Samozatrudnienie to zło. Odtajniony raport ZUS nie pozostawia wątpliwości

Treść raportu ZUS o przyszłości polskich mikroprzedsiębiorców powinna zaalarmować nie tylko ich, ale i całe państwo. Miliony Polek i Polaków czeka bowiem na starość skrajna bieda.
Czyta się kilka minut
Pochód pierwszomajowy organizacji związkowych i lewicowych pod hasłem „Nie starcza do pierwszego? Zjedz bogatego". Kraków, 1 maja 2023 r. // M. Lasyk / REPORTER
Pochód pierwszomajowy organizacji związkowych i lewicowych pod hasłem „Nie starcza do pierwszego? Zjedz bogatego". Kraków, 1 maja 2023 r. // M. Lasyk / REPORTER

„Tajny raport” – jak zdążono okrzyknąć w mediach opracowanie, które Zakład Ubezpieczeń Społecznych zamówił u badaczy zrzeszonych w Polskiej Sieci Ekonomii – raczej nie stanie się zarzewiem poważnej debaty publicznej o przyszłości polskiego systemu emerytalnego. Po oburzeniu, z jakim opinia publiczna przyjęła informację Wirtualnej Polski, że ZUS próbował skryć przed nią treść dokumentu o wiele mówiącym tytule „Dobrowolne ubóstwo”, za chwilę nie będzie śladu. 

Politycy nie oderwali się z jego powodu od kampanii wyborczej, choć jego treść powinna skłonić część z nich do wytłumaczenia się z takich postulatów jak np. obniżenie składki zdrowotnej dla mikroprzedsiębiorców. Tezy dokumentu przyjęła ze wzruszeniem ramion także olbrzymia większość samych zainteresowanych, czyli około 2 milionów Polaków prowadzących pozarolniczą jednoosobową działalność gospodarczą – choć z opracowania wynika niezbicie, że większość z nich w jesieni życia dostanie z ZUS głodową emeryturę

Pokolenie dzisiejszych 40- i 50-latków najwyraźniej za naturalny uznaje więc fakt, że pracuje na sukces polskiej gospodarki kosztem własnej starości, podczas której nie odpocznie, tylko będzie musiała szukać prac dorywczych – o ile pozwoli na to stan zdrowia.

Jak do tego doszło? To pytanie o wiele ciekawsze od konkluzji wspomnianego raportu.

Polska debata o kosztach pracy: dużo emocji, mało konkretów

Żadne to odkrycie, a jedynie uwaga porządkująca dyskurs: samozatrudnienie jest dziś w Polsce podstawowym narzędziem do obniżania kosztów pracy. Środowisko pracodawców powtarza, że zbyt wysokie pozapłacowe obciążenia związane z etatowymi umowami pracowników dławią przedsiębiorczość i pozbawiają nasze firmy konkurencyjności wobec rywali z krajów, które nie dociskają aż tak swojego biznesu.

Na nic zdają się przeczące tej tezie dane Eurostatu, który szacuje, że udział wspomnianego komponentu w ogólnych kosztach pracy nad Wisłą wyniósł w 2022 roku 18 proc., co dało nam miejsce pośrodku stawki, otwieranej przez Rumunię (udział na poziomie 5,3 proc.), a zamykanej niemal ex aequo przez Francję (32 proc.) i Szwecję (31,9 proc.). Na nic też uwagi ekonomistów, którzy na podstawie badań pokazują, że konkurencyjność polskich firm nadal wypada dobrze na tle rywali z krajów ościennych, bo składa się na nią, prócz kosztów zatrudnienia, także wykształcenie pracowników, stan infrastruktury oraz jakość instytucji państwowych. 

W kontrze do tych twardych danych czuwa zawsze na posterunku grono publicystów i ekspertów, którzy cyklicznie wmawiają Polakom, że etat to przeżytek, ich państwo zbudowane jest z błota i patyków, a sam ZUS – jako jeden z filarów tego aparatu represji wobec przedsiębiorców – czeka nieuchronne bankructwo. Tę rolę upodobał sobie zwłaszcza Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha, który już w 2006 r. przewidywał, że stanie się to „w ciągu najbliższych dziewięciu lat”, a gdy termin spełnienia jego wizji się przedawnił, przesunął datę katastrofy na rok 2030. Z kolei w 2013 r. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców wraz z Fundacją Republikańską przedstawił opinii publicznej alarmistyczny raport, z którego wynikało, że ZUS zbankrutuje najpóźniej do 2020 r. Dokument nadal widnieje na stronie Związku; być może doczeka się stosownej korekty.

Ilu samozatrudnionych to tak naprawdę pracownicy? 

Autorów tych prognoz łączy nie tylko przywiązanie do wizji państwa, które bardziej przeszkadza, niż pomaga w rozwoju gospodarczym i cywilizacyjnym. Większość z nich półoficjalnie lub otwarcie współpracuje też z wielkim biznesem i organizacjami reprezentującymi pracodawców – a ci nadal mają żywotny interes w podtrzymywaniu wyobrażenia o ZUS-ie jako studni bez dna. Powód? Polska gospodarka wciąż stoi przede wszystkim relatywnie niskimi kosztami pracy, na które poza pensjami sumują się także składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne. 

W sytuacji, w której bezrobocie w Polsce należy wciąż do najniższych w Europie, i to pracodawcy szukają pracowników, a nie odwrotnie, nie da się oczywiście uniknąć wzrostu płac. W 2023 r. poszły one w całej gospodarce o 9,1 proc. w górę. W ubiegłym, według wstępnych wyliczeń, nastąpił wzrost o kolejnych 11 proc. Do każdej w pełni „ozusowionej” pensji pracodawca musi jednak dopłacić sporo pieniędzy, których podwładny nigdy nie zobaczy. Zatrudnienie jednej osoby na umowę o pracę z pensją na poziomie 7 tys. zł na rękę oznacza dziś dla firmy łączny wydatek rzędu 12 tys. zł. Gdyby jakimś cudem z polskiego krajobrazu gospodarczego zniknęło samozatrudnienie, czyli w wielu przypadkach etaty przebrane dla niepoznaki w jednoosobowe działalności gospodarcze (JDG), wiele firm zanotowałoby dużo mniejszy zysk i faktycznie odczułoby spadek konkurencyjności. Namawiając pracowników do zamiany etatu na samozatrudnienie, pracodawcy dokonują więc swoistego uwłaszczenia się kosztem przyszłości ludzi, którzy dla nich obecnie pracują.

Jaki odsetek polskich JDG stanowią ukryte etaty? Badacze zjawiska fałszywego samozatrudnienia na podstawie Europejskiego Sondażu Warunków Pracy szacują, że w krajach UE na każde sto aktywnych JDG przypada średnio 31 pseudofirm, stworzonych jedynie po to, żeby pracodawca mógł obniżyć koszty wobec państwa, a w efekcie dać wyższą płacę pracownikowi lub powiększyć personel. Polska jest jednym z liderów w tej niechlubnej kategorii i powiększa przewagę nad krajami, które już wyprzedziła. Jak wynika z danych samego ZUS, w latach 2020-2023 liczba osób zatrudnionych w Polsce na umowę o pracę wzrosła o ledwie 17,9 tysięcy. W tym samym czasie przybyło nam aż 194,5 tys. ludzi zatrudnionych na podstawie umowy-zlecenia i 161,9 tys. samozatrudnionych. 

Rzecz jasna, nie wszystkie założone wówczas JDG są ukrytymi etatami. Problem w tym, że nie wiadomo, jak je odróżnić. Tuż po pandemii z bałaganem tym próbował sobie poradzić rząd PiS. Jedną ze zmian wprowadzonych w ramach tzw. Polskiego Ładu było odebranie samozatrudnionym przywileju zryczałtowanej składki zdrowotnej, niezależnej od osiąganych dochodów. Rząd dobrał się w ten sposób do zarobków specjalistów, którzy mogą się nie martwić niską emeryturą, bo inkasują dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie, płacąc przy tym na NFZ tyle samo (a czasem i mniej), co panie, które wieczorem odkurzają po nich biuro. Przy okazji PiS próbował też wdrożyć tzw. test przedsiębiorcy, jednak ostatecznie nawet ludzie tak niechętni swobodom obywatelskim jak środowisko Jarosława Kaczyńskiego musieli przyznać, że demokratyczne państwo nie jest w stanie odsiać prawdziwych mikroprzedsiębiorców od pracowników etatowych owiniętych dla niepoznaki w pozłotko przedsiębiorczości. A tym bardziej nie ma prawa zabraniać porzucania etatu na rzecz samozatrudnienia.

Z badania ,,Indeks przedsiębiorczości 2019”, przygotowanego na zlecenie firmy doradczej TaxCare, płynie jeszcze jeden smutny wniosek: większość samozatrudnionych z premedytacją ryzykuje własnym bezpieczeństwem socjalnym na emeryturze – dla szybkiej podwyżki tu i teraz. Aż 7 na 10 samozatrudnionych nigdy nie doświadczyło namowy do przejścia na działalność ze strony pracodawcy lub potencjalnego pracodawcy. Z kolei 2 na 10 spotkało się jedynie z taką sugestią, a tylko w 1 na 10 przypadków pracodawca wskazał, że jest to warunek bezwzględny. W przypadku pracowników etatowych tylko 7 proc. spotkało się z propozycją przejścia na własną działalność, a jedynie 5 proc. zostało postawionych w sytuacji bez wyboru. Badanie nie pokazywało jednak innej możliwości, czyli stawiania przez pracodawcę warunku założenia własnej firmy już na etapie rozmowy kwalifikacyjnej. 

Jeśli wyniki badania TaxCare nie zostały spreparowane pod zamówienie zleceniodawcy, to można z nich wyciągnąć wniosek, iż wielu mikroprzedsiębiorców czeka trudna starość – i to na własną prośbę.

Czy ZUS to studnia bez dna? Zakład nie marnotrawi pieniędzy płatników

W Polsce zbudowano prężne instrumentarium do przekonywania opinii publicznej, że tzw. elastyczne formy zatrudnienia dają pracownikom jedynie korzyści. Dość spojrzeć na konstrukcję pierwszego lepszego internetowego kalkulatora wynagrodzeń, który pozwala szybko porównać, ile więcej zostanie „na rękę” po zamianie etatu na samozatrudnienie, ale nie podsuwa informacji, o ile skurczą się przez to comiesięczne wpłaty na konto ubezpieczonego w ZUS. W poradnikach dla osób zakładających JDG ze świecą szukać choćby wzmianki, że wymagana składka minimalna to stanowczo za mało, żeby na starość nie klepać biedy i że warto, wraz z rozwojem biznesu, dobrowolnie ją podnieść. Łatwiej o prognozy inwestycyjnych guru, którzy w swoich książkach i podczas występów w mediach przekonują, iż kapitał zamrożony w ZUS to pieniądze wyrzucone w błoto, czyli na pensje dla leniwych urzędników i siedziby przypominające pałace.

Jak jest w rzeczywistości? W 2023 r. koszty operacyjne ZUS wyniosły niemal 5,1 mld zł. Gdyby porównać je do sumy zebranych składek, okaże się, że koszty funkcjonowania pochłonęły zaledwie 1,4 proc. pieniędzy, które podatnicy przekazali Zakładowi. W przypadku większości dużych prywatnych towarzystw ubezpieczeniowych tę samą relację kosztów do wartości składek wyrażają tymczasem liczby dwucyfrowe; rekordzista przeznacza na ten cel aż 27 proc.

Osadzony w roli chłopca do bicia ZUS zachowuje się jednak nadzwyczaj biernie wobec tej narracji. Wyniki ankiety CBOS, która w 2022 r. pokazała, że Zakład plasuje się w czołówce instytucji publicznych, którym Polacy ufają najbardziej (oceniło go tak 49 proc. badanych, aż o 21 punktów proc. więcej niż w podobnej ankiecie z 2015 r.), zamieszczono po prostu na stronie ZUS, choć mogły stać się początkiem kampanii społecznej ukazującej go w korzystniejszym świetle. Z punktu widzenia interesu publicznego takie działanie byłoby ze wszech miar uzasadnione. Przekonanie o słabości polskiego systemu ubezpieczeń społecznych jest bowiem klasyczną samosprawdzającą się przepowiednią. Im mniej jego uczestników i ich pieniędzy, tym większe ryzyko, że wypłacane emerytury, zgodnie z wyobrażeniami płatników, nie wystarczą na nic więcej niż wegetację.

Ile samozatrudnieni naprawdę płacą na ZUS?

Przyszłość podopiecznych ZUS faktycznie nie rysuje się w ciepłych barwach i dotyczy to nie tylko samozatrudnionych. Z symulacji przygotowanych przez fundację GRAPE wynika, że po obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn niemal trzy czwarte osób urodzonych w latach 80. będzie mieć na starość emeryturę minimalną. Obecni 40- i 50-latkowie, urodzeni dekadę wcześniej, nie będą w dużo lepszym położeniu, bo średnio sześciu na dziesięciu też wyląduje na emeryturze minimalnej. Mało tego, już dziś spośród ponad 9,4 mln polskich emerytów aż 456 tys. dostaje emeryturę nawet poniżej minimalnej, która wynosi niecałe 1781 zł brutto. W dodatku ich liczba dynamicznie rośnie – w ciągu ostatniej dekady przeszło dziewięciokrotnie. Rekordzistce w tej dyscyplinie, mieszkance Biłgoraja, co miesiąc wpływają na konto dwa grosze z ZUS. Ponury ślad po jednym dniu pracy, od którego kiedyś odprowadziła symboliczną składkę.

Tymczasem – jak wynika z ujawnionego właśnie raportu, mniej niż jeden procent samozatrudnionych dobrowolnie wpłaca dziś do ZUS składkę wyższą od wymaganego przepisami minimum! W tej podgrupie wyraźnie dominują młode kobiety, co autorzy badania łączą z planowanym przez nie urlopem macierzyńskim, którego wysokość zależy od wysokości uzbieranych składek. Po powrocie do pracy większość z nich ponownie zacznie rozliczać się z ZUS w oparciu o urzędowe minimum.

W narracji polskich mikroprzedsiębiorców składki na ubezpieczenie społeczne są zawsze zbyt wysokie i często pozbawiają działalność racji bytu. W rzeczywistości przeciętny polski samozatrudniony zarabia o wiele lepiej od statystycznego pracownika etatowego. Autorzy utajnionego przez ZUS raportu, na podstawie analizy dochodów 2400 reprezentatywnych JDG szacują, że „w 2022 r. przeciętny dochód samozatrudnionego stanowiący podstawę obliczenia składki zdrowotnej był większy o ok. 50 proc. od kwoty, od której obliczano składki pracownika”. Jednocześnie relacja ich składki na ZUS w stosunku do najniższego wynagrodzenia za pracę w ciągu ostatnich dwóch dekad systematycznie spada. Jeszcze w 2003 r. minimalna danina dla Zakładu była równowartością 163 proc. ówczesnego minimalnego wynagrodzenia. W 2013 r. ta sama relacja zmniejszyła się już do 139 proc., a w połowie ub. roku stopniała do 109,2 proc. najniższego wynagrodzenia za pracę.

Jednoosobowa działalność - czy to jeszcze ma sens?

Preferencyjne traktowanie przez państwo JDG miało uwolnić pokłady przedsiębiorczości skumulowanej w Polakach przez półwiecze gospodarki centralnie sterowanej. Tak się istotnie stało i już kilka lat po reformach Balcerowicza mieliśmy nad Wisłą ponad trzy miliony mikrofirm. 30 lat później trzeba jednak zadać pytanie, czy tak silna preferencja dla tej grupy zawodowej ma wciąż sens. Zwolennicy taniego państwa odpowiedzą zapewne, że to koszt, który społeczeństwo musi nadal ponosić w procesie modernizacji. Tyle że to nieprawda. Małe i średnie firmy wytwarzają ponad połowę PKB Polski, ale zestawianie podmiotów z tego sektora (czyli firm zatrudniających do 250 osób, z przychodami do 2 mln euro) z JDG trudno nazwać inaczej niż nieporozumieniem. W rzeczywistości jednoosobowe działalności gospodarcze to relikt czasów raczkującego kapitalizmu lat 90., ulicznych straganów, agencji reklamowych i salonów paznokci otwieranych z dotacji z funduszu do walki z bezrobociem. W świecie wysoko konkurencyjnej gospodarki miejsca na samozatrudnienie będzie coraz mniej. Wśród dwunastu państw UE sklasyfikowanych jako „liderzy innowacyjności”, tylko Niderlandy i Belgia są dziś państwami, w których odsetek samozatrudnionych przekracza średnią unijną. Pozostałe siedem państw, w których udział JDG w rynku pracy jest wyższy od średniej, w tym Polska, plasuje się w dwóch najniższych kategoriach innowacyjności.
To chyba najlepsza odpowiedź na pytanie, czy powinniśmy nadal kroczyć tą ścieżką.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 6/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Samo zło