Trzeci raz oglądałem na żywo konklawe. I już teraz, życząc Leonowi XIV długiego życia w zdrowiu, nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z mewą. Nie przekonacie mnie, że stała tam przypadkiem. Kadr z rzędami dachówek i rurą kominową zwieńczoną figlarnym kapturkiem nie miałby tej hipnotycznej siły przyciągania równej japońskim drzeworytom, gdyby nie ptak strategicznie ustawiony bokiem. Zastyga w bezruchu na dość długo, by coraz bardziej napięte wyczekiwanie, aż się wreszcie poruszy, doprowadzało widza na szczyty kontemplacyjnej pustki, gdzie rozrzedzona jaźń rozlewa się w bezkresną plamę, a do umysłu przestają docierać bodźce.
Pierwszego wieczora poniewczasie przebił się do tegoż umysłu swąd przypalonych szparagów – zważywszy, że składają się prawie wyłącznie z wody, zwęglenie ich to niezła sztuka. Dlatego drugiego dnia wolałem nie igrać z ogniem. Oparłem komórkę o wielki pojemnik z mąką na blacie i korzystając z przedłużającego się czekania na dym, poddałem ciało monotonnemu ruchowi skrzypiącej korbki w maszynie do makaronu. To jest w sam raz robota, kiedy się ma dużo czasu do zmarnowania.
Upokarzanie niemieckiego kanclerza
Chodził za mną ten makaron od dwóch tygodni. Albowiem przez czas, kiedy w naszej kuchni zapanowała majówkowa cisza i każdy piknikował osobno, wydarzyło się na świecie wiele rzeczy także i poza Rzymem. Rzeczy często strasznych – wszystkie wojny, z jakimi się rozstawaliśmy przed przerwą, trwają nadal, a i jeszcze jedna wisiała na włosku. Niemcy zatwierdzili nowego kanclerza, upokarzając go na dzień dobry. U nas odwrotnie, to nas się upokarza coraz tandetniejszą kampanią. Przymrozki srogo pognębiły winnice i sady, a to wcale nie koniec, bo w tym roku zimni ogrodnicy chcą się chyba wprosić na dłużej i urządzić wielodniową libację imieninową u zimnej Zośki.
Mogła wam więc umknąć wiekopomna wiadomość, że Gwyneth Paltrow znów zaczęła jeść chleb na zakwasie i makaron. W niewielkiej ilości, ostrożnie, ale jednak zrywa z – którym to już? – swoim fanatycznym umartwieniem w imię dyżurnej formuły na niezawodne osiągnięcie zdrowia i szczęścia. Co nas to ma wszystko obchodzić, zapytacie, kiedy na przykład całkiem sporo ludzi odciętych od dostaw czegokolwiek w strefie Gazy chętnie przyjęłoby każdą ilość dowolnego chleba i w ogóle węglowodanów, nawet w najbardziej niezdrowej postaci? Cóż, wielka przemiana jadłospisu tej byłej aktorki musi mieć jakiś ciężar gatunkowy, skoro trafiła nawet na stronę główną BBC.
Jak królowa Elżbieta uratowała Szekspira (i teatr)
„Co możni czynią, o tym gmin plotkuje” – tłumaczy Kapitan w „Wieczorze Trzech Króli”, sztuce, którą zakochany Szekspir – tak głosi film o tym tytule – napisał, bo królowa Elżbieta zażyczyła sobie czegoś lżejszego po tym, jak splot niesamowitych wypadków wokół przedstawienia „Romea i Julii” pozostawił go ze złamanym na wieki sercem. Królowa, jak pamiętamy, w trakcie awantury po premierze rozstrzygnęła tonem nieznoszącym sprzeciwu, iż kobieta przebrana za mężczyznę, który grał jakże kobiecą rolę Julii, to wcale nie kobieta.
Uratowała tym teatr przed zamknięciem, Szekspira przed lochem – i oby mogła nas dziś mocą swej monarszej woli ocalić przed najbardziej zmanipulowaną i toksyczną dyskusją o płciach. Wszyscyśmy się wówczas kochali w Gwyneth Paltrow, bez znaczenia było, kogo odgrywała w danym momencie na ekranie.
Co sprzedaje Gwyneth Paltrow
Z jakim potem zdumieniem odkrywałem, że kilka ról i kilkanaście lat później ta sama wspaniała aktorka zamieniła wielki teatr i epokowe kino na jednoosobowe reality show, w którym gra prorokinię wszelakich guseł w duchu późnego New Age’u – uważność, harmonia wellness, kryształy, czakry – i szefuje całkiem zyskownemu biznesowi sprzedającemu podczas kosztownie biletowanych imprez zdrowie, szczęście i pomyślność w prestiżowych pudełkach z fikuśnymi nazwami.
Podstawą tego interesu była nieustanna jej obecność na tej scenie dla zagubionych w labiryntach dobrobytu kobiet (targowiska z marzeniami późnego kapitalizmu zachowują ścisły binarny podział, niczym w ortodoksyjnej synagodze). Obecność i osobiste świadectwo, bo samą siebie poddawała kolejnym ortoreksjom (to zaburzenia odżywiania w formie niby-zdrowotnych programów żywieniowych o dętych podstawach „naukowych”). Nawet kiedy podczas lockdownu z powodu frustracji jadła dużo i jeszcze więcej piła, to była to whisky z... komosy. Broń Boże z jęczmienia.
Zboża albowiem są zdecydowanie be w dietach z rodziny „paleo”, które rzekomo zapewniają nam równowagę przez powrót do pożywienia z epoki zbieracko-łowieckiej, czyli czasów, kiedy kształtowała się obecna postać cielesna hominidów. Mniejsza już o to, że owo paleozdrowie oznaczało średnią długość życia około 35 lat, i to tylko nielicznych szczęściarzy, oraz wymagało spożywania znacznej ilości białka zwierzęcego własnoręcznie uprzednio zabitego i przygotowanego w sposób, który dziś budziłby co najmniej obrzydzenie.
Jak twierdzą rozsądni – a więc mało efektowni – badacze, wiemy o diecie sprzed neolitycznej rewolucji agrarnej niewiele, ale jednak przede wszystkim to, że była oportunistyczna. Zależna od warunków i tego, co wpadło w ręce.
Dość szyderstwa. W czasach, kiedy warunkiem społecznego sukcesu wydaje się posiadanie niezachwianych racji w każdej dziedzinie, należy się cieszyć z powrotu każdej owieczki do stada sceptycznego rozsądku. „Może tak, może nie” wydaje się dziś ostro antysystemowym hasłem, dlatego nawrócenie pani G.P. zrobiło taką medialną karierę. Cieszmy się, ale przy porannej kanapce myślmy dalej o tych, którym byłoby nam wstyd opowiadać o takich kaprysach, gdybyśmy trafili do ich lokalnych piekieł na ziemi.

Fettuccine alla papalina
Nasza rubryczka z zapałem zajmowała się stołowymi obyczajami zmarłego papieża – tym bardziej że studiował za młodu chemię spożywczą, pracował w laboratorium, a potem nieraz gotował dla zakonników. Na plotki o nowym pontifeksie trzeba będzie trochę poczekać. W tej przerwie wróćmy na moment do wczesnych lat 50., do Piusa XII. Ponoć gustował w tej luksusowej wersji carbonary przygotowanej mu zapewne przez kucharzy zainspirowanych tą całkiem nową dla Włochów potrawą, którą w owym czasie odkrywał jako „tradycyjną” i „lokalną” rzymski lud w zaułkach Zatybrza.
- 250 g makaronu fettuccine albo tagliatelle
- pół cebuli
- 100 g szynki parmeńskiej lub podobnej
- 3 jajka
- 150 ml śmietanki
- parmezan
- sól, pieprz
Siekamy drobno cebulę, szklimy na maśle, dodajemy pokrojoną drobno szynkę. Osobno w misce mieszamy trzy jajka z trzema kopiastymi łyżkami parmezanu i śmietanką. Ugotowane fettuccine przerzucamy na patelnię z szynką, podsmażamy chwilę, wyłączamy ogień, dodajemy jajeczny krem i bardzo szybko mieszamy. Na wydaniu posypujemy pieprzem. Można też zastąpić surową szynkę gotowaną i na patelnię dodać dwie garści świeżego zielonego groszku.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















