Minął miesiąc od wtargnięcia około dwudziestu dronów w polską przestrzeń powietrzną. Opadły już zatem emocje wojenne, które towarzyszyły nam również przy okazji rosyjsko-białoruskich manewrów Zapad 2025. Ludzie w Polsce (przynajmniej chwilowo) przestali myśleć o wykupywaniu makaronu w sklepach i zajęli się swoimi sprawami. Podobnie jak media, a zwłaszcza politycy, którzy wrócili do standardowych tematów polsko-polskiej wojny. Przynajmniej do momentu, kiedy znowu coś na nas spadnie.
Między paniką, a obojętnością
Zaiste niezwykła jest ta sinusoidalność naszej debaty publicznej, a co za tym idzie i polityki, w temacie potencjalnie grożącej nam wojny. Już w marcu 2024 r. w wywiadzie dla „Guardiana” Donald Tusk ogłaszał, że zostało nam 2-3 lata do rosyjskiej inwazji. To by oznaczało, że mamy bardzo niewiele czasu, a nasze życie publiczne powinno niemal w całości kręcić się wokół tematyki wojennej. Tak jednak nie jest.
Nietrudno zatem zadać pytanie, jak to jest z tą wojną – w końcu będzie czy nie będzie? Mamy się bać czy nie mamy? Wierzyć w artykuły o potężnej Rosji stojącej u naszych bram czy raczej w te wieszczące jej szybki upadek gospodarczy i militarny? Szykować się do ewakuacji czy raczej inwestować w rozwój tu, na miejscu?
Zdaję sobie oczywiście sprawę, że na tak postawione pytania nie ma prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Problem polega bardziej na tym, że one wciąż wiszą w powietrzu i są tak naprawdę ignorowane. Wracają tylko co jakiś czas, by po chwili znów zniknąć.
Rozedrgana Polska w poszukiwaniu bezpieczeństwa
Podobna sinusoidalność dotyczy międzynarodowego wymiaru naszego bezpieczeństwa, choć w tym przypadku przyczyny są zgoła odmienne. Mniej więcej co kwartał powraca dyskusja o wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa wobec Polski.
Pojawia się jakaś wypowiedź prezydenta Donalda Trumpa, w reakcji na którą albo nasz prezydent leci do USA potwierdzić stabilność sojuszniczych zobowiązań, albo rząd akcentuje znaczenie europejskich gwarancji. Czasem obie te reakcje ze sobą współgrają. Potem sprawa cichnie, przynajmniej do kolejnej niepokojącej wypowiedzi amerykańskiego prezydenta.
Na to nakładają się oczywiście rosyjskie prowokacje, także w sinusoidalnej częstotliwości, oraz kolejne informacje o nowych zakupach uzbrojenia dla naszego wojska, które jednak nie układają się w spójną opowieść. W efekcie chyba już nikt nie wie, co, gdzie, za ile, a co najważniejsze – dlaczego kupujemy.
Mamy do czynienia z jakimś dziwacznym rozchwianiem i miotaniem się od ściany do ściany, które nie pozostaje z pewnością bez wpływu na społeczną (pod)świadomość. W tym ogólnym rozedrganiu zadaniem mediów jest próba przynajmniej częściowego uporządkowania rzeczywistości.
Na samym początku należy zwrócić uwagę na to, że Rosja zaangażowała zdecydowaną większość swojego potencjału militarnego na kierunku ukraińskim i dopóki wojna się definitywnie nie skończy wygraną Kremla, jej armia będzie tam uwiązana. A że całkowite zwycięstwo oznacza w praktyce kapitulację Kijowa, i co za tym idzie całkowite podporządkowanie całej Ukrainy Rosji (dziś należące do kategorii science fiction), to na horyzoncie nie widać możliwości przesunięcia rosyjskich sił na inny niż ukraiński kierunek.
Świetnie pokazały to manewry Zapad 2025, które zelektryzowały debatę publiczną w Polsce i postawiły państwo (skądinąd słusznie) w stan najwyższej gotowości. W tych hucznie zapowiadanych od dawna ćwiczeniach udział wzięło w porywach kilkanaście tysięcy rosyjskich żołnierzy.
Moskwa nie ma bowiem jakiejś drugiej, zapasowej armii ukrytej gdzieś na Syberii – dziś niemal w całości jest ona zaangażowana na Ukrainie. To zaś oznacza, że ryzyko pełnoskalowej, lądowej ofensywy na państwa NATO, w tym Polskę, jawi się jako mało prawdopodobne. Nawet gdyby Władimir Putin podjął decyzję o takim ataku, czego wykluczyć nie sposób, jego skala będzie mocno ograniczona.
Rosyjska logika
Ta obserwacja ma zresztą kluczowe znaczenie dla całej dyskusji o tzw. potencjale odstraszania, która zdominowała naszą debatę o bezpieczeństwie w ostatnich latach. W zasadzie bezrefleksyjnie przyjęliśmy założenie, że jeśli zainwestujemy wystarczająco dużo w zbrojenia, zwłaszcza w stworzenie „najpotężniejszej armii lądowej na Starym Kontynencie”, Rosja nie podejmie decyzji o ataku.
Zgodnie z taką logiką warto inwestować jak najwięcej w zakup najnowocześniejszej broni, nawet o wartości 5 proc. PKB, bo wojna jest zawsze ogromnym kosztem, który uzasadnia każdy wydatek. Problem polega na tym, że Kreml kieruje się inną logiką.
Gdyby bowiem prezydent Putin i jego otoczenie dokonywali racjonalnych kalkulacji, Rosja nie powinna decydować się na „specjalną operację wojskową”, bo przy ówczesnym, szeroko rozumianym potencjale Rosji z jednej strony, a Ukrainy z drugiej taka operacja nie miała szans powodzenia. A mimo to 24 lutego 2022 r. rosyjskie czołgi najechały naszego wschodniego sąsiada.
To zaś oznacza, że decyzja Kremla o ewentualnej lądowej, pełnoskalowej ofensywie na Polskę czy inne państwa NATO będzie zależna nie tylko od analizy porównawczej potencjałów, co raczej od zdolności Rosji do rozpoczęcia jakiejkolwiek ofensywy. Niezależnie od tego, czy ma ona rzeczywiste szanse na sukces.
Oczywiście inaczej wygląda sytuacja państw bałtyckich, a inaczej Polski, bo istnieją różnice co do tzw. głębi strategicznej (Litwa, Łotwa i Estonia są bardzo małe i nie mają gdzie się cofnąć w razie silnego ataku). Co do zasady jednak rosyjski potencjał lądowy został mocno wyczerpany przez wojnę na Ukrainie i nie widać specjalnie przesłanek, aby miał szansę zostać szybko odbudowany.
A nawet jeśli tak się stanie, to wracamy do wątku ukraińskiego – jak długo Kijów będzie niepodległym podmiotem stosunków międzynarodowych, tak długo Moskwa nie będzie w stanie skoncentrować swojego potencjału militarnego na innym kierunku.
Polsce bardziej grozi chaos niż wojna
Czy to znaczy, że wojna nam nie zagraża? Paradoks polega na tym, że dziś jesteśmy dobrze przygotowani na hipotetycznie możliwą, ale niewielką ofensywę lądową (zakładając m.in. wsparcie lotniczo-wywiadowcze ze strony NATO, a nie mamy przesłanek, by w nie wątpić, co pokazała choćby akcja holenderskich F-35 w trakcie wrześniowego ataku rosyjskich dronów).
Gorzej byłoby z odpowiedzią na inne wrogie działania, gdzie Kreml ma znacznie bardziej rozbudowany potencjał. Dlatego wizja okopów na wschodzie Polski czy jakiejś manewrowej obrony na linii Wisły może jawić się jako atrakcyjny publicystyczny „strzał”, ale nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością.
Zdecydowanie bardziej grozi nam nękanie przy użyciu środków napadu powietrznego (przede wszystkim drony), narzędzi cybernetycznych (ataki na infrastrukturę cyfrową administracji publicznej oraz banków, na systemy zarządzania szeroko rozumianą energetyką, ruchem kolejowym, lotniczym etc.), klasycznych działań dywersyjnych (podpalenia, zatrucie wody, przecięcia podmorskich kabli, niszczenie rurociągów, zamachy bombowe etc.) czy wreszcie dezinformacji, destabilizującej życie społeczne i polityczne.
Zresztą, z tym wszystkim w ostatnich latach, a zwłaszcza miesiącach, mamy już do czynienia. Tyle że przed podobnymi zagrożeniami nie sposób obronić się przy użyciu „największej armii lądowej w Europie”. Czołgi czy systemy artylerii rakietowej typu HIMARS, o których debatujemy od miesięcy i na które wydajemy ciężkie miliardy, są nieprzydatne w zwalczaniu tak opisanych zagrożeń.
Nie postuluję oczywiście całkowitej rezygnacji z odbudowy sił lądowych, zwłaszcza mając na uwadze skalę przekazanego sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Chodzi mi raczej o konieczność wyjaśnienia społeczeństwu, jaka logika stoi za ogromnymi wydatkami publicznymi na zakup konkretnych rodzajów uzbrojenia, zwłaszcza w sytuacji, kiedy według prognoz nasz dług publiczny ma w perspektywie końca dekady wzrosnąć do 75-80 proc. PKB, co może wstrząsnąć polską gospodarką.
Rozumiem, że wojskowi chcą wykorzystać okazję do przeprowadzenia gruntownej modernizacji – to ich obowiązek i trudno mieć o to pretensje. Zwłaszcza jeśli ostatnie 35 lat było czasem ogromnych zapóźnień i niepowodzeń, czego świetnym przykładem jest całkowita klęska Programu Modernizacji Sił Zbrojnych na lata 2014-2022.
Po to mamy jednak polityczną kontrolę nad armią, aby perspektywę generałów zestawiać z szerszą analizą rzeczywistości. W końcu wojna jest przestrzenią także polityczną, a nie wyłącznie wojskową. Nie jest również tak, że każdy wydatek na zbrojenia jest sensownie uzasadniany.
Obrona cywilna wciąż leży na łopatkach
Ta szersza analiza pokazuje nam, że mamy do czynienia z szeregiem innych wyzwań, również dotyczących bezpieczeństwa kraju, które wymagają nierzadko sporych, a niekiedy też bardzo pilnych inwestycji. Tym bardziej że Rosja może w najbliższym czasie zintensyfikować akty agresji, których – np. w postaci podpaleń – dość systematycznie doświadczamy już od pewnego czasu.
Patrząc zwłaszcza na rozwój przemysłu dronowego w Rosji, nie można wykluczyć, iż w niedalekiej przyszłości możemy spodziewać się regularnego nękania nalotami przy użyciu nieuzbrojonych bezzałogowców, a może nawet wyposażonych w głowice bojowe. Wiemy już doskonale, że na dłuższą metę nie jesteśmy w stanie ich strącać przy użyciu myśliwców i drogich rakiet.
Dlatego potrzebujemy „na wczoraj” skutecznego, a zarazem ekonomicznie efektywnego systemu obrony przeciwdronowej. Zresztą wiedzieliśmy to już, zanim rosyjskie Gerbery wleciały do Polski przed miesiącem. To banał, ale jeśli na jakimś odcinku nie warto oszczędzać, to jest nim właśnie obrona powietrzna.
Drugim zadaniem na wczoraj jest kwestia obrony ludności przed takimi zagrożeniami, w co wchodzi zarówno system informowania, jak i infrastruktura schronowa. Staram się dość wnikliwie obserwować politykę publiczną i nie dostrzegłem w ostatnich tygodniach jakichś zintensyfikowanych działań państwa na tym kierunku.
Od 24 lutego 2022 r. zrobiliśmy w tym obszarze naprawdę niewiele, co świetnie udowodniła reakcja (a raczej jej brak) na alarm przeciwlotniczy w powiecie chełmskim, ogłoszony w sobotę 13 września. Oczywiście mamy nową ustawę o obronie cywilnej (weszła w życie 1 stycznia 2025 r.), ale jeśli faktycznie wiszą nad nami poważne zagrożenia, do czego zresztą przekonują nas politycy, tempo jej wdrożenia w życie jest co najmniej opieszałe.
Pomijając krytyczne analizy dotyczące samego aktu prawnego, które wskazywały choćby na kolizję zakresów odpowiedzialności różnych organów włączonych w ochronę ludności oraz zarządzanie kryzysowe, wystarczy zauważyć, że proces wydawania rozporządzeń wykonawczych do ustawy nie został do dziś ukończony.
Co więcej, choć przyjęto w końcu rządowy Program Ochrony Ludności na lata 2025-2026, niektóre samorządy nie otrzymały jeszcze środków na jego realizację, chociaż muszą je wydać do… końca tego roku.
Bezpieczeństwo bez fachowców
W samorządach brakuje też wykwalifikowanych kadr, które mogłyby zająć się na poważnie tym tematem. A nie ma ich choćby dlatego, że płace w administracji samorządowej są tak niskie, iż trudno znaleźć ludzi chętnych do pracy. W efekcie realizacja zadań z zakresu ochrony ludności realizowana jest przez urzędników w wymiarze jednej czwartej, a nawet jednej ósmej etatu, jak wskazują przedstawiciele niektórych gmin.
W tej sprawie u ministra spraw wewnętrznych Marcina Kierwińskiego w sierpniu interweniowało m.in. Stowarzyszenie Gmin i Powiatów Wielkopolski, prosząc o dodatkowe środki właśnie na zatrudnienie dodatkowych pracowników realizujących zadania wynikające z ustawy o ochronie ludności.
Ten przykład udowadnia, że o bezpieczeństwie państwa należy myśleć w sposób kompleksowy. Kwestie militarne to tylko jeden z obszarów, obok którego równie ważną rolę odgrywają: bezpieczeństwo informacyjne, bezpieczeństwo energetyczne czy bezpieczeństwo zdrowotne, a ponad wszystkim – bezpieczeństwo administracyjne, opisujące zdolność instytucji publicznych do koordynowania działań rozmaitych służb i innych podmiotów.
Niestety, łatwiej jest stanąć na konferencji prasowej i ogłosić zakup nowych okrętów podwodnych (nazwanych swoją drogą przez premiera Tuska „łodziami”), niż pochwalić się rzeczywistym usprawnieniem procesów zarządzania w administracji publicznej.
Nie negując potrzeby inwestycji we flotę wojenną (m.in. ze względu na konieczność ochrony bałtyckiej infrastruktury energetycznej), warto byłoby poświęcić więcej uwagi na uporządkowanie choćby systemu zarządzania kryzysowego i relacji pomiędzy przedstawicielami władzy centralnej w terenie i jednostkami samorządu terytorialnego oraz organizacjami pozarządowymi, których rola jest nie do przecenienia.
Ostatnia powódź w dorzeczu Odry z września 2024 r. pokazała bowiem, że mamy w tym zakresie do czynienia ze sporym chaosem kompetencyjno-informacyjnym (pomijając już kwestie braku sprawnego systemu szyfrowanej łączności pomiędzy służbami, o którym mówi się od wielu lat).
Studia przypadku reakcji państwa na wspomnianą powódź, które niezależnie od siebie przygotował zespół pod kierunkiem Jakuba Wygnańskiego z Fundacji Stocznia oraz zespół kierowany przez prof. Marcina Kotrasa w raporcie przygotowanym na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego, stanowią w tej materii niezwykle cenne źródło wiedzy.
Jedyna droga do bezpieczeństwa
Podsumowując, choć nie mamy większego wpływu na decyzje podejmowane przez Kreml, a strategia odstraszania raczej nie daje nam żadnych gwarancji, pozostaje z jednej strony zachowanie spokoju i niepodkręcanie okołowojennego rozedrgania, z którego nic poza chaosem nie wynika, a z drugiej strony systematyczna, energiczna praca nad niezbyt spektakularnymi elementami szeroko rozumianego systemu bezpieczeństwa.
Jeśli faktycznie mamy wydawać tak dużo na obronę, do czego się zobowiązaliśmy na forum NATO, spożytkujmy te ogromne środki na realizację bardziej rozsądnych celów, układających się w systemowe zabezpieczenie państwa, niż wyłącznie na zakup drogiego uzbrojenia, głównie zza oceanu.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















