. Logistycznie robiło to spore wrażenie. Ale, jak słusznie pytali potem niektórzy muzycy, czy Collins naprawdę musiał aspirować do bilokacji? Dlaczego równowartości biletu na lot nie przelał na konto fundacji, zamiast pokazywać się po obu stronach Atlantyku?

Afryka w pułapce dobroczynności

George Harrison źle wybrał zarządcę funduszami. Ale dopiero Live Aid wpadło w pułapkę. Wpływy były znacząco większe – niemal 50 milionów funtów przelali widzowie i podmioty prywatne w ciągu jednej doby, a z czasem kwota urosła jeszcze niemal pięciokrotnie. Jednak nie wiadomo dokładnie, ile z tych milionów faktycznie zasiliło fundusze niosące pomoc, a ile reżim Mengistu Haile Mariama wydał na kupno broni od ZSRR, by dalej gnębić obywateli. Pojawiały się też raporty mówiące, że część kasy przejęła partyzantka Tigrajskiego Ludowego Frontu Wyzwolenia – także na cele militarne.

Afrykanie oglądający w latach 80. transmisję i z uwagą przypatrujący się przemianom społeczno-politycznym na kontynencie dziś często postrzegają Live Aid oraz obydwa poprzedzające koncert single jako przejaw zachodniego paternalizmu białego człowieka. Moky Makura, nigeryjska działaczka na rzecz zmiany wizerunku Afryki, pisała dwa lata temu, że piętno kontynentu głodu i zacofania, narzucone globalnym mediom przez Live Aid i bliźniacze inicjatywy, wciąż pokutuje, ponieważ koncert uruchomił cały znakomicie prosperujący, a nieprzejrzysty „biznes szlachetnego protekcjonizmu”.

Makura podkreśla, że intencje organizatorów z pewnością były jak najlepsze, ale media i wpływowi ludzie „poszli z prądem”: zaczął się proces eksploatacji stereotypu Afryki jako kontynentu pełnego cierpienia, zbrodni, korupcji, chorób i nieefektywności politycznej. Znów została sprowadzona do statusu obszaru całkowicie zależnego od sytej Północy, oraz drugiego stereotypu – pieniędzy jako jedynego rozwiązania. Afryka nie chce jałmużny i litości, chce pełnoprawnej, zgodnej z nowoczesnymi zasadami współpracy – głoszą współcześni liderzy afrykańskich NGO-sów.

Pieśni protestu silniejsze niż media

O problemie można by napisać kilkaset różnych doktoratów, co pewnie już się stało. Co jednak z rozwiązaniami? Na postawione na początku pytanie, czy muzyka może zmienić świat, odpowiedź jest niejednoznaczna. Bo piosenka czy koncert nie są w stanie naprawić zła strukturalnego, nie uratują ludzi w zagrożeniu, nie wyposażą szkół, nie wykopią studni, nie wyleczą chorych, nie strącą tyranów. Co więc mogą?

Banalnie rzecz ujmując, obudzić świadomość. Banalnie – bo także teksty piosenek z przesłaniem dobroczynnym z reguły nie mają nic wspólnego z dobrą literaturą, są naiwnymi apelami do sumień. Ani „Bangla Desh”, ani „We Are the World”, ani „This Is for My Girls” (piosenka z 2016 r. na rzecz upowszechniania edukacji wśród kobiet), ani „Moja i twoja nadzieja”, ani „Obejmij mnie, Czeczenio” nie są dziełami lirycznymi, mają inne zadanie – poruszyć.

Piosenki mają siłę jednoczącą, zawsze miały – zaświadczają o tym niewolnicy śpiewający na plantacjach bawełny czy więźniowie budujący drogi, żeglarze intonujący szanty czy ruszający w bój żołnierze. Muzyka ma podobne duchowe supermoce co religia – potrafi natchnąć poczuciem wspólnoty, niekiedy wskazać cel. Pieśń protestu odegrała istotną rolę uświadamiającą w początkach lat 60. XX wieku na Zachodzie i podobnie działała i działa dekady później na wschodzie Europy. Wiedzą o tym białoruscy i ukraińscy muzycy.

Piosenki i koncerty mają większą nośność niż serwisy informacyjne. Nie umyka to inicjatorom muzycznych akcji charytatywnych. Dzięki nim udało się upowszechnić świadomość tragedii, które je zainspirowały. Czy to automatycznie oznacza, że piosenki i koncerty mogą być lekarstwem uśmierzającym ból tego świata?

Jennifer Lopez i ekonomia uwagi

Pop nie mieszka w jednym pokoju z ubóstwem, w dodatku skutecznie konkuruje z nim o oglądalność. Dlatego tak opłaca się wykorzystać gwiazdy popu, by dotrzeć do publiki, którą emocjonują wieści o ich zarobkach, rozwodach i dzieciach. Łykacie wszystko o Jennifer Lopez? To wiedzcie, że J.Lo przekazała 4,5 mln dolarów cierpiącym Palestyńczykom. Nazywamy to ekonomią uwagi.

Nie przeczę, uczestnictwo w wydarzeniu typu Live Aid w wypadku większości artystów i odbiorców przypomina zaliczenie egzaminu wedle zasady „3Z” (zakuj, zdaj, zapomnij). Ale to naturalne, bo tylko nieliczni są w stanie żyć na co dzień ze świadomością dziejącego się gdzieś nieszczęścia. Niemniej pomoc ma sens wtedy, gdy nie jest efemeryczna jak kwiat paproci, ale ma swój ciąg dalszy. Dwa przykłady.

W czerwcu 2011 r. współorganizowałem z żoną festyn Psota w Fortecy na rzecz zajmującej się bezdomnymi psami Fundacji Ostatnia Szansa. Były cztery koncerty, porady behawiorystów, stoiska z książkami i ozdobami, warsztaty dla dzieci, pokaz line dancing czy aukcja darów ofiarowanych m.in. przez Olgę Tokarczuk, Kasię Adamik, Marię Seweryn, Tomasza Stańkę, Macieja Stuhra, Andrzeja Saramonowicza, Daniela Olbrychskiego czy Krzysztofa Knittla. Festyn przyniósł kwotę, której Fundacja nie zdobyłaby w ciągu kilku godzin, cel krótkoterminowy został więc osiągnięty. Ale po Psocie na koncie fundacyjnym nie pojawiły się regularne nowe wpłaty. Ludzie przyszli, dali i zapomnieli.

Słynna „twarz głodu”, czyli Etiopka Birhan Woldu, której zdjęcie było symbolem Live Aid, po latach mówiła, że niechciana sława nie przyniosła jej niczego dobrego: „Nadal mieszkam w nikczemnych warunkach z dwiema córkami i nie mogę znaleźć pracy”. Woldu wskazuje, że choć inicjatywa Geldofa uczyniła wiele, to nie wspomogła zmian systemowych. A to one są kluczowe przy likwidacji skutków tragedii. Dlatego przy organizowaniu koncertu dobroczynnego ważnych jest jeszcze kilka rzeczy.

Utrzymać ego w ryzach, by nie okazało się, że głównym celem imprezy jest nie pomoc, a marketing artysty.

Umiejętnie sformułować przekaz, by był czytelny, przejmujący i wiarygodny. A także w jasny sposób określić, na czyją rzecz mają iść ofiarowane środki.

Zadbać o przejrzystą i uczciwą księgowość.

Myśleć strukturalnie i tak sformułować cel, by efekty wykroczyły poza doraźny horyzont – tak by nie odpychać pieniędzmi problemu i nie poprawiać nimi własnego sumienia, ale przyczynić się do polepszenia świata.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 28/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Czy muzyka może zmienić świat?