Angela Gschwend zapewnia, że nie da sobie przypiąć łatki zagorzałej fanki Trumpa i ruchu MAGA. W końcu 61-latka z Lubbock, ćwierćmilionowego miasta w Teksasie, nie nosi bejsbolówki z napisem Make America Great Again. Nie zgadza się z niektórymi postulatami ruchu, jak tym o niemal całkowitym zakazie aborcji. Nie uważa się też za chrześcijańską nacjonalistkę: nie twierdzi, że Trump to mesjasz, który ochroni Stany przed radykalną lewicą.
Angela wierzy za to, że Trump zapisze się w historii jako jeden z najważniejszych prezydentów USA. Miejsce w tym gronie gwarantuje mu zaś decyzja o wymierzonej w Iran operacji „Epicka Furia”, podjętej wspólnie z Izraelem.
– Czekaliśmy na ten moment od dawna, ja i moi irańscy znajomi mieszkający w USA. Odkąd Stany w czerwcu zeszłego roku uderzyły w trzy główne ośrodki nuklearne w Iranie, miałam nadzieję, że to nie koniec i prezydent Trump podejmie próbę, by pomóc Irańczykom w obaleniu reżimu – mówi mi Angela.
Jednak reżim w Teheranie nie upadł, a ponad miesiąc trwania tej wojny pokazał raczej jego odporność. Mimo to Angela wciąż ma nadzieję, że Trumpowi zależy na zmianie władzy w Iranie. Jej optymizmu nie studzą wypowiedzi prezydenta, jak ta z końca marca, gdy wypalił, że doszło do obalenia reżimu, bo jego kluczowi przywódcy nie żyją.
Można wątpić, aby irańscy emigranci, znajomi Angeli, podzielali opinię Trumpa.
Trump i Iran
Angela, urzędniczka w teksaskim sądzie, kibicuje tak mocno Irańczykom, bo śledzi ich losy od czasów rewolucji islamskiej w 1979 r. Wspomina, że jako nastolatka codziennie oglądała telewizyjne relacje o upadku prozachodniego szacha Mohammada Rezy Pahlawiego.
Gdy 47 lat później usłyszała o ataku USA i Izraela na Iran, od razu zadzwoniła do znajomego, irańskiego inżyniera mieszkającego w Teksasie. Angela twierdzi, że jest on także zwolennikiem Trumpa i nawet nosi bejsbolówkę z napisem MAGA.
– Mój przyjaciel marzy, by jego rodzina w Iranie mogła cieszyć się taką samą wolnością, jak on w Ameryce. Przed naszą rozmową poprosił, by przekazać polskiej prasie jedną rzecz: „Większość informacji docierających z Iranu pochodzi od irańskich władz, a zwykli obywatele są odcięci od internetu” – mówi Angela.
Angela uważa, że jest jednak czerwona linia, której USA nie powinny przekroczyć. To wysłanie wojsk lądowych do Iranu. Niepokoiło ją skierowanie na Bliski Wschód tysięcy marines i żołnierzy z dywizji powietrznodesantowej.
Tymczasem musiał minąć miesiąc, nim Trump zwrócił się wprost do Amerykanów w sprawie wojny, którą zaczął. W orędziu, jakie wygłosił nocą z 1 na 2 kwietnia czasu polskiego, obiecał, że skończy się ona wkrótce. Nie przedstawił planu, jak chce to osiągnąć – ograniczył się do powtarzania gróźb o nasileniu ataków na Iran, co miałoby „cofnąć ten kraj do epoki kamienia”.
Przemawiając do Amerykanów, zmęczonych skutkami ekonomicznymi tej wojny, przekonywał, że powinni patrzeć na nią z szerszej perspektywy. Trwa ona bowiem krócej niż inne wojny, w które zaangażowane były Stany, a wyeliminowanie zagrożenia ze strony Iranu miałoby być „inwestycją” w przyszłość kolejnych pokoleń.
Iran zamiast Ukrainy
Murem za Trumpem stoi też 60-letni Jerry Stepanovich, budowlaniec z 200-tysięcznego miasta Grand Rapids w stanie Michigan. Gdy rozmawialiśmy półtora roku temu, Jerry wściekał się, że administracja Bidena pompuje amerykańskie pieniądze w pomoc wojskową dla Ukrainy. Dziś Jerry popiera wojnę z Iranem i akceptuje związane z nią ogromne wydatki.

Według szacunków Pentagonu tylko pierwsze sześć dni działań wojskowych kosztowały co najmniej 11 mld dolarów. Pentagon sugerował, że może wystąpić do Kongresu o dodatkowe 200 mld dolarów na wydatki związane z Bliskim Wschodem (tymczasem, jak podała w styczniu 2025 r. administracja Bidena, USA przekazały Ukrainie sprzęt wojskowy o wartości 66 mld dolarów).
Ekipa Trumpa jest gotowa wydawać takie środki, choć w 2025 r. Republikanie w Kongresie obcięli pieniądze na programy społeczne, w tym Medicaid – opiekę zdrowotną dla najbiedniejszych.
Jerry Stepanovich nie chce komentować tego paradoksu. Choć przyznaje, że koszmarnie droga opieka zdrowotna to jeden z głównych problemów w USA. Woli jednak mówić dziś o rzekomej rozrzutności administracji Bidena, która miała z otwartymi rękami wpuszczać do kraju nielegalnych imigrantów i przymykać oko na korupcję przy programach socjalnych.
Jerry nawiązuje tu do autentycznej historii przekrętów finansowych z udziałem somalijskiej diaspory w Minneapolis, mieście rządzonym przez Demokratów. Zamiast np. rozdawać posiłki dzieciom, latami defraudowano przeznaczone na to fundusze. Nadużycia te są dziś przywoływane w prawicowych kręgach jako uzasadnienie dla radykalnych działań rządu federalnego w tym mieście.
Galon po cztery dolary
Być może Jerry’emu łatwiej jest niewzruszenie sympatyzować z Trumpem, bo za jego rządów zwyczajnie dobrze mu się żyje. Jako singiel z odchowanym synem i spłaconą hipoteką nie ma poważnych bieżących wydatków. Do tego firma, w której pracuje, w ostatnim roku zdobyła dużo nowych kontraktów.
Jerry sporo jeździ po Midweście, amerykańskim Środkowym Zachodzie, pracując przy budowie fabryk. Koszty za benzynę zwraca mu szef, Jerry nie odczuł więc tak mocno skutków kryzysu paliwowego, który od momentu rozpoczęcia izraelsko-amerykańskich ataków na Iran uderza po kieszeni właściwie cały świat.
Pod koniec marca średnia cena za tzw. amerykański galon benzyny (to ok. 3,8 litra) przekroczyła w Stanach poziom 4 dolarów – po raz pierwszy od 2022 r. Przed wybuchem wojny z Iranem Amerykanie płacili średnio o ponad dolara mniej. Blokada kluczowej dla światowego handlu cieśniny Ormuz wywołała też wzrost cen nawozów, co odbija się na amerykańskich rolnikach.
Pęknięcia w MAGA
Choć atak na Iran kłóci się z obietnicą Trumpa, że nie wciągnie USA w nowe wojny, większość zwolenników Republikanów popiera zaangażowanie w konflikt z Iranem. Zarazem w sondażu opublikowanym 26 marca przez Associated Press tylko jedna piąta republikańskich respondentów opowiadała się za wysłaniem wojsk lądowych USA do Iranu.
Przed takim scenariuszem przestrzegał – podczas konferencji konserwatystów CPAC pod koniec marca – były kongresmen Matt Gaetz. „Inwazja lądowa na Iran sprawi, że nasz kraj stanie się biedniejszy i mniej bezpieczny” – mówił Gaetz, który podczas CPAC jako jeden z nielicznych krytykował publicznie wojnę z Iranem.
Frustracji nie kryli za to młodzi Republikanie. „Czuję się zdradzony, bo Trump obiecał nam, że nie będzie nowych wojen. Dlaczego nie pomagamy Amerykanom? Nasza gospodarka cierpi” – komentował w rozmowie z radiem publicznym NPR 30-letni Joseph Bolick, weteran wojen w Iraku i Afganistanie.
W mediach częściej niż jeszcze miesiąc temu pojawiają się krytyczne opinie fanów MAGA. Wcześniej słychać było głównie głosy prawicowych komentatorów, jak Tucker Carlson czy Megyn Kelly. Decyzję o ataku na Iran krytykował też popularny podkaster Joe Rogan, twierdząc, że niektórzy zwolennicy Trumpa czują się przez niego zdradzeni.
W obozie MAGA zawrzało też za sprawą odejścia Joego Kenta z funkcji dyrektora Narodowego Centrum Zwalczania Terroryzmu. Kent, dotąd sojusznik Trumpa, zrobił to twierdząc, że nie może popierać wojny z Iranem, gdyż Iran nie stanowi bezpośredniego zagrożenia dla Stanów, oraz że Biały Dom zaczął tę wojnę „pod presją Izraela i jego potężnego lobby w USA”.
Republikanie boją się listopada
Republikanie obawiają się, że konflikt z Iranem i jego skutki utrudnią im walkę o utrzymanie kontroli nad obiema izbami Kongresu. Dziś mają w nich większość. Wybory odbędą się w listopadzie: Amerykanie będą głosować nad nową Izbą Reprezentantów oraz nad jedną trzecią składu Senatu.

Stawka jest wysoka: jeśli Demokraci uzyskają większość w parlamencie federalnym, będą mogli blokować reformy podsuwane przez Trumpa i wszcząć procedurę usunięcia go z urzędu – jeśli uznają, że czas już po temu.
Aby przezwyciężyć tendencję, według której partia urzędującego prezydenta zwykle przegrywa w tych tzw. wyborach „połówkowych” – nazywanych tak, gdyż odbywają się w połowie jego kadencji – Republikanie potrzebują wsparcia szerokiej koalicji. Nie tylko przekonanych fanów Trumpa, ale też umiarkowanych Republikanów i wyborców niezależnych. Tymczasem wśród tych ostatnich, podobnie jak wśród Demokratów, większość nie popiera wojny z Iranem.
Koszty życia w USA
W tej grupie jest 22-letnia Devynn de Velasco, nauczycielka z Nebraski, która zazwyczaj głosuje na kandydatów Partii Demokratycznej.
Devynn mówi mi, że razem z mężem martwią się dziś o swoje finanse, bo wysokie ceny paliwa wyjątkowo mocno uderzyły w ich domowy budżet. Ona dojeżdża codziennie do pracy 40 kilometrów w obie strony, a jej mąż jest pracownikiem kontraktowym i także spędza dużo czasu za kółkiem.
Devynn de Velasco jest przeciwna angażowaniu się Stanów w konflikty zagraniczne. Uważa, że Trump powinien skupić się na rozwiązywaniu problemów Amerykanów, takich jak właśnie wysokie koszty życia i wyśrubowane ceny nieruchomości.
Nauczycielka tłumaczy w rozmowie, że ona i jej mąż mogliby wziąć dziś kredyt hipoteczny jedynie na kupno niewielkiego domu – i to w mało atrakcyjnej okolicy, bo w pobliżu bazy sił powietrznych Offutt, na południe od Omahy.
Obecnie małżeństwo wynajmuje w tej okolicy dom, ale nie wyobraża sobie, aby mieli kupić tutaj coś na stałe. Devynn i jej mąż boją się, że w obliczu zawirowań geopolitycznych baza ta może być potencjalnie zaatakowana przez adwersarzy USA. Boją się też wpakować swoich oszczędności w kredyt, bo nie wiadomo, czy nie będą potrzebowali nagle zastrzyku pieniędzy.
– Chciałabym powiedzieć, że jestem zaskoczona, iż Biały Dom przedkłada wojnę z Iranem nad dobro swoich obywateli. Ale to nie pierwszy raz, gdy amerykański rząd woli pompować pieniądze na działania za granicą – uważa Devynn.
Dodaje, że jej zdaniem USA nie powinny już pełnić roli światowego policjanta. – Robiliśmy to w przeszłości m.in. dlatego, że uważano nas za państwo godne zaufania. Nie sądzę, żeby postrzegano nas tak za rządów tej administracji.
Devynn jest sfrustrowana nie tylko wojną z Iranem, ale także retorycznymi atakami Trumpa na kraje NATO i jego groźbami aneksji Grenlandii.
Iran i akta Epsteina
Jazda bez trzymanki, którą w oczach wielu Amerykanów funduje Trump, bulwersuje też 41-letnią Shanę Ziolko ze stanu Missouri. Po tym, jak Izrael i USA zaatakowały Iran, Shana zaczęła dojeżdżać do pracy autem wspólnie z koleżanką, by zaoszczędzić na paliwie.

O konflikcie przypominają jej też studenci, którym udziela konsultacji jako doradczyni akademicka. Na jej uniwersytecie uczą się rezerwiści, obawiający się wezwania do służby wojskowej na Bliskim Wschodzie. – Wielu dobija niepewność, czy w ciągu najbliższych tygodni nie będą musieli porzucić swojego dotychczasowego życia – mówi mi Shana Ziolko.
Niepokój czuć nawet w przedszkolu, w którym na przedmieściach Phoenix w Arizonie pracuje 23-letni Roman Corey. W jego rozmowach z nauczycielami i rodzicami przedszkolaków przeważały ostatnio dwa tematy: wojna z Iranem oraz sprawa nieżyjącego już przestępcy seksualnego i finansisty Jeffreya Epsteina.

Roman, podobnie jak wielu nauczycieli, uważa, że jest między nimi związek: że mianowicie decyzja o ataku na Iran miała na celu odwrócenie uwagi amerykańskiej opinii publicznej od znajomości Trumpa z Epsteinem.
Jak bardzo sprawa Epsteina porusza Amerykanów, widać także tutaj. Rodzice z przedszkola Romana obawiają się, że zdjęcia ich dzieci mogły trafić w ręce pedofilów. A to dlatego, że firma Lifetouch, zatrudniona do wykonania pamiątkowych fotografii w placówce, pośrednio należy do podmiotu, którego były prezes figuruje w aktach Epsteina.
Lifetouch to nie firma pierwsza z brzegu – to przedsiębiorstwo z tradycją, działające od niemal 90 lat, jedna z najbardziej znanych firm w Stanach i Kanadzie zajmująca się fotografią szkolną. Za sprawą obecnego zamieszania, napędzanego przez teorie spiskowe, wiele szkół i przedszkoli zerwało już z nią współpracę.
Nie jest to jedyny problem, jakim żyje przedszkole, w którym pracuje Roman. Ekipa Trumpa nie przedłużyła placówce federalnych grantów. Kierownictwo będzie więc musiało skrócić godziny otwarcia i zacząć pobierać czesne od rodziców (dotąd opieka była bezpłatna). A że jest to biedne przedmieście Phoenix, niektórych rodzin nie będzie stać na taki wydatek.
– Już teraz ludziom trudno dopiąć domowy budżet, za sprawą wysokich cen benzyny i żywności – irytuje się Roman. Przyznaje, że w ostatnich miesiącach mocno zaciska pasa. Kupuje najtańsze produkty, zrezygnował z subskrypcji premium na YouTubie i zawiesił plan zakupu nowego auta, bo jak tłumaczy, przez wojnę celną Trumpa mocno skoczyły ceny.
Dziś Romanowi trudno uwierzyć, że poparł Trumpa w wyborach prezydenckich w 2020 r., wkrótce po tym, jak uzyskał prawo do głosowania.
Nie na to głosowaliśmy
Ten moment w życiu ma już za sobą również Katey, która oddała głos na Trumpa w 2016 r., zachęcona obietnicami poprawy sytuacji gospodarczej. Katey, pracowniczka banku z Grand Rapids, kibicuje dziś Partii Demokratycznej i chce głosować na jej kandydatów w wyborach „połówkowych”. Mówi, że jest wściekła, iż Trump wmanewrował Stany w interwencję w Wenezueli i wojnę z Iranem.
Katey: – Każdy polityk Partii Republikańskiej ma na rękach krew niewinnych cywilów, którzy zginęli na Bliskim Wschodzie.
Roman: – W listopadzie zagłosuję na Demokratów. Nie dlatego, że dbają o klasę pracującą, bo tak nie jest, ale dlatego, że przynajmniej nie całują tyłka Trumpowi.
Devynn: – Nie znam wielu zwolenników ruchu MAGA, którzy przyznają dziś otwarcie, że są rozczarowani. Większość unika tego tematu. Ale jeśli mają choć odrobinę rozsądku, to zrozumieją, że Trump nigdy nie miał zamiaru trzymać się polityki America First. Problemy zwykłych Amerykanów go nie interesują.
Tak mówią dziś byli zwolennicy Trumpa lub wyborcy niezależni, jak Devynn.
Do głosowania „połówkowego” jeszcze ponad pół roku.
Tekst ukończono 2 kwietnia
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















