Wybory prezydenckie w USA rozstrzygnie siedem stanów. Rozmawiamy z mieszkańcami swing states

Specyfika wyborów prezydenckich w USA polega na tym, że wyścig Trump-Harris rozstrzygnie się w siedmiu stanach, gdzie żadna ze stron nie może być dziś pewna, co zrobi większość głosujących.
Czyta się kilka minut
Kamala Harris entuzjastycznie witana na wiecu wyborczym w Filadelfii, sierpień 2024 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News
Kamala Harris entuzjastycznie witana na wiecu wyborczym w Filadelfii, sierpień 2024 r. // Fot. Brendan Smialowski / AFP / East News

W swoim życiu Ellen Cox widziała kawał świata. Dziś 57-latka, mieszkająca w parotysięcznym Doylestown w stanie Pensylwania, jako oficer marynarki wojennej stacjonowała m.in. na Haiti i we Włoszech. Odwiedziła też Polskę: poznała Gdańsk, kojarzy Lecha Wałęsę.

Ellen przywołuje jego nazwisko, gdy zestawia powojenną historię Polski z sytuacją na granicy USA-Meksyk. W ostatnich latach doszło tam do rekordowego napływu nielegalnych imigrantów. Tylko w roku fiskalnym przypadającym na pierwsze miesiące rządów Bidena (ten trwa w USA od października do października) straż graniczna zatrzymała prawie 1,7 mln osób – cztery razy więcej niż w ostatnim roku rządów Trumpa.

– Wy Polacy wiecie, jak to jest być otoczonym wrogami! – mówi Ellen w rozmowie z „Tygodnikiem”. Jest zwolenniczką Trumpa i dała się porwać jego słowom o przestępcach i gwałcicielach, którzy szturmują granice USA. – My też mamy swoją inwazję. Tylko czekać, aż dojdzie do ataku terrorystycznego, jak w 2001 r. na World Trade Center – obawia się Amerykanka.

Ellen Cox na konwencji Republikanów z dwoma innymi delegatami z Pensylwanii, wrzesień 2024 r. // Archiwum prywatne

Hrabstwo Bucks, w którym mieszka Ellen, a które obejmuje przedmieścia Filadelfii, jest jednym z tych regionów Pensylwanii, gdzie walka o Biały Dom jest wyjątkowo wyrównana. Do tego stopnia, że w lipcu ogólnokrajowe media odnotowały, iż po raz pierwszy od 15 lat było tu więcej zarejestrowanych wyborców Partii Republikańskiej niż Demokratycznej. Na początku mowa była o przewadze zaledwie ok. 250 osób. Ale w walce o Pensylwanię – jeden z tych stanów, w których wynik wyborów z 5 listopada będzie kluczowy – nawet taki sygnał niepokoi Demokratów.

Dlaczego stany, które „wahają się”, mają takie znaczenie?

Specyfika wyborów prezydenckich w USA polega na tym, że najbardziej intensywna kampania toczy się dziś tylko w siedmiu stanach, które określa się mianem „stanów wahających się”. To miejsca, gdzie z wyborów na wybory większość głosów może paść albo na kandydata Demokratów, albo Republikanów. W pozostałych stanach wynik jest właściwie przesądzony: wiadomo, że np. w liberalnej Kalifornii większość zawsze dostanie Partia Demokratyczna, a w Teksasie czy na Alasce – Republikańska.

Ponieważ w 48 spośród 50 stanów ordynacja zakłada, że zwycięzca zgarnia całą pulę głosów elektorskich przypadających na dany stan, o ostatecznym wyniku wyścigu o Biały Dom przesądzą więc mieszkańcy siedmiu kluczowych stanów. Są to: Pensylwania, Michigan i Wisconsin (wszystkie trzy należą do tzw. Pasa Rdzy, doświadczonego upadkiem przemysłu ciężkiego), a także Arizona, Karolina Północna, Georgia i Nevada. Wszędzie tam trwa dziś ostra walka – i mocno wyrównana.

Wolontariusze Trumpa i Harris pielgrzymują od drzwi do drzwi

Zaangażowana w nią jest też Ellen Cox, lokalna działaczka Partii Republikańskiej, a ostatnio delegatka wybrana do reprezentowania hrabstwa Bucks na konwencji Republikanów. Miała ona miejsce tuż po lipcowej próbie zamachu na Trumpa na wiecu w Butler, w Pensylwanii.

Dziś Ellen robi wszystko, by pociągnąć hrabstwo Bucks jeszcze mocniej na stronę Trumpa: chodzi od drzwi do drzwi i przekonuje tych, którzy jeszcze się nie zdecydowali. Zauważyła, że w tych rozmowach dominują dwa tematy: polityka imigracyjna i ceny żywności. Są one wyższe niż za rządów Trumpa – w ciągu ostatnich czterech lat, gdy prezydentem był Biden, podskoczyły o jedną piątą.

Na ten temat wyczulona jest też sama Ellen. Jako konsultantka sprzedająca kosmetyki ma wyraźnie mniej klientek, a jej mąż, doradca biznesowy, stracił kilka ważnych zleceń. Na rachunki starcza, ale nie mogą sobie pozwolić np. na remont tarasu w ogrodzie. Ellen martwi się też, że przez chwiejną sytuację na giełdzie jej oszczędności emerytalne straciły na wartości. Na odłożenie dodatkowych pieniędzy nie ma szans, bo pomagają dwóm córkom w opłaceniu studiów.

– Niektórzy ekscytują się tym, że Harris zastąpiła Bidena. Dla mnie to kolejna marionetka Demokratów, która na równi z prezydentem jest odpowiedzialna za to, że w Stanach żyje się gorzej – przekonuje Ellen.

Emocje narastają po dwóch stronach amerykańskiej barykady

Ellen ma żal, że niektórzy nazywają ją ekstremistką. Wylicza, że przed wyborami w 2020 r. aż siedem razy wyrywano tablicę z poparciem dla Trumpa, którą postawiła w ogródku. Problem ten notowano wówczas po obu stronach barykady. W hrabstwach Bucks i Northampton niszczono tablice i flagi agitujące na rzecz i Trumpa, i Bidena.

Także dziś problem ten budzi emocje. Na facebookowej grupie „Pennsylvanians defeating Trump” (Pensylwańczycy pokonają Trumpa) zwolennicy Kamali Harris piszą, że boją się wystawić przed domem tablicę z poparciem dla niej, gdyż nie są pewni reakcji sąsiadów o konserwatywnych poglądach.

Jordan Rhone, 27-letni prawnik z Filadelfii i lokalny działacz Partii Demokratycznej, tłumaczy, że założył tę grupę na Facebooku, by mobilizować tutejszy elektorat. – Niektórzy nasi sympatycy, zwłaszcza ci żyjący na wsi, mówili mi, że czują się osamotnieni, jakby żyli sami wśród trumpistów – opowiada „Tygodnikowi” Jordan.

Jordan Rhone // Fot. Domenica Freire / Archiwum prywatne

Można odnieść wrażenie, że jest on politycznym sobowtórem Ellen – tyle że w innej drużynie. Tak jak ona, Jordan puka do drzwi i przekonuje, że Harris to lepszy wybór dla Ameryki. Agituje tak w hrabstwie Montgomery, na przedmieściach Filadelfii. W 2020 r. ich mieszkańcy pomogli wygrać Bidenowi w Pensylwanii.

– Jako Demokrata, wychowany w tym mocno republikańskim hrabstwie, mogę powiedzieć, że przybywa tu wyborców, zwłaszcza kobiet, które nie chcą dopuścić do sukcesu Trumpa – przekonuje Jordan. – Nie chcą być częścią ślepego kultu Trumpa. Coraz trudniej utożsamiać im się z Partią Republikańską, zdominowaną przez jego radykalną retorykę.

Droga do Białego Domu wiedzie przez Pensylwanię

Ellen i Jordan walczą o każdy głos w Pensylwanii, gdzie do zdobycia jest aż 19 głosów elektorskich (w skali całego kraju do zwycięstwa potrzeba ich 270). Tych 19 głosów to ważny kawałek wyborczego „tortu” także dlatego, że w dziesięciu spośród dwunastu poprzednich wyborów prezydenckich droga po zwycięstwo wiodła właśnie przez Pensylwanię.

Dziś jest to także stan, do którego – przy niezwykle wyrównanym wyścigu – sztaby wyborcze obojga kandydatów pompują najwięcej środków na reklamy. Właśnie tutaj odbyła się 10 września telewizyjna debata, podczas której nie zabrakło wątków ważnych dla Pensylwanii.

Prowadzący debatę dziennikarze telewizji ABC dopytywali więc Kamalę Harris, dlaczego zmieniła zdanie w sprawie wydobycia gazu łupkowego metodą hydraulicznego szczelinowania (tzw. fracking). Pięć lat temu, występując jako kandydatka do nominacji Partii Demokratycznej (otrzymał ją wtedy Biden), Harris opowiedziała się za zakazem tej kontrowersyjnej technologii. Dziś, walcząc o głosy w Pensylwanii, gdzie przemysł wydobywczy napędza tutejszą gospodarkę, Harris nie chce słyszeć o restrykcjach. Mimo to Trump straszy, że jej zwycięstwo oznaczałoby koniec frackingu.

Trump i Harris ścigają się na wyborcze obietnice

To, jak ważni dla obu kandydatów są mieszkańcy Pensylwanii, pokazuje również spór wokół perspektywy sprzedaży US Steel – firmy z Pittsburgha, która produkuje stal. Chce ją przejąć japońska spółka Nippon Steel. W imię obrony amerykańskiego przemysłu, a przede wszystkim przypodobania się wyborcom ze związków zawodowych, transakcji sprzeciwiają się zgodnie Trump, Harris i Biden. Według mediów jego administracja prawdopodobnie podejmie decyzję w sprawie przejęcia US Steel dopiero po wyborach.

Stawka w Pensylwanii jest tak duża, że oba sztaby mocno zabiegają nie tylko o głosy niezależnych wyborców, mieszkańców wsi i pracowników fabryk, ale też Latynosów i Amerykanów polskiego pochodzenia – ci drudzy stanowią ok. 5 proc. ludności w tym stanie.

Wyrównana walka toczy się nie tylko o Pensylwanię. Podobna sytuacja jest także w sześciu innych stanach „wahających się”. W Nevadzie doszło do tego, że oboje kandydaci składają takie obietnice jak zniesienie opodatkowania napiwków dla pracowników sektora usług i branży hotelarskiej. To gest adresowany do mieszkańców Las Vegas, stolicy światowego hazardu.

Harris i Trump prześcigają się także w propozycjach, jak ulżyć klasie średniej. Demokratka obiecuje rządowe dopłaty do kredytów hipotecznych, ulgi podatkowe dla rodzin z dziećmi oraz dla małych przedsiębiorców. Z kolei Trump zapowiada, że zdusi inflację, obniży podatki i  całkowicie zniesie podatek od emerytur.

Poparcie Bidena dla Izraela odbiera głosy Partii Demokratycznej

Na Arikę Lycan, osobę niebinarną z Ypsilanti, niespełna 20-tysięcznego miasta w stanie Michigan, takie obietnice nie działają. Arika pracuje w dziale administracji na University of Michigan i ma to szczęście, że razem z partnerem spłacili już kredyt hipoteczny na dom. Ich syn dorasta, nie muszą więc wydawać ponad tysiąc dolarów miesięcznie na żłobek.

Arika Lycan // Archiwum prywatne

Dla Ariki tematem, który odgrywa istotną rolę, jest wojna izraelsko-palestyńska w Gazie, a konkretnie sposób, w jaki prowadzi ją Izrael. Zginęło tam już ponad 40 tys. Palestyńczyków, głównie cywilów. Arika nie chce patrzeć na to obojętnie. Głos przeciw Bidenowi w lutowych prawyborach Partii Demokratycznej – to był akt protestu Ariki wobec wsparcia rządu USA dla Izraela.

Takich jak Arika w Michigan, gdzie mieszka duża społeczność amerykańsko-arabska, było ponad 100 tysięcy, czyli 13 proc. głosujących. Czerwoną kartkę Bidenowi pokazały z tego powodu także tysiące wyborców w innych stanach.

Wielu wyborców może nie poprzeć ani Trumpa, ani Harris

Od miesięcy Arika, lat 39, angażuje się w propalestyńskie protesty. Także w ten w Chicago, gdzie w czasie konwencji Partii Demokratycznej demonstranci domagali się zawieszenia broni w Gazie i embarga na dostawy broni z USA dla Izraela.

Arika nie kryje frustracji, że Harris jest gotowa w dużym stopniu kontynuować politykę bliskowschodnią Bidena. Pokazała to podczas przemówienia na konwencji: wprawdzie mówiła o cierpieniu cywilów w Gazie, ale jednocześnie poparła prawo Izraela do samoobrony (w języku amerykańskiej polityki oznacza to wsparcie dla izraelskiego rządu) i zaznaczyła, że musi mieć on na to fundusze. Podczas konwencji aktywistów rozczarował też fakt, że na mównicę nie zaproszono przedstawiciela palestyńskich Amerykanów – choć wystąpili bliscy jednego z izraelskich zakładników.

Arika: – Mam niewielkie nadzieje, że Harris zdobędzie się na zmianę kursu wobec Izraela. Jako osoba niebinarna boję się powrotu Trumpa. Jednak głosowanie na kandydatkę wspierającą ludobójstwo jest dla mnie równie nieakceptowalne, co poparcie dla jej rywala.

Dlatego Arika rozważa głosowanie na jednego z kandydatów niezależnych. Choć w Stanach, zdominowanych przez dwie partie, ich start w zasadzie się nie liczy. Najbardziej prominentny z nich, Robert F. Kennedy Jr., na finiszu kampanii mógł liczyć na zaledwie 7 proc. poparcia. Pod koniec sierpnia zrezygnował z wyścigu i poparł Trumpa.

„Głosuję na Harris, ale tylko ze strachu przed Trumpem”

Katey Morse, 44-letnia pracowniczka banku z Grand Rapids w zachodnim Michigan, przyznaje, że kilka miesięcy przysłuchiwała się z ciekawością wystąpieniom Kennedy’ego. Choć to antyszczepionkowiec znany z rozsiewania teorii spiskowych, zainteresował ją centrowymi poglądami – jak walka z nielegalną imigracją przy jednoczesnym utrzymaniu przychylnej polityki dla imigrantów, którzy chcą przyjechać do USA legalnie.

Katey Morse // Archiwum prywatne

Katey rozglądała się za jakąś alternatywą, bo była zawiedziona faktem, że musiałaby znowu – jak w 2020 r. – wybierać między Bidenem a Trumpem. Dziś, gdy Bidena zastąpiła 59-letnia Harris, Katey czuje ulgę i mówi, że podobają jej się niektóre postulaty, jak ulgi podatkowe dla małych przedsiębiorstw. Podkreśla jednak, że odda głos na Harris głównie dlatego, że boi się powrotu Trumpa do władzy.

Tłumaczy przy tym, że nie chce popełnić tego samego błędu co w 2016 r. Wówczas, zwiedziona obietnicami rozkręcenia amerykańskiej gospodarki, zaufała nowojorskiemu biznesmenowi. Dzięki takim wyborcom jak Katey wygrał on wtedy w – decydujących dla jego finalnego zwycięstwa – stanach Michigan, Pensylwanii i Wisconsin. Pokonał tam Hillary Clinton niewielką przewagą  – niecałych 80 tys. głosów.

Czy na Trumpa można patrzeć z przymrużeniem oka?

– Dla mnie Trump to egocentryk i mizogin, dla którego nie liczy się dobro Ameryki, lecz zaspokojenie własnych ambicji. Do tego jest groźny dla bezpieczeństwa naszego kraju: spójrzmy, jak dobrze dogadywał się z dyktatorami, takimi jak Kim Dzong Un czy Władimir Putin. To przerażające – uważa Katey Morse.

Z tym poglądem Katey zapewne nie zgodziłby się Scott Mann, także wyborca z Michigan. Dyrektor sprzedaży z White Lake, cytowany przez dziennik „Detroit Free Press”, uważa, że to właśnie Donald Trump byłby skuteczniejszy niż Kamala Harris w naciskach na rozwiązanie światowych konfliktów.

Na Trumpa głosować planuje także Lori Mayer, 64-letnia kierowca autobusu szkolnego. Mayer mówi, że zrobi to z dwóch powodów. Według niej były prezydent lepiej poradzi sobie z inflacją i napływem nielegalnych imigrantów do USA, którzy podbierają jej mężowi pracę przy malowaniu domów. „Na Trumpa trzeba patrzeć z przymrużeniem oka. Większość polityków kłamie, a on przynajmniej mówi to, co uważa, i nie muszę się niczego domyślać” – mówi Lori Mayer, cytowana przez „Detroit Free Press”.

Wielu Amerykanów wciąż jeszcze się waha

Na sześć tygodni przed wyborami są też tacy, którzy nie podjęli jeszcze decyzji, na kogo głosować. Daniella Goral, 38-letnia Amerykanka polskiego pochodzenia, mówi mi wprost, że tegoroczna kampania przypomina jej kiepski film political fiction.

Daniella Goral // Archiwum prywatne

– Trochę mi wstyd, że choć mamy tak wielu polityków w Ameryce, to po raz kolejny  wystawiliśmy Trumpa i Bidena, którego na ostatniej prostej zastąpiła Harris – tłumaczy Daniella i dodaje, że ma wątpliwości, czy Demokraci są pewni kompetencji Harris, skoro wystawili ją do walki tak późno.

Do kompetencji Harris nie przekonała Danielli wrześniowa debata telewizyjna. – Owszem, ona atakowała Trumpa, mówiła o Polonii w USA i nie gadała głupstw o imigrantach zjadających koty – mówi Daniella, nawiązując do słynnych słów Trumpa na temat haitańskich imigrantów, którzy rzekomo mieli zjadać koty i psy w mieście Springfield w stanie Ohio.

Jednak dla Danielli to nie jest wystarczający powód, żeby poprzeć Harris. – Z drugiej strony – dodaje – gdy oglądałam tę debatę, przypomniałam sobie o szturmie na Kapitol 6 stycznia 2021 r. i problemach prawnych Trumpa. No więc, choć chciałabym zagłosować na Partię Republikańską, bo bardziej podoba mi się jej program gospodarczy, to trudno jest mi poprzeć tego faceta... – wyznaje konsultantka w branży przemysłowej, do której trafiają obietnice odbudowy amerykańskich fabryk.

I znów wracamy do siedmiu stanów „wahających się”...

Z punktu widzenia wyniku walki o Biały Dom dylematy Danielli Goral nie mają jednak aż tak istotnego znaczenia.

Choć pochodzi ona z Pensylwanii, dziś mieszka w New Jersey. Tymczasem od roku 1992 większość mieszkańców tego stanu nieprzerwanie i konsekwentnie głosuje w wyborach prezydenckich na kandydatów Demokratów.

O tym zaś, kto z tej dwójki – Harris czy Trump – przekroczy magiczną granicę 270 głosów elektorskich, zdecydują na koniec przede wszystkim mieszkańcy tych siedmiu stanów „wahających się”. Tak działa arytmetyka amerykańskiej demokracji.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 39/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Amerykańska arytmetyka