Kwestia niemiecka. Dlaczego nie da się od niej uciec

Relacje Warszawy z Berlinem od lat układają się źle, bez względu na polityczne zmiany po obu stronach Odry. Tyle że bez Niemiec nie da się dziś myśleć ani o bezpieczeństwie, ani o przyszłości Europy.
Czyta się kilka minut
Symboliczne przecięcie płotu granicznego przez uczniów szkół polskich i niemieckich w związku z przystąpieniem Polski do strefy Schengen. Świnoujście, 21 grudnia 2007 r. // Fot. Daniel Szysz / Reporter
Symboliczne przecięcie płotu granicznego przez uczniów szkół polskich i niemieckich w związku z przystąpieniem Polski do strefy Schengen. Świnoujście, 21 grudnia 2007 r. // Fot. Daniel Szysz / Reporter

Ratujcie mnie, biją mnie Niemcy!” – słowa Jana Rokity przeszły do historii polskiej polityki i dobrze obrazują stosunek, zwłaszcza naszej prawicy, do sąsiadów zza Odry. Można je wykorzystać niemal w każdej sytuacji jako klucz zamykający debatę. A że „argumentum ad Teutones” wykorzystano także przy dyskusji nad ustawą w sprawie SAFE, warto się przyjrzeć, dlaczego „karta niemiecka” wciąż ma nad Wisłą tak ogromną siłę oddziaływania.

I warto przy tym podkreślić, że nie jest to wyłącznie polska fobia – Anglicy mają swoje German question, Francuzi question allemande, Włosi questione tedesca, wreszcie sami Niemcy – Deutsche Frage. Nie da się na naszym kontynencie uciec od pytania o rolę Niemiec. To ogromne państwo w sercu Europy, z największą na naszym kontynencie liczbą ludności.

Jeśli do tego uwzględnimy Austriaków, niemieckojęzycznych Szwajcarów, Francuzów czy Belgów (ale także mniejszości z takich krajów jak Rumunia – poprzedni prezydent Klaus Iohannis był siedmiogrodzkim Sasem), wyjdzie nam, że co piąty mieszkaniec Starego Kontynentu należy do niemieckiego kręgu kulturowego.

Bez Niemiec żaden projekt nie ma szans

Losy Europy zależały i nadal zależą od Niemiec. Projekty integracyjne pojawiały się tylko wtedy, kiedy funkcjonowały one jako zwarty organizm polityczny. Ilekroć przodkowie naszych zachodnich sąsiadów zaczynali się dzielić, Europa wchodziła albo w stan wojny wszystkich ze wszystkimi (vide wojna trzydziestoletnia), albo chwiejnej równowagi, którą obserwowaliśmy po Kongresie Wiedeńskim.

Czasem projekty integracyjne miały charakter pokojowy (Otton III czy Konrad Adenauer), a czasem agresywny, nacjonalistyczno-militarny (Adolf Hitler). Paradoksalnie jednak, nawet w tym drugim przypadku nie można całkowicie pominąć faktu, że pierwsze inicjatywy integracyjne lat 50. XX wieku były wzorowane na pomysłach... nazistowskiego ministra przemysłu, Alberta Speera. Henri de Saint-Simon, utopijny socjalista epoki postnapoleońskiej, który bodaj jako pierwszy zaprojektował ideę europejskiej demokracji parlamentarnej, wyraźnie wskazywał, że bez Niemców projekt ten nie ma szans.

Trudno się zatem dziwić, że także w Polsce uważnie patrzymy na Niemcy, i również nad Wisłą stanowią one kluczowy punkt odniesienia. Oczywiście nasze zainteresowanie nie wynika wyłącznie z rozważań na temat integracji europejskiej; wystarczająco często byliśmy ofiarą niemieckiego Drang nach Osten. Wbrew pozorom nasze relacje w ostatnich 100 latach pełne są jednak zwrotów akcji, które mają wpływ na polskie postrzeganie Niemiec i Niemców.

Logika tymczasowości i strach przed rewizjonizmem

Zacznijmy od Republiki Weimarskiej, która prowadziła wobec II Rzeczypospolitej politykę jawnie wrogą. Już w 1925 r. postwersalskie Niemcy wywołały wojnę celną, której celem było załamanie gospodarki młodego polskiego państwa i wymuszenie zmian terytorialnych. Zresztą kryzys gospodarczy spowodowany wojną celną stał się jedną z przyczyn zamachu majowego.

Nie ma potrzeby omawiać czasów hitlerowskich (stosunek ówczesnych Niemców do Polaków znamy aż za dobrze), przejdźmy od razu do lat powojennych. W pierwszym okresie, poza naturalną „nienawiścią ludową”, komunistyczne państwo nie koncentrowało się na Niemczech. Głównym wrogiem był raczej kolektywny Zachód, a jeśli już pojawiało się określenie „faszysta”, często nie było związane z przynależnością do narodu niemieckiego. 

Warto przy tym zauważyć, że nawet „na dołach” stosunek wobec Niemców bywał zróżnicowany. Choćby wielu repatriantów, którzy zajęli poniemieckie mienie, przez jakiś czas żyło obok prawowitych właścicieli. Sam pamiętam wspomnienia babci, która opowiadała, że w 1945 r., po przyjeździe do Bytomia pomagała im przetrwać właśnie Niemka, która nie wyjechała od razu na zachód. Nie można też ignorować faktu, że wartość materialna, ale i cywilizacyjna poniemieckiego majątku, pozostawionego na tzw. Ziemiach Odzyskanych, była niebagatelna.

Problem polegał bardziej na tym, że RFN przez lata nie uznawała granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. W efekcie przez ćwierć wieku ludzie funkcjonowali na tych ziemiach w logice tymczasowości, co miało niewątpliwie wpływ na stan przejętej infrastruktury, która bez inwestycji systematycznie niszczała. Warto też pamiętać, że również Kościół katolicki długo traktował te tereny jako sporne – tymczasowa administracja została zastąpiona regularnymi diecezjami dopiero w 1972 r.

List biskupów i polsko-niemieckie pojednanie

Wspominam o Kościele, bo w jakimś sensie stał się katalizatorem zmian w relacjach polsko-niemieckich. Kiedy abp Bolesław Kominek i kard. Stefan Wyszyński wystosowali w 1965 r. pamiętny list do biskupów niemieckich, władza komunistyczna wykorzystała go jako doskonały pretekst do uderzenia w Kościół. Dodajmy, atak był skuteczny, gdyż zdecydowana większość wiernych ani nie rozumiała, ani nie akceptowała inicjatywy hierarchów. Trzeba jednak dodać, że odpowiedź niemieckich biskupów była niezadowalająca, do tego stopnia, że sam Wyszyński miał po latach trochę żałować swej inicjatywy. 

Czasy gomułkowskie (ale i gierkowskie) to zresztą moment, w którym w polskiej polityce zaznacza się wyraźny antyniemiecki resentyment. Przejawia się także w kulturze masowej – właśnie wtedy na ekrany trafiły dwa kultowe seriale: „Czterej pancerni i pies” (pierwsza emisja w latach 1966-1970) oraz „Stawka większa niż życie” (1967-1968). Nagle wrogiem przestał był kolektywny Zachód, a stały się nim Niemcy. Znaczna część dzisiejszych elit politycznych była formowana w tym okresie w antyniemieckim duchu.

Sytuacja zmieniła się dopiero na przełomie lat 70. i 80. XX wieku; w jakimś sensie zawdzięczamy to inicjatywie Kominka i Wyszyńskiego. Za sprawą wsparcia m.in. niemieckich kardynałów Karol Wojtyła został wybrany na Stolicę Piotrową, a kilka lat później Kościół w Niemczech aktywnie zaangażował się w pomoc dla Polaków dotkniętych stanem wojennym. Niemiecka poczta nie pobierała opłat za wysyłanie paczek z darami do Polski, i w latach 1981-1983 trafiły do nas miliony przesyłek z RFN, a czasem też z NRD. Dodatkowo, niemieckie fundacje kościelne zaczęły hojnie dotować polskie parafie. 

Równocześnie niemieckie elity polityczne z socjaldemokratycznym kanclerzem Helmutem Schmidtem na czele dość krytycznie odnosiły się do ruchu Solidarności, widząc w nim zagrożenie dla zimnowojennego odprężenia lat 70. W konsekwencji PZPR złagodziła antyniemiecką retorykę.

Złote czasy lat dziewięćdziesiątych

W efekcie pomimo gomułkowskiej, antyniemieckiej nagonki wchodziliśmy w okres transformacji z dość przyjaznym stosunkiem do Niemiec. Na pewno zjednoczenie RFN i NRD nie budziło u nas tak dużych kontrowersji jak we Francji, tym bardziej że w nowym państwie widzieliśmy ambasadora naszych europejskich aspiracji.

Lata 90. XX w. to złoty okres relacji polsko-niemieckich, choć już wówczas pojawiły się ostrzeżenia o fasadowości ówczesnych stosunków – w 1994 r. Klaus Bachmann pisał o tzw. kiczu pojednania (Versöhnungskitsch). Mimo to w okresie przedakcesyjnym prawdziwym bohaterem polskich mediów stał się pochodzący z Niemiec unijny komisarz ds. rozszerzenia Günter Verheugen – „pan życia i śmierci”, od którego zależało wpuszczenie nas do europejskiego raju. 

W tamtym czasie straszenie Niemcami uchodziło wręcz za szaleństwo.

Sytuacja zaczęła się zmieniać na początku XXI wieku, czemu towarzyszyło postępujące od czasu amerykańskiej interwencji w Iraku zbliżenie między Berlinem a Moskwą. Jego owocem była decyzja o budowie Gazociągu Północnego, który większa część polskich elit uznała za zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. 

Warto przypomnieć, że Radosław Sikorski, szef MON w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, porównał tę inwestycję do paktu Ribbentrop–Mołotow. Jednocześnie, jeszcze przed wejściem Polski do UE, zaktywizował się Niemiecki Związek Wypędzonych z Eriką Steinbach na czele, straszący odebraniem niemieckich majątków utraconych po 1945 r. Złota era się skończyła – we wrześniu 2004 r. Sejm przyjął niemal jednogłośnie uchwałę w sprawie reparacji wojennych od Niemiec. Głosowali za nią zgodnie Leszek Miller, Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. 

Antyniemiecka szajba polskiej radykalnej prawicy

Jednak wzajemne relacje wyraźnie pogorszyły się dopiero w trakcie pierwszych rządów PiS – choć jednym z ważnych elementów tej zmiany była antyniemiecka „szajba” nie tyle braci Kaczyńskich, co bardziej radykalnej części polskiej prawicy, wszędzie węszącej niemieckie wpływy i spiski. 

Zarazem nie można ignorować faktu, że w tamtym czasie Berlin próbował przeforsować korzystny dla siebie system głosowania w Radzie UE, na którym traciły nowe państwa członkowskie. Niemiecka dyplomacja działała wówczas w ostry sposób, wywierając presję na inne państwa regionu, by nie poparły naszej propozycji tzw. systemu pierwiastkowego. Dodatkowo braci Kaczyńskich bardzo dotknęły porównania do kartofli w niemieckiej gazecie.

Powrót do bardziej przyjaznych relacji z Berlinem, który nastąpił już za czasów pierwszego gabinetu Tuska, wynikał bardziej z presji Waszyngtonu i resetu w relacjach amerykańsko-rosyjskich, niż z własnej woli. PO miała bowiem w pamięci zarówno negocjacje nad traktatem lizbońskim, jak i niemiecką presję, aby skasować NATO-wskie aspiracje Gruzji i Ukrainy podczas szczytu w Bukareszcie w kwietniu 2008 r.

Wbrew późniejszej propagandzie PiS, pierwszy rząd Tuska wcale nie był radykalnie proniemiecki. Co więcej: gdy Berlin porzucił nas na ostatniej prostej negocjacji unijnego budżetu na lata 2014-2020, polska dyplomacja postanowiła dać temu wyraz i w corocznym exposé ministra spraw zagranicznych wiosną 2013 r. Radosław Sikorski po raz pierwszy nie wymienił Berlina jako najważniejszego partnera Warszawy.

Miejsce to zajęła... Grupa Wyszehradzka. Kiedy zaczęła się z kolei wojna na Ukrainie, mimo ogromnego zaangażowania Sikorskiego, Polska nie została włączona do tzw. formatu normandzkiego, w którym Niemcy i Francja podejmowały decyzje niekoniecznie zbieżne z naszą racją stanu. Dodatkowo, jeszcze w 2015 r. Berlin zaczął rozmowy na temat drugiej nitki Gazociągu Północnego. Tezy o wielkiej miłości rządu PO-PSL do Niemiec są więc mocno przesadzone.

Kaczyński i Merkel: niespełniony reset

Paradoksalnie próba poważniejszego resetu we wzajemnych relacjach nastąpiła dopiero po przejęciu władzy przez Zjednoczoną Prawicę, kiedy doszło do tajnego spotkania pomiędzy kanclerz Angelą Merkel a Jarosławem Kaczyńskim na zamku w Mesebergu. Nie znamy szczegółów tamtej rozmowy, ale w lutym 2017 r. Merkel przyjechała do Warszawy z zapowiedzią nowego otwarcia. Jednym z jego elementów była „północna” orientacja polskiej polityki europejskiej – rząd w Warszawie wspierał na unijnym forum kluczowe propozycje Berlina, choćby w zakresie unii bankowej.

Wszystko załamało się już miesiąc później, kiedy polski rząd doznał pamiętnej porażki 27:1 w sprawie przedłużenia mandatu Donalda Tuska jako przewodniczącego Rady Europejskiej. Wydaje się, że ta historia jednoznacznie zamknęła dobry okres, a obóz Kaczyńskiego wskoczył na gomułkowskiego, antyniemieckiego konia, na którym galopuje do dziś. Choć jednocześnie warto zauważyć, że na forum UE rząd Mateusza Morawieckiego do samego końca widział się jako reprezentanta opcji „północnej”, a bliskie relacje między Morawieckim a Wolfgangiem Schäuble nie były dziełem przypadku.

Jeśli dodamy do tego fakt, że wbrew oczekiwaniom rząd koalicji 15 X wcale nie dokonał resetu w relacjach z Berlinem, a nasze stosunki są mimo wszystko nadal niezbyt ciepłe (przykładem choćby deklaracja Tuska w sprawie oczekiwania od Niemiec zadośćuczynienia za straty wojenne), to wyjdzie nam, że za wyjątkiem złotych (pozłacanych?) lat 90., stosunki polsko-niemieckie wcale nie są dobre. I to niezależnie od tego, kto rządzi po obu stronach Odry. 

Jakimś symbolicznym świadectwem tych trudności jest brak upamiętnienia polskich ofiar II wojny światowej w Berlinie, ukazujący, że odpowiedzialność za obecny stan rzeczy nie leży wyłącznie po naszej stronie.

Nawet polscy „młodzi, wykształceni i z wielkich miast” nie pałają jakąś wielką miłością do Niemców, co pokazały badania Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego z jesieni 2022 r. Warto przypomnieć też powszechne oburzenie na Berlin, który na początku pełnoskalowej inwazji rosyjskiej zadeklarował wysłanie na Ukrainę 5 tys. hełmów, stawiając de facto krzyżyk na Kijowie.

Jeśli integracja, to mimo wszystko z Berlinem

Nie musimy Niemców kochać. Nie możemy jednak zapominać, że są najważniejszym partnerem handlowym Polski, a my w niedalekiej przyszłości wskoczymy na podium analogicznej statystyki po niemieckiej stronie. Co więcej, w świetle wycofywania się USA z Europy, to właśnie Niemcy stanowią coraz ważniejszy punkt odniesienia w naszej polityce bezpieczeństwa. Wreszcie, nie ma Unii bez Niemiec, a jeśli widzimy wartość w integracji europejskiej, to musimy się z Berlinem jakoś dogadać.

Nawet jeśli to trudny i uparty partner, u którego na dokładkę coraz większe poparcie zyskuje skrajna prawica spod znaku AfD – nie zwalnia nas to z pragmatyzmu. Rozkręcanie antyniemieckiej fobii skończy się bowiem, jak za PRL, zdystansowaniem wobec całego Zachodu, a stąd droga do polexitu jest bliższa, niż się wielu wydaje.  

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Kwestia niemiecka