Propaganda sięga po masło, kiedy trzeba wbić ludziom do głowy, że mają się wstydzić

Masło zawsze było oznaką statusu. Sięgnijmy więc po najbardziej maślany, „bogaty” przepis na pastę, jaki znam.
Czyta się kilka minut
// Fot. r.classen / Shutterstock
// Fot. r.classen / Shutterstock

Dziesięć miliardów złotych miała kosztować ustawa o asystencji osobistej, na którą sobie jeszcze poczekamy, bo są pilniejsze, ogromne wydatki na obronę. Ogromne, liczone w setkach tychże abstrakcyjnych miliardów czy też w okrągłych procentach tak zwanego produktu krajowego brutto. Nikt z nas, maluczkich, nie rozumie tych pojęć i nie umie ocenić takich liczb, ale wniosek ma zostać taki, że pieniędzy jako wspólnota mamy generalnie mało. „Każdy odpowiedzialny premier musi szukać działań, które nas nie wywrócą do góry nogami” – rzekł tenże premier w trakcie spotkania w Pabianicach, na pewno o nim słyszeliście, bo tego rodzaju przykre wiadomości w duchu „nie ma i nie będzie” trudno przeoczyć. 

Z otoczenia naszej władzy płynie też narracja, że żyje się nam zbyt wygodnie, bo mamy rzekomo szwedzkie wydatki (czytaj: państwo mocno finansuje sferę opiekuńczą), a przy tym irlandzkie (czytaj: niziutkie) podatki. Trochę to przesada, już nam procenty chrzęszczą w zębach i nie będę dalej wyliczał, ale wierzcie mi, jest w Brukseli taka instytucja – Eurostat, wspaniały, pełen tabelek, darmowy supermarket dla ciekawskich. Wynika z nich, że nasza państwowa mamusia trochę o nas dba, ale bez szaleństw – tzw. opiekuńczość jest grubo poniżej unijnej średniej, o Szwecji nawet nie wspominając.

Oj, spin doktorzy stojący za tym zestawieniem spóźnili się na pociąg dziejowy i stoją w białych skarpetkach na zarośniętym perzem peronie lat 90., bo odwołują się do przeczasiałych stereotypów szwedzkiego rozpasania socjalnego, bezdennej gnuśności i wyłudzeń pod okiem strasznej lewackiej władzy. A jest przecież pod ręką odporny na działanie czasu slogan, przydatny, kiedy trzeba wbić ludziom do głowy, że mają się wstydzić swoich roszczeń do wygody i bezpieczeństwa życiowego: „Armaty zamiast masła”. Nie można mieć i tego, i tego. Jak bardzo skuteczny jest to chwyt za gardło, niech świadczą jego historyczne zastosowania. 

Po raz pierwszy sformułowania tego użyła amerykańska prasa w 1916 r., kiedy Stany Zjednoczone niechętnie, mimo wyznawania przez niektórych polityków izolacjonizmu, zaczęły szykować się do wojny. Żeby strzelać, trzeba mieć proch. Ameryka była całkowicie zależna od importu saletry z Chile. Prezydent Wilson chciał więc środków na szybką budowę zakładów azotowych, obiecując, że w czasie pokoju będą może częściowo produkować nawozy. Czyli masło ewentualnie później, najpierw jednak armaty.

W żadne obietnice nie bawił się dwadzieścia lat później klasyk komunikacji politycznej Joseph Goebbels: „Możemy się obyć bez masła, ale nie bez armat”. A jego kolega z sektora, by tak rzec, bezpieczeństwa, Hermann Göring dodawał: „Armaty dadzą nam potęgę, od masła tylko się tyje”. Sądząc z dostępnych zdjęć i świadectw spisanych przez współczesnych, miał niezłe doświadczenie w tyciu, ale to jest problem w każdym ustroju, że na ogół cięcia projektują eksperci, a wdrażają politycy o pozycji społecznej i statusie majątkowym chroniącym przed skutkami oszczędności.

Benito Mussolini dwa lata później zagrał va banque i podczas wiecu w Belluno zapytał wprost wierny tłum: „chcecie masła czy armat?”. Odpowiedzi się sami domyślicie. To była zresztą część szerokiej kampanii wciskania narodowi, że ma żyć skromnie, chudo i bez dóbr nagle niedostępnych z powodu sankcji, na jakie naraziły go poczynania głupiej władzy. To jej zawdzięczamy popularność risotta, a szczególnie odmianę ryżu carnaroli, rozwiniętą i rozpropagowaną w latach 30. jako najlepszą alternatywę dla pszenicy z importu. A że risotto wymaga sporo masła? Cóż, nawet monolit faszyzmu miał na sobie rysy i pęknięcia.

Jak to się szybko zapomina, prawda? Owszem, masło jakieś dwie-trzy dekady temu stało się znowu celem propagandy, tym razem finansowanej przez przemysł olejarski: ale wtedy chodziło o cholesterol, a nie o luksus i gnuśność. Masło miało zagrażać zdrowiu, nie moralności. Nikt już dziś w naszej części świata nie dba o to, że masło to szczyt swoistej piramidy mleczarskiej, produkt faktycznie marnotrawny, jeśli się pomyśli, ile trzeba przerobić mleka, żeby dostać jego bryłkę. Dobrze, że chociaż maślanka stała się popularnym napojem i nie dajemy jej już świniom. Ilość surowca i pracochłonność procesu – to sprawiało, że masło długo było oznaką dostatku danego kraju, który miał dość pastwisk, krów i w konsekwencji mleka, z którym można się było pobawić.

Jeśli chodzi o efekty zabawy w przetwórstwo, to zdecydowanie wolę sery. Kanapek właściwie nie jadam, więc niczego masłem nie smaruję, ale i tak muszę je mieć w lodówce, bo jest niezbędne do gotowania. Pytanie: „lepsze masło czy oliwa?” uważam za podły szantaż typu „kochasz bardziej mamusię czy tatusia?”. Choć jednak bardziej bałbym się sytuacji, gdy nagle kończy mi się w kuchni oliwa. Ale to tylko teoria, bo obsesyjnie pilnuję jej zapasów. 

Ostatnio późnym wieczorem odkryłem, że zabrakło mi masła, a w planach było kruche ciasto. W czynnym do późna sklepie kostka miała czip zabezpieczający przed kradzieżą. Sklep nazywał się Lewiatan, może więc coś z tym grzesznym luksusem jest na rzeczy...

Fettucine Alfredo // Fot. Sergey / Adobe Stock

Fettuccine Alfredo

Oto najbardziej maślany przepis „na bogato”, jaki znam. Choć składniki i procedura są prościutkie, na pewno nie jest to kuchnia uboga. W istocie, jego pierwotna nazwa brzmiała „fettuccine z potrójnym masłem”, bo, jak się przekonacie, jego ilość jest faktycznie rozkosznie przegięta. Dlatego, choć powstał w Rzymie jako danie regeneracyjne dla kobiet w połogu, najpopularniejszy jest w USA. 

Legenda głosi, że w 1920 r. natknęła się nań w pewnej rzymskiej trattorii para ówczesnych gwiazd z Hollywood, Douglas Fairbanks i Mary Pickford, po czym zanieśli ze sobą ten przepis do kraju, gdzie „zażarł”. Tyle że Amerykanie zawsze się spieszą, więc zamiast cierpliwie uzyskiwać kremowość przez powolne łączenie masła ze skrobią wypłukaną z klusek, dodają dla efektu śmietany. Pokażmy im, jak się to robi po bożemu!

  • 350 g włoskiego makaronu jajecznego (tzw. pasta fresca)
  • 100 g najlepszego, lipcowego masła
  • 150 g świeżo utartego parmezanu (można i więcej)
  • pieprz

Gotujemy makaron w dużej ilości osolonego wrzątku. Jeśli nie chce wam się robić klusek z dziesięciu jajek na kilo mąki zwanej semola rimacinata, kupcie niezłej jakości paczkowane tagliatelle firmy Rana. 

Równocześnie na dużej patelni topimy na wolnym ogniu masło. Kiedy kluskom będzie brakowało minuty, rozprowadzamy masło chochelką wody z garnka. Gasimy ogień pod patelnią, wsypujemy połowę parmezanu, delikatnie mieszamy, żeby powstał rzadki sos. 

Kiedy makaron dojdzie, przekładamy go stopniowo na patelnię, ciągle mieszając, ostrożnie, aby go nie uszkodzić. 

Dodajemy resztę sera, dalej pracowicie mieszamy, a gdyby danie wyszło za suche, dolewamy niewielką ilość wody z garnka.

Na koniec oprószamy pieprzem. 

Natkę pietruszki i inne upiększenia zostawmy czcicielom nadmiaru zza oceanu. To jest, jak się rzekło, danie de facto szpitalne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 32/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Propaganda jak po maśle