Częścią Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (późniejszej UE) Wielka Brytania była od 1973 r. Wcześniej trzymała się od EWG z dala, a na dodatek Francja, tradycyjny rywal, długi czas nie życzyła sobie obecności Londynu przy wspólnym stole.
W latach 80. charyzmatyczna premier Margaret Thatcher dostrzegła szansę, by w ramach EWG jej kraj uzyskał status specjalny. Wielka Brytania zachowała własną walutę i jako wyspa (wspólnie z Irlandią) nie weszła do strefy Schengen.
Antyunijna narracja jako paliwo polityczne
Od lat 90. na Wyspach rozkręcała się zimna wojna domowa. Większość nastawionych „patriotycznie” mediów obrała sobie Unię za cel: wskazywała wyłącznie na jej wady, najczęściej wyolbrzymiając ich faktyczny rozmiar. Coraz więcej polityków dostrzegło szansę zbudowania popularności na antyunijnej propagandzie.
Kiedy pojawił się przemawiający językiem zwykłego człowieka lider tego ruchu – Nigel Farage – inni, np. Boris Johnson, wskoczyli do brexitowego pociągu. Johnson zresztą, jako korespondent z Brukseli, był autorem wielu dezinformacyjnych artykułów o problemach UE.
Imigracja jako punkt zapalny
W 2004 r. premier Tony Blair zdecydował o otwarciu rynku pracy dla obywateli nowych państw członkowskich. Brytyjczycy, początkowo z sympatią patrzący na setki tysięcy Polaków czy Słowaków, z czasem zaczęli narzekać na masową imigrację. Niektóre popularne gazety, jak „Daily Mail”, stały się wręcz polakożercze. Społeczeństwo i politycy dzielili się coraz bardziej.
W 2013 r. premier David Cameron zapowiedział, że czas przynajmniej na jedno pokolenie zakończyć wojnę domową i zapowiedział referendum o obecności w UE. Sam rekomendował pozostanie w Unii.
Dwie emocje, jeden werdykt
O Brexicie przesądziło kilka czynników: niechęć do „wschodnich Europejczyków”, których nazywano powszechnie „Polakami”, obawy przed masową imigracją w ogóle, poczucie znużenia klasą polityczną i odruch buntu przeciwko zastanemu porządkowi.
Ważnym czynnikiem było zejście się dwóch emocji, w realnym świecie kompletnie do siebie niepasujących, ale w głosowaniu zero-jedynkowym liczył się wspólny sprzeciw. Wielu wyborców ze środowisk robotniczych oskarżało Unię, że to ona jest powodem zamykania fabryk czy kopalń, co doprowadziło do biedy i wykluczenia regionów, gdzie niegdyś kwitło życie. W zapomnienie poszła historia, że to rządy niechętnej EWG premier Thatcher forsowały likwidację ciężkiego przemysłu.
Drugą emocją było przywiązanie do anglosaskiego kapitalizmu, nieskrępowanego regulacjami kontynentalnymi. Obie silnie zabarwiono retoryką „patriotyczną” oraz hasłami o niemożliwych do pogodzenia sprzecznościach z polityką Francji i Niemiec.
Chwytliwe hasło „Odzyskać kontrolę” – w domyśle: nad granicami, finansami, gospodarką, prawem – przypieczętowało brexit. Obóz antyunijny powoływał się na strategiczne relacje z USA, ważniejsze od związków z Europą. Kampania na rzecz wyjścia z UE była wspierana w internecie przez Kreml.
Poranek po referendum
Puentą całego procesu były miny zwolenników wyjścia z UE 24 czerwca 2016 r., kiedy ogłoszono rezultaty referendum. Johnson i jego otoczenie wyglądali na zszokowanych. Budowali reputację na brexicie, którego nie chcieli, albo w który nie wierzyli. Cieszył się tylko Farage, utrzymujący zresztą popularność do dziś dzięki twierdzeniom, że warunki brexitu były złe i trzeba jeszcze bardziej odsunąć się od Europy.
„Tygodnik Powszechny" – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















