Co z poborem w Polsce? Generałowie chcą, politycy nie wiedzą jak

Czy można stworzyć silną armię tylko z ochotników i zawodowców? Polscy generałowie, apelujący o powrót obowiązkowej służby wojskowej, wiedzą już, że nie.
Czyta się kilka minut
Przysięga żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. Wrocław, 28 października 2023 r. // Fot. Krzysztof Zatycki / Forum
Przysięga żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby wojskowej. Wrocław, 28 października 2023 r. // Fot. Krzysztof Zatycki / Forum

Komentarze do wyników tego badania były łatwe do przewidzenia. Aż 49,1 proc. polskich mężczyzn nie stanęłoby do obrony kraju w przypadku zagrożenia wojną – podało pod koniec września Radio Zet, przywołując sondaż zamówiony w pracowni IBRiS. Z badania wynikało, że wśród obywateli w wieku od 18 do 29 lat odsetek potencjalnych maruderów sięga 69 proc. Na szczęście Rzeczpospolita może też liczyć na swoje córy. Gotowość walki za kraj zadeklarowała co trzecia Polka.

To tylko sondaż – można by rzec i przypomnieć podobne badania w Ukrainie, które nie zapowiadały takiej mobilizacji tamtejszego społeczeństwa, jakiej zimą i wiosną 2022 roku z podziwem przyglądał się niemal cały świat. Można by też sięgnąć po statystyki i wyliczyć, że wspomniane 49,1 proc. w odniesieniu do populacji polskich mężczyzn w wieku mobilizacyjnym (18-60 lat) to wciąż przeszło pięć milionów osób. Armia – dosłownie i w przenośni – zdolna swoją liczebnością dać odpór właściwie każdemu napastnikowi.

Stawiając tak mocny akcent na młodych, badanie IBRiS-u przypadkowo odsłania jednak najsłabsze ogniwo polskiego konceptu „największej armii lądowej Europy”, budowanej wyłącznie w oparciu o żołnierzy zawodowych i ochotników.

Demografia nie jest sojusznikiem armii

Sygnałem alarmowym nie jest nawet to, że blisko siedmiu na dziesięciu polskich dwudziestolatków nie poczuwa się do obowiązku obrony kraju. Problem stanowi sama liczebność tej grupy wiekowej, która obecnie ledwie przekracza 2 mln mężczyzn. Za dziesięć lat będzie w niej ponad 50 tysięcy więcej potencjalnych poborowych, ale to łabędzi śpiew polskiej demografii. W kolejnej dekadzie populacja dwudziestolatków stopnieje już do 1,86 mln. A dalej będzie tylko gorzej.

Trzystutysięczna armia, w szeregach której niemal 190 tys. stanowić mają zawodowcy, będzie tymczasem co roku potrzebować aż 61,5 tys. nowych chętnych tylko po to, żeby jej szeregi znów nie zaczęły topnieć – to wyliczenia dr. Michała Piekarskiego, badacza polityki bezpieczeństwa z Uniwersytetu Wrocławskiego, który na zlecenie Senatu RP przygotował analizę zaplecza demograficznego dla rozbudowy Wojska Polskiego. Aby osiągnąć wspomnianą liczebność w ciągu najbliższej dekady, od ubiegłego roku nasza armia powinna zwiększać stan osobowy aż o 11 tys. osób rocznie. I już wiadomo, że będzie to niewykonalne. W roku 2023, pierwszym pełnym po wejściu w życie ustawy o obronie ojczyzny, wojsku udało się zwiększyć stan osobowy o 29036 mundurowych, z czego 16022 stanowili żołnierze zawodowi. W ubiegłym roku armii przybyło jedynie 13384 żołnierzy, w tym 10107 zawodowców. Kolejne roczniki poborowych będą jeszcze mniej liczne.

Czy wojsko jest takim samym pracodawcą jak inni?

Sytuację armii pogarsza fakt, że musi dziś walczyć o rekrutów na tym samym rynku pracy, na którym działają firmy prywatne, od dekad szlifujące taktykę rekrutacji. Owszem, wynagrodzenie początkującego szeregowca jest dziś o ponad 25 proc. wyższe od krajowej pensji minimalnej, ale w pakiecie często dostaje się także niewdzięczną, nieprzewidywalną, a często po prostu niebezpieczną posadę, która na dodatek może oznaczać przeprowadzkę na odludzia. O ograniczonych możliwościach szybkiego awansu i podwyżek w wojsku najdobitniej świadczy z kolei fala odejść ze służby zawodowej tych, którzy kończą 26 lat i tracą przywilej zerowej stawki PIT.

Ze zrozumiałych powodów wojsko nie podaje tych danych do publicznej wiadomości. Nie chwali się też odsetkiem żołnierzy dobrowolnej zasadniczej służby, którzy odchodzą przed jej zakończeniem, zniechęceni brakami sprzętu, specyfiką organizacji opartej na hierarchii i posłuszeństwie, a czasem po prostu chamstwem przełożonych. Zawodowi podoficerowie, ukształtowani często jeszcze przez armię z poboru, z osłupieniem przyjmują reakcje podwładnych, którzy na ostrzejszą reprymendę potrafią odpowiedzieć „pan nie będzie na mnie krzyczał”, po czym zrzucają mundur. Z punktu widzenia dowódców, którzy muszą nie tylko zadbać o obsadzenie wszystkich stanowisk w jednostkach (z czym aktualnie nie ma jeszcze problemu), ale też o zbudowanie kilkusettysięcznego zaplecza wyszkolonych rezerwistów (dla rozwinięcia mobilizacyjnego na wypadek wojny), oznacza to jedno. Pełzający kryzys kadrowy, któremu zapobiec może tylko powrót obowiązkowej służby wojskowej.

Rośnie poparcie dla poboru, ale większość Polaków wciąż jest przeciwna

Oficjalnie temat nie istnieje. MON o niczym nie słyszało. Sztab generalny również urzędowo pęka z dumy z powodu wykonania celów rekrutacyjnych na pierwsze półrocze. Nieoficjalnie wojskowi i cywilni decydenci przyznają jednak, że nad polską obronnością pobór wisi jak miecz Damoklesa. Pytanie nie brzmi, czy jest potrzebny, lecz czy ktoś w końcu spojrzy trzeźwo na realia demograficzne i odważy się go wprowadzić. 

Ramy ustawowe do przywrócenia zawieszonej 17 lat temu tzw. „zetki” już istnieją, choć wymagałyby drobnej korekty, aby umożliwić także nadanie służbie nowocześniejszej, mniej opresyjnej formy. Ustawa o obronie ojczyzny, w której w 2022 roku zebrano 14 innych aktów prawnych regulujących polską obronność, stanowi, że zasadnicza służba wojskowa trwa dziewięć miesięcy i w uzasadnionych sytuacjach może zostać wydłużona maksymalnie o kolejne pół roku – zarazem Rada Ministrów może ją również skrócić. 

W ustawie podkreślono, że służba odbywa się „w jednym nieprzerwanym okresie”, ale to też da się poprawić z pomocą stosownej noweli. Jednak zarówno w przypadku przywrócenia poboru w dotychczasowym trybie, jak i przy próbach zmiany jego formy, niezbędna będzie zgoda prezydenta. W sprawach związanych z obronnością i Tusk, i Nawrocki deklarują współpracę, możliwe więc, że tym razem obeszłoby się bez weta. Tylko czy rząd odważy się wyjść z taką propozycją? Wątpliwe. Przeciwników powrotu „zetki” nie ma dziś wprawdzie tylu, ilu było jeszcze w 2022 roku, gdy nie chciało o niej słyszeć 57 proc. Polaków. Ale 55 proc. respondentów, którzy dziś uważają, że należy ją przywrócić, to wciąż za mało, by ryzykować przegranie wyborów.

Dała przykład Skandynawia, jak werbować mamy

Odwieszona zasadnicza służba wojskowa na pewno nie może przypominać tej z lat 80. czy 90.: miesięcy bezproduktywnego gnicia w koszarach, tzw. fali i innych patologii. Polscy oficerowie i decydenci nie kryją, że ich inspiracją jest model fiński, czyli niewielka, świetnie wyszkolona i wyposażona armia zawodowa, którą można błyskawicznie wzmocnić tysiącami rezerwistów, solidnie przeszkolonych podczas obowiązkowej służby zasadniczej. Do około 30 tys. żołnierzy zawodowych, w ramach rozwinięcia mobilizacyjnego, Finlandia jest więc w stanie szybko dorzucić około 280 tys. rezerwistów z dziesięciu ostatnich poborów, którzy regularnie uczestniczą w ćwiczeniach z taktyki, strzelectwa i pierwszej pomocy. Łączne zasoby przeszkolonej rezerwy dostępnej dla fińskiej armii sięgają nawet 900 tys. A wszystko to w kraju o populacji niewiele większej od liczby mieszkańców województwa mazowieckiego!

Służba wojskowa jest w Finlandii obowiązkowa, ale nie znaczy to, że każdy pełnoletni obywatel trafia tam do wojska. Armia nie przerobiłaby tylu rekrutów. Na etapie wstępnej kwalifikacji wojsko wybiera sobie z objętego poborem rocznika najlepiej rokujących kandydatów i następnie kieruje ich na szkolenie. Służbę można odbywać etapami, łącząc z pracą lub studiami. Można też odsłużyć ją w instytucjach publicznych.

I do Polski, zmagającej się z zapaścią demograficzną, i do naszej armii, która jeszcze nie odbudowała się logistycznie po dekadach zapaści, tamtejsze rozwiązania zdają się pasować idealnie. Jest tylko jeden problem. Przymierzając fiński mundur, Wojsko Polskie nie chce także zacząć myśleć po fińsku.

O czym mówimy naprawdę, kiedy rozmawiamy o obronie kraju?

Polski dystans do munduru można oczywiście tłumaczyć odwiecznym genem indywidualizmu albo zwalić całą winę na złe chowanie młodzieży, która gremialnie ziewa na patriotyzm. Można jednak też zadać pytanie, czy młodzi Polacy mają dziś w Polsce kraj, z którym identyfikują się na tyle, by być gotowymi zań walczyć. I czy ten kraj umie z nimi o tym rozmawiać zrozumiałym dla nich językiem. 

Każda armia jest bowiem w istocie armią kontraktową. W jednych – jak dziś w Rosji – przedmiotem kontraktu są pieniądze za służbę na froncie. W innych służbą można odpłacić krajowi za to, co zapewnia obywatelowi. W brytyjskich filmach zachęcających do założenia munduru można np. zobaczyć dziewczynę, która wyjaśnia, że zaciągnęła się, żeby bronić siebie i swojej żony. A szerzej – także państwa, które gwarantuje każdej mniejszości, że będzie traktowana tak samo jak większość. Czy polscy obywatele LGBTQ+ chcieliby założyć polski mundur z tego samego powodu? 

„Devenez vous-même”, czyli „stań się sobą” – to już slogan rekrutacyjny armii francuskiej, która podkreśla nim, iż szkoląc żołnierza, zarazem kształtuje człowieka w zgodzie z jego potrzebami. „Rób to, co naprawdę się liczy” – apeluje z kolei Bundeswehra do niemieckiego zmysłu pragmatyczności. Amerykanie podbijają wątek dumy z bycia obywatelem (lub kandydatem na obywatela) najsilniejszego państwa świata. Armia to jedność, armia to każdy z nas – przekonują.

Co mówi dziś Wojsko Polskie? „Sześć tysięcy trzysta złotych miesięcznie, już od pierwszego dnia służby”. 

Bezpieczeństwa kraju nie da się kupić

Trzeba przyznać, że jest w tej ofercie bezczelna szczerość. Państwo polskie, które w wielu sferach wciąż nie umie wyjść poza logikę wolnorynkowej transakcji, przez lata identycznie myślało przecież o bezpieczeństwie. Nasze zaangażowanie w Iraku i Afganistanie, politycznie i militarnie dyskusyjne, moralnie czasem wręcz nie do obrony, było rodzajem polisy ubezpieczeniowej, opłacanej u Wuja Sama walutą gorliwości. 

Pod uczestnictwo w misjach pokojowych i stabilizacyjnych w dwóch pierwszych dekadach tego stulecia układaliśmy całe swoje siły zbrojne i na usprawiedliwienie mamy dziś jedynie to, że nie tylko my popełniliśmy ten błąd. Problem w tym, że wychodząc z tej ślepej uliczki, nadal myślimy o bezpieczeństwie czysto transakcyjnie.

W przyszłym roku na obronność chcemy wydać łącznie 201 mld zł, czyli rekordowe 4,83 proc. PKB. Kupimy za to nowy sprzęt dla wojska, próbując tym zdobyć także uznanie u aktualnego gospodarza Białego Domu, który uważa, że członkowie NATO powinni łożyć na obronę 5 proc. PKB. Spróbujemy też zwabić do wojska kolejne tysiące młodych Polaków, kusząc ich dobrymi zarobkami. Nic w tym złego, a wręcz przeciwnie, podobnie jak w zakupach uzbrojenia dla głodzonej latami armii. Chodzi jednak o to, że poza tym nie ma nic. Polskie myślenie o bezpieczeństwie, kiedyś kręcące się tylko wokół sojuszu, obecnie znowu koncentruje się na jednym planie. Tym razem wydatkowym. Zafundujmy sobie silną armię, reszta zrobi się sama.

Istnieje niestety duże prawdopodobieństwo, że w ten sposób zbudujemy jednak państwo silne tylko na pozór. Nie chodzi wyłącznie o to, że w pewnym momencie może braknąć dostatecznej liczby rąk do prowadzenia nowoczesnych czołgów czy latania supermyśliwcami. Architektura bezpieczeństwa oparta tylko na jednym elemencie, silnej armii, będzie podręcznikowym zaprzeczeniem Talebowskiej „antykruchości”, czyli zdolności do absorpcji ciosów bez większej szkody dla całości. Będzie także karykaturą modelu fińskiego, w którym armia czerpie z siły społeczeństwa i zgrania całego państwa, a nie żyje jego kosztem.

W opracowaniach dotyczących skandynawskiego modelu obronności czasem pojawia się punkt mówiący o prawach i obowiązkach szwedzkich posiadaczy samochodów terenowych. Na wypadek wojny armia może je skonfiskować, podobnie jak polska. Na co dzień wybrane i odpowiednio zabezpieczone fragmenty wojskowych poligonów stoją jednak otworem przed właścicielami terenówek, o ile tylko nie ćwiczą tam żołnierze. W Polsce za to samo grozi grzywna.


Na wypadek W

Podstawowym zasobem mobilizacyjnym Wojska Polskiego jest dziś tzw. aktywna rezerwa, czyli osoby, które zgłosiły się do takiej służby. Pełni się ją raz na kwartał, przez co najmniej dwa dni w czasie wolnym od pracy lub podczas dwutygodniowych szkoleń, co najmniej raz na 3 lata. Gdy aktywnym rezerwistą jest były żołnierz zawodowy lub osoba bezrobotna, czas trwania służby nie może przekroczyć 90 dni w roku. Za każdy dzień przysługuje wynagrodzenie uzależnione od stopnia wojskowego.

Aktywną rezerwę tworzą osoby, które nie ukończyły 55. roku życia, a w przypadku byłych zawodowych podoficerów lub oficerów – 63. roku życia. Zamiarem było stworzenie grupy, po którą armia może sięgnąć błyskawicznie w ramach rozwinięcia mobilizacyjnego, czyli zwiększenia liczebności istniejących jednostek. Aktywni rezerwiści mają stale utrzymywać wysoki poziom wyszkolenia, znać taktykę i radzić sobie z obsługą nowoczesnego uzbrojenia. 

Na rezerwę pasywną, czyli jeszcze głębszy zasób mobilizacyjny, składają się natomiast wszystkie osoby, które odbyły służbę wojskową. Ich ćwiczenia mogą być jednodniowe, krótkotrwałe (do 30 dni), długotrwałe (do 90 dni) lub rotacyjne (łącznie do 30 dni, odbywane z przerwami w określonych dniach w ciągu danego roku kalendarzowego). 

Ustawa przewiduje też powszechną mobilizację pełnoletnich mężczyzn do 60. roku życia, uznanych za zdolnych do pełnienia służby i nieposiadających innych przydziałów mobilizacyjnych (np. elektrycy, kolejarze czy personel medyczny). Przepisy nie wykluczają również mobilizowania kobiet. 

Poborowi, którzy chcieliby zniknąć armii z radarów, mogą to jednak nadal zrobić – bezkarnie. W Polsce mamy obowiązek meldunkowy, ale bez sankcji za jego niedopełnienie. Namieszali posłowie, którzy w ramach prac nad nową ustawą o ewidencji ludności w 2010 r. szykowali się do zniesienia tego obowiązku. W ostatniej chwili wydłużono funkcjonowanie przepisu do 2014 r., ale z kodeksu wykroczeń zawczasu wykreślono art. 147 par. 1, który przewidywał dla uchylających się od zameldowania karę grzywny, nagany lub ograniczenia wolności. Wiosną br. rząd zapowiedział przywrócenie sankcji. Minęły wakacje. Artykułu 147 nadal nie ma w kodeksie wykroczeń.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 41/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Jakie wojsko idzie drogą