Polexit przestał być fantazją. Dlaczego rośnie poparcie dla wyjścia z UE

Jeszcze niedawno Polska była jednym z najbardziej proeuropejskich krajów Unii. Dziś nawet co czwarty Polak dopuszcza scenariusz wyjścia ze wspólnoty. Skąd ta zmiana?
Czyta się kilka minut
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”
// il. Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Gdy Ukraińcy kolejny rok oddają życie za możliwość wejścia do Unii Europejskiej, a najgorętsza wiadomość ostatnich tygodni brzmi, że nad akcesją zaczęli zastanawiać się Islandczycy, wielu Polaków uznało, że czas ze wspólnoty wychodzić. Według sondażu Ibris ze stycznia 2026 r. może ich być nawet jedna czwarta. Podobne liczby odnotowują inne sondażownie, m.in. CBOS, a także niektóre pracownie europejskie.

Ten paradoks powinien coś nam przypominać. W czasie, gdy mieszkańcy Europy Zachodniej wyrażali się o UE sceptycznie, a nawet wtedy, gdy w Zjednoczonym Królestwie wygrała opcja brexit, Polska biła rekordy w poparciu dla Unii Europejskiej. Nawet gdy nad Wisłą rządził eurosceptyczny PiS, trend się nie zmieniał.

Z czym zatem mamy do czynienia? Czy jest tak, że wieloletni członkowie UE, korzystający z dobrodziejstw wspólnoty, paradoksalnie nabywają wobec niej również sceptycyzmu? Czy obserwujemy zjawisko, które socjologowie nazywają habituacją – przyzwyczajeniem, do pewnego stopnia znudzeniem? Czyżby im lepsza była infrastruktura i im więcej pieniędzy wpompowanych w różnorakie systemy służące państwom członkowskim, tym niższy poziom sympatii dla Unii? Irytują opisywane czasem w mediach biurokratyczne absurdy wymyślane w brukselskich urzędach?

Naszym zdaniem powody, dla których rosną nastroje polexitowe, są z grubsza trzy. Każdy wymaga głębszego przemyślenia.

Wojna na wschodzie

Pierwszy to paradoks oswojenia się z wojną. Wiąże się on z oddaleniem od przełomowego momentu, którym w świadomości zbiorowej – nie tylko w Polsce, ale i w innych państwach regionu – była pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę w 2022 roku.

Uruchamianie odtwarzacza...

Choć konflikt za wschodnią granicą trwa o wiele dłużej, bo od 2014 r., to rok 2022  rzeczywiście miał znaczenie psychologiczne. To właśnie wtedy rejestrowano rekordowe poparcie dla UE – nie tylko w Polsce, ale też w jej sąsiedztwie. To naturalna reakcja emocjonalna, związana z przypomnieniem XX-wiecznych traum. Polegały one na tym, że rosyjski imperializm cyklicznie powracał na ziemie sąsiadów.

Skoro zaś wojna wybuchła tuż obok, wyglądało na to, że trzeba jak najmocniej udowodnić, iż doskonale się zintegrowaliśmy z Unią – tak aby zachodni sojusznicy nie mieli pretekstów do opuszczenia nas w potrzebie. XX-wieczne dramaty bezpośrednich sąsiadów Rosji polegały przecież nie tylko na ataku militarnym ze wschodu, ale również na byciu pozostawionym samym sobie przez zachodnich sojuszników. Wielokrotne wymazanie Polski z mapy zostawiło ślady na tożsamości Polaków i skutkowało zjawiskiem, które nazywamy suwerennością posttraumatyczną.

Nie ma się zatem co dziwić, że zarówno UE, jak i NATO w 2022, 2023 czy 2024 r. notowały rekordy poparcia społecznego. Także w debacie międzynarodowej to właśnie wtedy nagle się okazało, że deklarowana przez Emmanuela Macrona śmierć mózgowa NATO przeszła do historii. Finlandia i Szwecja, które przez stulecia zachowywały neutralność, a przez to od dekad pozostawały poza Sojuszem, nagle zechciały do niego przystąpić.

Dziś jednak wojna za naszą wschodnią granicą, choć bliska i tragiczna, się opatrzyła. Przyzwyczailiśmy się, a wskutek tego i Unia Europejska nie wydaje się tak ważna. To paradoks, biorąc pod uwagę, że obrona Ukrainy przed Rosją jest dziś bardziej finansowana właśnie przez Europę niż kiedykolwiek wcześniej. 

Według Ukraine Support Tracker Instytutu Kilońskiego europejska pomoc wojskowa wzrosła w 2025 r. o 67 proc., a pomoc finansowa i humanitarna o 59 proc. w porównaniu ze średnią roczną z lat 2022-2024; instytucje UE ponoszą obecnie znaczną część obciążeń finansowych, a niewielka grupa państw dostarcza większość uzbrojenia. Jednak nastroje społeczne nie zawsze są dokładnie zsynchronizowane z politycznymi.

Zwłaszcza że mamy do czynienia jeszcze z dwoma czynnikami.

Radykalizacja sceny politycznej

Drugi to rozpowszechnienie się w Polsce szczególnego rodzaju partii antyestablishmentowych.

Nasza scena polityczna, wbrew popularnym, a dość płytkim hasłom na temat jej zabetonowania, regularnie wydaje na świat nowe ugrupowania. Najczęściej opowiadające się przeciwko prostej polaryzacji (w ostatnim 15-leciu: polaryzacji między dwiema partiami postsolidarnościowymi, czyli PO i PiS-em) i starające się ustawiać poza nią.

Mieliśmy w tym czasie bardzo różne formacje antyestablishmentowe, np. Nowoczesną Ryszarda Petru, partie Palikota i Kukiza, a wreszcie Polskę 2050 Szymona Hołowni. Bywały wysunięte w lewo lub w prawo, ale co do zasady nie kontestowały liberalno-demokratycznego status quo. Obecnie pojawiające się ugrupowania, czyli Konfederacja, a jeszcze bardziej Konfederacja Korony Polskiej, to jednak zupełnie inna historia.

Owszem, partia Sławomira Mentzena mogłaby wchodzić w stare koleiny partii antyestablishmentowej. Jej polityczny wizerunek może wyglądać tak: młodzi, bardzo liberalni ekonomicznie, nacjonalistyczni, a nawet szowinistyczni i nie do końca kupujący tradycyjną liberalną demokrację à la polonaise, ale niekoniecznie niezdolni do koalicji z PO.

Konfederacja Korony Polskiej jest bardziej radykalna. Mówimy o partii, która zrywa z obowiązującym w polskiej polityce tabu, dotyczącym tego, że wykluczona jest w niej otwarta promocja przemocy. 

Ludzie Brauna nie stronią od retoryki antysemickiej, antymigracyjnej, antymuzułmańskiej, anty-LGBT+, a Unię Europejską przedstawiają jako przyczynę polskich nieszczęść – i to właśnie tam można byłoby sytuować ważne źródło istniejących obecnie nastrojów polexitowych. W sieci hula to, co radykalne, algorytmy wspierają skrajności bez kontroli polskich władz. 

Na ile tego rodzaju retoryka może wiązać się z aktywną działalnością rosyjskiej dezinformacji? Stawianie tego pytania wydaje się uprawnione np. w kontekście prorosyjskich wypowiedzi Grzegorza Brauna.

Krajobraz po wyborach: Polska w globalnym trendzie

Najpoważniejszym powodem, dla którego Polacy deklarują coraz większą niechęć do UE, jest jednak ten trzeci. Aby zrozumieć, na czym polega, należy cofnąć się do 2025 r., kiedy trwa kampania prezydencka.

Po wyborach parlamentarnych 2023 r. powtarzano, że Polska „po prostu” wraca do świata liberalnej demokracji, rozumianej po dawnemu, czyli jak w 2015 r., przed pierwszą wygraną PiS. Gdyby w 2025 r. prezydentem został Rafał Trzaskowski, możliwe, że tak rzeczywiście by się stało, przynajmniej na jakiś czas.

Wygrana Karola Nawrockiego wiele jednak zmieniła. Szykując się do wyborów głowy państwa, Jarosław Kaczyński postawił na kandydata nie najbardziej pisowskiego, ale najbardziej konfederackiego spośród osób, którymi dysponował. A zarazem reprezentującego kierunek, w którym również i PiS może żeglować – polegający na upodobnieniu się do amerykańskiego ruchu MAGA. Zresztą, gdy przeanalizować kampanię Nawrockiego, zwrócenie się w stronę młodych wyborców przez jego sztab oraz sygnały, jakie wysyłał do elektoratu obu Konfederacji – rzeczywiście widać podobieństwa między tym rodzajem polskiej prawicy a otoczeniem Trumpa.

Polska zatem po 2025 r. nie tyle wróciła do świata liberalnej demokracji, co raczej stała się idealnym odzwierciedleniem globalnego trendu politycznych zygzaków i podminowywania obowiązujących dotąd reguł. Głęboki podział na zwolenników liberalnej demokracji i zwolenników odejścia od niej – a przez to na zwolenników Unii Europejskiej i mniej lub bardziej jawnych eurosceptyków – został potwierdzony przydziałem konstytucyjnych funkcji politycznych. 

Dwa Zachody: demokratyczny i niedemokratyczny

Łatwo było surfować po 1989 r. na liberalnej fali. Od ok. 2015/2016 r. – zwycięstwo PiS w Polsce, referendum w sprawie brexitu, pierwsza administracja Donalda Trumpa – zrobiło się trudniej, a od stycznia 2025 r. obserwujemy w globalnej układance przesunięcie, które nazwaliśmy bifurkacją Zachodu. W tym podziale istnieją zamiast jednego Zachodu – do którego tylu Polaków przez 37 lat wolności dążyło – dwa, z których jeden nazywamy demokratycznym, a drugi niedemokratycznym.

Ten pierwszy jest wciąż reprezentowany przez rządy funkcjonujące w stolicach europejskich: Donalda Tuska w Warszawie, Friedricha Merza w Berlinie, Keira Starmera w Londynie, Emmanuela Macrona w Paryżu, a także w innych mniejszych i większych państwach, np. w Kanadzie, Australii albo po prostu Danii. Są to politycy będący, można rzec, tradycjonalistami liberalnej demokracji. Szanują rządy prawa, preferują podział na trzy rodzaje władzy i poszukują w UE sposobu na ochronę suwerenności państwowej przy jednoczesnej zgodzie na to, że bywa czasem ograniczana ze względu na unijny parasol.

Istnieje też jednak drugi Zachód, niedemokratyczny. Ten drugi od stycznia 2025 r. ma swoją umowną stolicę nie w Brukseli, ale w Waszyngtonie, który jest centrum ideologii MAGA. Jest to Zachód, który swoich sojuszników z UE traktuje jak wrogów, który zamiast doceniać kulturę polityczną Europy po 1945 r. twierdzi, że jest to kultura, która tłumi wolność słowa – oraz że trójpodział władzy i konstytucjonalizm są obciążeniami nałożonymi na demokratyczne społeczeństwo przez niedemokratyczne elity. 

Jest to wreszcie Zachód, który uważa, że UE i NATO są obciążeniem dla ambicji hegemona, przy którym trzeba stanąć.

Tak rozumiany Zachód w ogólności i Donald Trump w szczególności uważają za swoich sojuszników nie wspomniane rządy w Paryżu, w Warszawie i w Berlinie, ale rząd Viktora Orbána w Budapeszcie i Roberta Ficy w Bratysławie, a jeżeli chodzi o Polskę, to nie tzw. mały pałac, gdzie urzęduje Donald Tusk, ale duży pałac z Karolem Nawrockim. A i to bez wielkiego wyróżniania, bo w końcu Marco Rubio nie znalazł ostatnio czasu, by zahaczyć o Warszawę.

Materiału dowodowego dostarcza zarówno wystąpienie J.D. Vance’a w Monachium w 2025 r., jak też różne wypowiedzi Trumpa, np. ta, w której na jednym z międzynarodowych szczytów posunął się do stwierdzenia, że niektórzy europejscy politycy (czytaj: demokraci europejscy) „pójdą do piekła”.

Europa Środkowa między Rosją a podzielonym Zachodem

Z tego punktu widzenia nastroje dotyczące polexitu byłyby funkcją głębiej idącego ideologicznego rozdwojenia, dotyczącego nie tylko polskiej zbiorowej świadomości i wyobrażenia bezpieczeństwa, ale także dwóch Zachodów w ogóle. 

Jeśli Zachód, który orientuje się na Waszyngton, uważa UE za obciążenie, i jeżeli zbiega się to z argumentacją prowadzoną do tej pory przez otoczenie Jarosława Kaczyńskiego i obie Konfederacje, to nacisk z USA – realny i algorytmowy – będzie nastroje polexitowe pogłębiał.

Niektórzy zaprotestują przeciwko takiej interpretacji: stwierdzą, że kraje rządzone przez populistów nie są krajami zachodnimi. W takim myśleniu jednak zbyt wiele jest sprzeczności. Po pierwsze, trudno byłoby na poważnie twierdzić, że USA nie są krajem zachodnim. 

Po drugie, istnienie niedemokratycznego Zachodu jest wpisane w nowoczesną historię polityki międzynarodowej. Państwa takie jak wilhelmińskie Prusy, nazistowska Rzesza, Włochy Mussoliniego, a także różne reżimy niedemokratyczne w Grecji i Hiszpanii już po 1945 r. – to wszystko przykłady niedemokratycznego Zachodu. 

I dla Polski, i dla innych krajów regionu kwestia tego podziału była i jest fundamentalna. Z doświadczenia historycznego ostatnich stu lat wynika, że za każdym razem, kiedy Zachód rozpadał się na demokratyczny i niedemokratyczny, dla Polski i jej sąsiadów, czyli dla bezpośrednich sąsiadów zarówno Rosji, jak i Niemiec, nie kończyło się to dobrze. 

Stąd nasz szczególny, naznaczony traumą stosunek do suwerenności, ponieważ utrata państwowości zazwyczaj oznaczała tu również rozpętanie swoistego piekła na ziemi, albo jak nazwałby to XVII-wieczny myśliciel czasów chaosu Tomasz Hobbes – stanu natury, w którym życie ludzkie staje się, jak pisał, „samotne, biedne, bez słońca, zwierzęce i krótkie”.

Jak budować polską politykę bezpieczeństwa

W przeddzień 37. rocznicy upadku komunizmu w Polsce stoimy więc przed zasadniczym wyborem. Nie wystarczą już zbrojenia na wypadek rozszerzenia się wojny w Ukrainie. Należy jeszcze powiedzieć, który obóz pragniemy współtworzyć.

Przed rokiem 2025 wybór był dosyć prosty. Albo mogliśmy iść z Zachodem, wtedy raczej spójnym i jednorodnym, oznaczającym UE i NATO, albo iść drogą na wschód, czyli postawić na podporządkowanie wobec Moskwy, którą to drogę wybrała spośród naszych sąsiadów Białoruś i z którą od lat flirtują Węgry i Słowacja. 

Polska polityka bezpieczeństwa, mimo polaryzacji sceny politycznej, była w odpowiedzi na tę alternatywę raczej stabilna. Kierunkiem był konsekwentnie Zachód. Gdy chodzi o Wschód, myślenie o nim kształtowała doktryna ULB Juliusza Mieroszewskiego i Jerzego Giedroycia, uzależniająca niepodległość i demokrację w Polsce od zapewnienia niepodległości i demokracji w Ukrainie, Litwie i Białorusi.

Dziś jednak nie jest to już takie proste, skoro Zachód pękł ideologicznie. Nie wiadomo, na ile wciąż funkcjonuje NATO i czy nas obroni, przy tym raczej wiadomo, że UE nie jest w stanie w pełni nas obronić, a już na pewno tak nie będzie, jeśli pozwolimy rozegrać się z zewnątrz.

Obecny polski podział pomiędzy mały pałac Donalda Tuska i duży pałac Karola Nawrockiego mógłby sprzyjać naszemu bezpieczeństwu. Owszem, chodzi o jakiś rodzaj konformizmu, na kształt przetworzonego zakładu Pascala: nie tylko próbujemy uważać, że demokratyczny Zachód będzie trwały i ma rację, ale także próbujemy wierzyć, że niedemokratyczny Zachód... będzie trwały i ma rację. 

Jedni zatem patrzą na Waszyngton i są gotowi wychodzić z UE, drudzy pragną jej wzmocnienia. W obu przypadkach staramy się przekonać sojuszników, że warto budować systemy wczesnego odstraszania, np. za pieniądze z takich programów jak SAFE

Polaryzacja osłabia pozycję Polski

Czy tego rodzaju polityczny konformizm wystarczy? Już teraz widać wiele zagrożeń związanych z tą postawą. Wiecznie skłócona polska scena polityczna jawi się naszym partnerom jako niezrozumiała lub służy jako powód do lekceważenia nas. Polska komunikacja jest słaba: nie brakuje mocnych gestów, ale często nie towarzyszą im wystarczająco zrozumiałe słowa. Efekty nie dają na siebie zbyt długo czekać. 

Np. nasz najbliższy zachodni sąsiad – który coraz lepiej rozumie, że skoro Europa nie może już opierać swojego bezpieczeństwa na relacjach z Waszyngtonem, to trzeba jak najszybciej się zbroić i dominować nad innymi swoimi kompetencjami militarnymi – polską polaryzację traktuje jako wygodny pretekst dla konsekwentnego przejmowania roli pośrednika w relacjach międzynarodowych. 

Ale nie tylko Niemcy tak postępują. Niedawno mieliśmy do czynienia z istotnym spotkaniem u Donalda Trumpa, gdzie zamiast największego kraju NATO-wskiego w Europie Wschodniej, czyli Polski, pojawiła się nagle Finlandia. A to dlatego, że w Polsce walczono o to, kogo należy wybrać, by reprezentował nasze państwo. Ewidentne deficyty kompetencji niektórych naszych polityków przeszkadzają im w zobaczeniu, że relacje międzynarodowe nie służą do indyczenia się, ale do realizacji polskiej racji stanu. 

Otwarta debata: nie jesteśmy skazani na polexit

Czy można zapobiec powiększaniu się grupy polskich eurosceptyków, a tych, którzy opowiadają się za polexitem, nakłonić do zmiany zdania? Odpowiedź brzmi: oczywiście.

Trudno jednak założyć, że łatwo będzie przekonywać tych, którzy wiadomości o świecie czerpią z niesprawdzonych źródeł w mediach społecznościowych. Przy możliwościach AI dawna afera Cambridge Analytica, która w wielkiej mierze stała za sukcesem brexitu, wydaje się archaiczna. Dziś fejkowe konta i fejkowe filmy rozpowszechniane są bez wysiłku w setkach milionów wyświetleń.

Mamy też jednak inne opowieści. Filmy dotyczące polskiego sukcesu ekonomicznego. Rolki prezentujące lśniące czystością polskie ulice i dworce. Może warto od czasu do czasu przypomnieć, z jakich pieniędzy była i jest remontowana ta infrastruktura.

Warto też pamiętać o tym, by znów budować instytucje oddolne, realnie wspierające edukację i aktywność obywatelską: NGO’sy, samorządy itd. To działanie wspólnotowe w rzeczywistości.

Musimy oczywiście przywyknąć do tego, że rzeczywistość nie wróci do stanu poprzedniego. Tak jak antyestablishmentowe partie stały się nieodłączną częścią naszego krajobrazu politycznego, tak i polexit jest już trwałym tematem naszej debaty publicznej. Ważne, by rozmawiać o nim otwarcie, nie unikając kontrowersji, bo na tej ostatniej strategii pasą się tylko radykałowie.

Gra toczy się o dużą stawkę. W obliczu polskich podziałów nie jest wykluczone, że zwolenników polexitu będzie przybywać, a w związku z tym w ciągu dekady dojdzie do referendum w sprawie obecności Polski w UE. Gdyby skończyło się ono jak brytyjskie, konstrukcja naszego bezpieczeństwa rozsypałaby się jak domek z kart.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 10/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Polexit: ostrzeżenie