Przekleństwo wody: czy państwo poradzi sobie z suszą i powodziami?

Rolnictwo, przemysł, deweloperzy, spółki samorządowe, żegluga śródlądowa. W grze o wodę ścierają się różne grupy interesów. Tracimy na tym wszyscy.
Czyta się kilka minut
Niski poziom wody na Jeziorze Czorsztyńskim. Maniowy, luty 2025 r. // Fot. Grzegorz Momot / PAP
Niski poziom wody na Jeziorze Czorsztyńskim. Maniowy, luty 2025 r. // Fot. Grzegorz Momot / PAP

Przeszliśmy przez zimę w przekonaniu, że spadło zaskakująco dużo śniegu, tymczasem były to kolejne miesiące z ekstremalnie niskim poziomem opadów. W grudniu 2025 r. ilość deszczu na południu kraju nie przekroczyła 25 proc. średniej z lat 1990-2020, a w innych częściach Polski nawet się do niej nie zbliżyła. Styczeń (za wyjątkiem Pomorza) wyglądał niemal identycznie, podobnie luty i początek marca.

Nawet biorąc pod uwagę mokry listopad i dłuższe zaleganie pokrywy śnieżnej, wejdziemy w tę wiosnę w stanie suszy hydrologicznej. Kolejny rok z rzędu, bo ostatni raz nie zanotowano jej 5 lat temu. Jeszcze gorzej wygląda to pod powierzchnią. Według danych Państwowego Instytutu Geologicznego, na koniec lutego 48 proc. stacji pomiarowych pokazywało wysokie albo umiarkowane zagrożenie niżówką hydrogeologiczną.

Polska pustynnieje, nawet jeśli wielu z nas jeszcze tego nie zauważyło, a jednocześnie coraz częściej musimy mierzyć się z powodziami – zarówno tymi wielkoskalowymi, jak i lokalnymi, błyskawicznymi. Co prawda nie grozi nam (bez)wodny kataklizm jak na Bliskim Wschodzie, nie ulega jednak wątpliwości, że woda powoli staje się dobrem deficytowym, i coraz częściej będzie przedmiotem debaty publicznej. 

W ostatnich latach słyszeliśmy o niej choćby przy okazji kataklizmu z września 2024 r. w Kotlinie Kłodzkiej, śnięcia ryb w Odrze latem 2022 r. czy powtarzających się zachęt do ograniczania zużycia wody w okresie wakacyjnym. Wiele znaków na niebie i ziemi wskazuje jednak, że za sprawą zmian klimatycznych tematyka okołowodna będzie do nas powracać jeszcze częściej.

Kto drenuje polskie rzeki i jeziora 

Temat jest ogromny, obejmuje zarówno kwestie ilości wody, jak i jej jakości; sposobu jej zużycia, jak i odprowadzenia ścieków; retencji, jak też osuszania terenów czy przeciwdziałania powodziom i podtopieniom.

Dodatkowo, wokół wody mamy do czynienia z różnymi grupami interesu – rolnictwem, przemysłem, deweloperami, samorządami (w tym różnymi spółkami komunalnymi), ekologami, wędkarzami czy wreszcie żeglugą śródlądową (ta ostatnia w latach 2015-2020 miała nawet swoje ministerstwo). Wszyscy grają w swoje gry, mając do ugrania różne cele. Dla jednych woda jest błogosławieństwem, dla innych przekleństwem. 

Zarządzanie nią leży w kompetencjach wielu instytucji i jest przedmiotem rozlicznych regulacji. 

Kluczowym punktem odniesienia jest unijna ramowa dyrektywa wodna z 2000 roku, która w Polsce została zaimplementowana na drodze ustawy „Prawo wodne” z lipca 2017 r. Wspominam o niej nieprzypadkowo, bowiem nadrzędnym celem dyrektywy jest osiągnięcie do 2027 r. co najmniej dobrego stanu wód powierzchniowych (rzek, jezior, wód przejściowych i przybrzeżnych) oraz podziemnych. 

Mowa tu o kwestiach ekologicznych, ilościowych oraz hydro-morfologicznych. To zaś oznacza, że został nam niecały rok, aby zrealizować zobowiązania. 

Jakie są na to szanse? Na podstawie raportu Najwyższej Izby Kontroli z lipca 2025 r., jak też opinii moich rozmówców siedzących na co dzień w „branży” wodnej, są one zerowe (choć gwoli sprawiedliwości należy dodać, że ich zdaniem niemal żadne państwo członkowskie nie spełni w terminie wszystkich wymogów). 

Autorzy raportu NIK wskazali, że do końca 2021 r. dobrego stanu wód nie osiągnięto dla 99,5 proc. wód powierzchniowych – niemal wszystkie są w złym stanie ekologicznym i chemicznym. Okazało się też, że przez ponad 20 lat organy Inspekcji Ochrony Środowiska nie wykonywały bezpośredniej kontroli pomiarowej jakości odprowadzanych ścieków z oczyszczalni do wód lub ziemi. 

Wadliwie działał również system monitoringu wód, co tylko w okresie 2019-2022 skutkowało niewykonaniem zaplanowanych badań w 1138 przypadkach dotyczących 768 rzek, jezior i wód przybrzeżnych.

Ponadto, w ramach drugiej aktualizacji planu gospodarowania wodami na lata 2022-2027 nie ustalono celów i mierników ich realizacji dla żadnego ze 171 zaplanowanych działań krajowych, ani nie zidentyfikowano potencjalnych zagrożeń realizacji planów – chodzi tu m.in. o wydawane zezwoleń na stosowanie środków ochrony roślin, zakazy dla używania nawozów czy zrzutu ścieków. 

NIK ujawnił też nierzetelne prowadzenie ewidencji zbiorników bezodpływowych w gminach. 

Wójtowie i burmistrzowie nie ujmowali wszystkich nieruchomości ani częstotliwości opróżniania szamb, a sprawozdania przygotowywane przez Wody Polskie oraz gminy były niekompletne. W dodatku Ministerstwo Infrastruktury w ogóle nie weryfikowało ich rzetelności ani nie pozyskiwało wszystkich wymaganych dokumentów (prawie połowa podmiotów nie przekazała sprawozdań za lata 2018-2022). 

Jakie zadania mają Wody Polskie

Pojawia się zatem pytanie, kto powinien odpowiadać za zaistniałą sytuację. 

Instytucją publiczną, zobligowaną do zarządzania gospodarką wodną w Polsce, jest utworzone na mocy ustawy z 2017 r. Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie (dalej PGW), które reprezentuje Skarb Państwa w zakresie wód publicznych. Do kompetencji PGW należy wydawanie zgód wodnoprawnych (pobór wody, ścieki, odwadnianie, połów, żegluga, regulacja rzek, retencja), a także troska o jakość wody i utrzymanie wałów oraz urządzeń hydrotechnicznych. 

Dodatkowo spółka zarządza nieruchomościami – mowa tu głównie o działkach położonych wzdłuż rzek. Kłopot w tym, że nie do końca wiadomo, jaką zajmują one powierzchnię; wiemy jedynie, że w Polsce istnieje 110 tys. kilometrów cieków wodnych.

Co ciekawe, kwestia statusu własności gruntów pod rzekami skrywa wiele osobliwych historii. Dla przykładu, w ramach przeglądu prowadzonego przez PGW okazało się, że w księgach wieczystych rzeka Wda, lewy dopływ Wisły, leży na ziemiach należących do... III Rzeszy. Prawdopodobnie takich historii w skali kraju jest dużo więcej, tylko zwyczajnie nie wyszły jeszcze na światło dzienne.

Ktoś może powiedzieć, że to w sumie bez znaczenia, życie jednak pokazuje, że sprawy własnościowe potrafią mieć długotrwałe i nieoczywiste skutki. Niezbędne jest ich uporządkowanie.

To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej wyzwań, z jakimi mierzyć się musi ta młoda instytucja, na której spoczywa odpowiedzialność m.in. za wdrożenie w życie przepisów wspomnianej unijnej dyrektywy, czyli troska o jakość wód. Tyle że PGW nie dysponuje nawet własnym laboratorium i musi polegać na danych pozyskiwanych z Inspekcji Ochrony Środowiska. Jak wiemy z raportu NIK, jakość tych danych pozostawia wiele do życzenia. 

To nic w porównaniu z innym problemem. 

Co prawda dyrektywa wodna UE wprowadziła zasadę, zgodnie z którą to zanieczyszczający płaci za szkody, w praktyce nie obejmuje ona jednak przemysłu, i to na dwóch poziomach. Po pierwsze, ze względu na naciski polityczne („ekonomia, głupcze!”) PGW nie jest w stanie odmówić firmom przemysłowym (zwłaszcza spółkom Skarbu Państwa) pozwoleń na zrzut ścieków. 

Po drugie, w przeciwieństwie do użytkowników indywidualnych, którzy muszą rozliczać się na podstawie faktycznego zużycia z wodomierza, w przemyśle zdarzają się sytuacje, w których właściciele największych fabryk czy zakładów płacą na podstawie deklaracji poboru wody. A nawet jeśli okaże się, że zużycie wody, a co za tym idzie ilość ścieków, były większe, PGW może nałożyć karę w maksymalnej wysokości... 5 tys. złotych.

Kto odpowiada za ceny wody i kto na tym zarabia

Jakkolwiek to zabrzmi, przy takiej sankcji szkoda w ogóle zachodu, by angażować ograniczone zasoby Wód Polskich do wprowadzenia kompleksowego systemu kontroli.

Zwłaszcza że dziś PGW może jedynie szacunkowo ustalać, ile wody wyciekło w nieewidencjonowany sposób w skali kraju (za pomocą pomiarów na ujściach rzek do morza). W efekcie dokładna analiza ekonomiczna „systemu” wodnego, czyli jego realnych beneficjentów, jak i podmiotów, które ponoszą nadmierne koszty, w praktyce jest niemożliwa.

Każde przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne, niezależnie od statusu właścicielskiego, ma obowiązek zgłosić Wodom Polskim do zatwierdzenia taryfę opłat za wodę i ścieki. Ceny różnią się w zależności od gminy, i to nieraz znacząco, bo podmioty mogą usprawiedliwiać wyższe stawki choćby koniecznością rozbudowy i utrzymania sieci wodociągowej. 

Co prawda PGW  ma prawo odmówić zatwierdzenia taryfy (i w praktyce dość często to robi), ale podstawą są niemal wyłącznie kwestie proceduralne. W przeciwieństwie choćby do taryf za energię elektryczną, zatwierdzanych przez Urząd Regulacji Energetyki, PGW niespecjalnie ma bowiem narzędzia do pogłębionej analizy i weryfikacji cenników. Dopiero gdy jakieś przedsiębiorstwo podniesie ceny o 20 czy 30 proc. w skali roku, staje się to podstawą do krytycznej weryfikacji. 

Co więcej, choć zgodnie z prawem przedsiębiorstwa wodno-kanalizacyjne, funkcjonujące czy to jako gminne spółki prawa handlowego (ponad 40 proc. wodociągów w Polsce), czy też zakłady budżetowe gmin (ok. 25 proc.), nie mogą uzyskiwać nadmiernych zysków ani wprowadzać mechanizmów finansowania krzyżowego (czyli przenoszenia kosztów na innych użytkowników), to w Polsce często pojawiają się zarzuty, iż w niektórych gminach takie praktyki są stosowane. 

Za kontrolę stawek odpowiada głównie wójt, burmistrz lub prezydent, w którego interesie może być pozyskanie dodatkowych dochodów. A także Wody Polskie, które, jak już wiemy, niespecjalnie mają ku temu zasoby. 

Warto jednak wspomnieć, że w Sejmie trwają prace nad nowelizacją Prawa wodnego, które ma z powrotem przenieść obowiązek zatwierdzania taryf z PGW na samorządyRozwiązanie to budzi wiele kontrowersji – część samorządowców chciałaby odzyskać tę prerogatywę, inne bronią się przed nią rękami i nogami. Powód jest prosty – ustalanie wysokości opłat za wodę (a zwłaszcza podwyżki cen) to zadanie obarczone sporym ryzykiem politycznym, zwłaszcza gdy zbliżają się wybory.

Łatwiej odpowiedzialność zrzucić na Wody Polskie, i tak się obecnie nieraz dzieje. Inaczej w części gmin podwyżki opłat mogłyby okazać się mission impossible, nawet jeśli byłyby ku temu racjonalne uzasadnienia. Z kolei PGW prawdopodobnie chętnie pozbyłoby się tego „balastu” – konsumuje on zasoby organizacyjne, a jednocześnie niemal nijak nie przekłada się na realizację podstawowych zadań tej instytucji. 

Inspekcja Wodna – czy powstało coś więcej niż projekty mundurów?

Analogiczna sytuacja dotyczy Inspekcji Wodnej, czyli wyspecjalizowanej, umundurowanej i uzbrojonej formacji, która powinna działać w strukturach PGW od 1 lipca 2024 r. 

Decyzja o powołaniu takiej służby była pokłosiem katastrofy ekologicznej na Odrze latem 2022 r., jednak Wody Polskie poza formalnym utworzeniem inspekcji, niespecjalnie kwapią się do formowania oddziałów (w internecie można znaleźć projekty mundurów, ale nie zdjęcia funkcjonariuszy). 

Przy konieczności realizacji tak wielu różnych zadań, branie sobie na głowę jeszcze uzbrojonej formacji (i potencjalnych konsekwencji związanych z jej działalnością) jawi się władzom PGW jako dodatkowy kłopot, a nie rozwiązanie już istniejących problemów, zwłaszcza w świetle braku własnego zaplecza laboratoryjnego.

W kontekście finansowym nie można pominąć jeszcze jednego wątku. 

Niezależnie od kwestii sporu wokół zatwierdzania taryf, mamy do czynienia z inną praktyką, która w przeciwieństwie do zawyżania cen za wodę jest już powszechna i w pełni jawna. 

Zwłaszcza te przedsiębiorstwa wodociągowe, które funkcjonują jak podmioty prawa handlowego, bywają udzielnymi księstwami, a ich zarządzający (niemal zawsze z politycznego nadania) czerpią z wody prywatną rentę. Wystarczy przejrzeć zarządy tych spółek, by znaleźć „zasłużonych” i sowicie opłacanych (w grę wchodzą dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie) działaczy samorządowych oraz partyjnych. Ich zarobki też odbijają się w stawkach za wodę.

Inaczej jest z sytuacją finansową PGW.

Dla przykładu, pieniądze z tytułu opłat za ścieki tylko w 10 proc. lądują w Wodach Polskich – pozostałe 90 proc. trafia do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. W konsekwencji opłaty za usługi wodne stanowią zaledwie jedną szóstą budżetu PGW, resztę pokrywa coroczna dotacja od państwa, środki unijne oraz minimalne dochody z niewielkich elektrowni wodnych należących do Wód Polskich. 

Pozwala to wszystko na utrzymanie zatrudnienia na poziomie ok. 6600 pracowników w skali całego kraju – zarówno w centrali, jak i 11 Regionalnych Zarządach Gospodarki Wodnej, 50 Zarządach Zlewni czy wreszcie ponad 300 Nadzorach Wodnych. 

Brakuje jednak pieniędzy na niezbędne inwestycje. Tymczasem wdrożenie unijnej dyrektywy, a przede wszystkim przeciwdziałanie skutkom zarówno coraz częstszych gwałtownych powodzi, jak i susz, wymaga realizacji konkretnych, wieloletnich projektów – choćby w zakresie naturalnej i sztucznej retencji. Bez wielomilionowych nakładów będziemy jako państwo bezbronni wobec skutków zmian klimatycznych.

Czy do Wód Polskich popłyną pieniądze z funduszu środowiskowego?

Z tej perspektywy Wody Polskie nie tyle potrzebują zbrojnej formacji do łapania „wodnych przestępców” (ich tożsamość zresztą łatwo ustalić, jak miało to miejsce w trakcie kryzysu latem 2022 r., jednak władzom nie było na rękę robienie problemów spółkom Skarbu Państwa). 

Potrzebują raczej specjalnego funduszu, który umożliwiłby realizację dalekosiężnych przedsięwzięć. Jakąś inspiracją może być wspomniany już Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, który m.in. ze środków pochodzących z opłat za ścieki przyczynił się do przeprowadzenia wielkiego programu modernizacji systemu oczyszczania ścieków. 

Szacuje się, że od momentu naszego wejścia do Unii na ten cel przeznaczono już astronomiczną kwotę 100 mld złotych. PGW pewnie nie może liczyć na taki zastrzyk środków, zwłaszcza w sytuacji, kiedy niemal wszyscy chcą wydawać ciężkie miliardy na zbrojenia. Ale od czegoś trzeba zacząć.

Wcześniej jednak zarówno opinia publiczna, jak i politycy, musieliby faktycznie przejąć się problemem, tak jak miało to miejsce w przypadku smogu (choć jak pokazuje już niemal dwuletni paraliż programu „Czyste powietrze”, nawet tu występują trudności).

Na razie zarówno tematyka wodna, jak i Wody Polskie, są ignorowane, co nieraz ma katastrofalne skutki. Świetnym przykładem są opracowywane przez PGW mapy ryzyka powodziowego, które w teorii powinny mieć wpływ na zapisy miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego. Powinny, bo jak pokazuje praktyka w wielu samorządach, wydawanie zezwoleń na zabudowę na terenach zalewowych nie stanowi większego problemu. 

Bywa jeszcze gorzej – włodarze niektórych gmin nawet nie wiedzą o istnieniu takich map. Niemal ikonicznym przykładem jest historia Lądka-Zdroju, gdzie władze miejskie dotarły do tych głęboko ukrytych map... 10 minut przed nadejściem fali powodziowej. Było to już zdecydowanie za późno, aby przeprowadzić skoordynowaną ewakuację mieszkańców.

Na system musimy patrzeć w sposób całościowy. 

Jeśli uznamy, że Wody Polskie powinny faktycznie skoncentrować się na realizacji projektów z zakresu naturalnej i sztucznej retencji, aby przeciwdziałać skutkom powodzi i susz, ktoś inny musi przejąć funkcje nadzorcze i kontrolne. Tak dochodzimy do konieczności realnego wzmocnienia z jednej strony inspekcji środowiskowej (choćby w zakresie stworzenia monitoringu interwencyjnego z prawdziwego zdarzenia), a z drugiej – wypracowania systemu realnego wsparcia dla samorządów (a później nadzoru nad nimi) w zakresie realizacji ich ustawowych zadań. 

Inaczej nie skończymy z obecną wolną amerykanką.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 12/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Przekleństwo wody