Trzeci raz z rzędu Włosi nie pojadą na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Tej męskiej, koniecznie dodajmy, bo futbol nareszcie zaczął być grą obu płci i wypada zauważyć, że jego kobieca wersja już wyszła z głębokiej niszy gdzieś tam pod schodami, którymi czempioni wychodzą w blasku reklam na murawę.
Na co traciliśmy czas gdy nie było Instagrama
Trzeci raz, jak dla drużyny, która wcześniej cztery razy zdobywała puchar, to jest jednak spektakularna wtopa. O ile oczywiście to jest „ta drużyna”. Piękny przykład sporu nominalistów z realistami, ale zahaczymy o niego tylko jedną nogą. W 2014 r., czyli na swoim ostatnim mundialu, kiedy wypadli po fazie grupowej, wykopani przez Kostarykę i Urugwaj, Włosi mieli np. Buffona i inne równie mezozoiczne gwiazdy, to więc argument za brakiem jedności bytowej z ekipą, którą tej wiosny Bośniacy odprawili jeszcze w eliminacjach.
Może nie pamiętacie, ale wówczas np. na Instagramie nie było jeszcze rolek – aż trudno sobie to wyobrazić, na co się wtedy marnowało całe godziny, chyba nadal wypadało oglądać telewizję.
Ale z drugiej strony w naszych głowach funkcjonuje jakaś ciągłość, kolejne składy drużyn intuicyjnie postrzegamy jako emanację czegoś będącego ponad mechaniczną sumę jednostek akurat zgromadzonych przed ekranem. Niejeden powie tutaj: „narodu”, ale ja bym był powściągliwy, bo wtedy wypadają za wspólnotową burtę wszyscy ci, którzy sport mają w nosie. Przecież i ja się tym zajmuję nie dlatego, żeby mnie to kręciło.
Na czym budować jedność narodu
W przypadku Włochów potrójna klęska stanowi dla mnie jedynie dodatkowy argument nie tylko za delegalizacją piłki powyżej poziomu szkolnej ligi – czego domagam się od zawsze, ale kochana redakcja w trosce o moje bezpieczeństwo nie pozwala mi o tym publicznie przypominać.
Wynik niedawnego meczu w Zenicy wskazuje na więcej: czas zakończyć ten eksperyment z budowaniem jakiegoś narodu na tamtym pięknym, tkniętym podwójną łaską natury i kultury półwyspie.
Nation building wydaje się dziś pojęciem równie ponurym jak regime change i podobne wyrazy socjoinżynieryjnej pychy, skrywające słabość schyłkowego imperium. Z przeszłości pamiętamy, że siła imperium wynika wprost z przekonania innych o tejże sile. Czołgi i worki dolarów są tu wtórne.
Dobrze, że dolarów starcza też na coś sensowniejszego od budowania narodów, czyli powrót na Księżyc. Głowa sama się podnosi, w ślad za statkiem Orion, zazdroszczę tej czwórce dzielnych ludzi, że na parę dni będą dosłownie ponad to wszystko. Słowo „kosmiczne” oddaje w naszym języku uznanie dla rozmachu, ambicji i śmiałości przedsięwzięcia. Podziw i duma, niech wracają bezpiecznie do domu.
Czy hotel bez alkoholu to już kosmos
Na skraju palety odcieni znaczeniowych w naszej umiłowanej polszczyźnie coś „kosmicznego” może być jednak kpiną. Bywają rzeczy osobliwe, z lekka szalone, odlatujące wysoko ponad twardy, rozsądny grunt, choć przy tym nieszkodliwe.
„Halo, tu Ziemia!”, wołam z uśmiechem, czytając wieści o polskiej sieci hoteli, która planuje pozbyć się alkoholu ze swoich barów i restauracji. Na razie stopniowo – wycofuje butelki z widoku i nie proponuje karty win do obiadu, wydając ją gościowi spod lady tylko na jego wyraźne, grzeszne życzenie. W planach są zniżki na wesela i inne imprezy zeroprocentowe.
Smutne to wszystko. Rzeczona sieć była wiele razy słusznie chwalona za odważne rewitalizacje różnych „niemożliwych” obiektów i nie jest pierwszą lepszą banalną firmą. Chcemy oferować „zdrowe i regeneracyjne środowisko pobytu” – deklaruje jej właściciel, chodzi o „spokojny wypoczynek”.
Tak jakby dotąd jego lokale były tanimi mordowniami z ciepłą wódką i koszami pełnymi pustych „małpek”.
Przeciwnie, mówimy o górnej półce elegancji i kulturalnego zachowania. A że goście weselni bywają głośni i rozdokazywani – no cóż, tak działa głęboki atawistyczny wzorzec obrzędu przejścia związanego przecież z płodnością i życiem. Musimy trochę przy tym narozrabiać.
Nowy trend gardzi umiarem
A więc jest trend i nic go nie powstrzyma: winopije – precz na antypody zdrowia i spokoju. Do zagrody dla upadłych jednostek, zdefektowanych egzemplarzy niedopuszczonych do obiegu w ekonomii szczęścia. Z wyjątkiem rzadkich okazji, kiedy muszę prowadzić samochód albo idę w góry, piję wino każdego dnia, z umiarem i w ilości, która nigdy nie pozbawiła mnie jasnego widzenia i przyzwoitości zachowań.
Ale nowy prohibicjonizm, jak każda próba manichejskiego pokonania Mroku przez Światło, gardzi umiarem, bo do tego trzeba zaufania i zgody na niedoskonałość.
Nigella Lawson, jedna ze stale czuwających nad tą rubryką patronek w radości z gotowania „dość dobrego” (na wzór dość dobrego rodzicielstwa), na luzie i bez napinki, nie została kiedyś wpuszczona do USA, bo było publicznie wiadomym, iż w przeszłości przyjmowała narkotyki. Gorliwy urzędnik zastosował paragraf, że bezwizowy wjazd nie przysługuje osobom nadużywającym zakazanych substancji.
Trzeba było załatwiać potem kwit u lekarza, że owo nadużywanie należy do zamkniętej przeszłości. Ale skaza w papierach pozostała. Trzymam się z daleka od wszelkich tych chorych świństw i proszków, ale poza tym chciałbym, abyśmy wszyscy mieli podejście do życia, kuchni i wina takie jak Nigella. Powiadacie, że mogą nas za to nie wpuścić do Ameryki...
Cóż, jeśli tak ma wyglądać i zachowywać się kraj wolny od zepsucia, to zostaję tutaj. Z winem w parku i zachodem słońca.

Krem z rukwi
400 g świeżej rukwi
200 g masła
dwa pory (białe części)
1 duży ziemniak (odmiana sypka)
szalotka
oliwa
„Wysmaruj masłem dużą płaską formę, która pomieści litr, daj pół litra mleka i ćwierć litra tłustej śmietanki, pięć łyżek cukru i łyżeczkę pasty waniliowej, na koniec 90 g krótkiego kleistego ryżu (takiego np. jak do risotto). Na wierzch cztery łyżki stopionego masła, piecz w 160 stopniach dwie i pół godziny...” – takim przepisem na ryżowy pudding przywitała się niedawno Nigella, zaczynając nowy swój cykl w „Financial Times” i od razu jest jasne, jakiego rodzaju szczere do bólu przyjemności propaguje.
Do bólu wątroby, chciałoby się dodać, i nie sugeruję wam, żeby to piec teraz, w tygodniu po świętach, kiedy powinniśmy być grzeczni dla brzuszków i jeść tylko listki i ciemny chleb.
Nareszcie nieśmiało widać szczerą zieleninę na straganach – np. rukiew wodną, która u nas niestety jest dostępna tylko na początku wiosny. Oto przepis z jednej strony bardzo zielony, z drugiej nie całkiem dietetyczny.
Usuwamy najgrubsze łodyżki z rukwi – ale bez przesady z dokładnością, czyszczenie rukwi to robota godna Kopciuszka. Rzucamy na osolony wrzątek, blanszujemy dwie minuty, przekładamy do miski z lodowatą wodą, dokładnie odciskamy. Miksujemy blenderem ze 150 g stopionego masła, jeśli nam się chce, możemy potem ten krem przetrzeć przez sito.
W dużym rondlu topimy resztę masła, dodajemy łyżkę oliwy, szklimy na wolnym ogniu drobno posiekaną szalotkę i pora, dodajemy pokrojonego drobno ziemniaka i zalewamy wszystko wodą tak, żeby ledwo przykryła, solimy i gotujemy pod pokrywką do miękkości. Miksujemy, dodajemy krem z rukwi i masła, doprawiamy lekko pieprzem, podajemy i zjadamy natychmiast. Jeśli macie owczą lub kozią ricottę, można dodać jej odrobinkę na koniec.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















