W ostatnich 20 latach Holandia stała się krajem imigrantów. O ile w miasteczkach i na wsi nie jest to aż tak widoczne, w miastach nie sposób tego nie dostrzec. Haga, Amsterdam, Rotterdam, Utrecht czy Eindhoven są w 30-50 procentach zamieszkane przez osoby pochodzenia nieholenderskiego i niezachodniego. Także wielu obywateli urodzonych już w Holandii ma rodziców spoza Europy – najczęściej z Maroka, Turcji, Surinamu i Somalii.
Wcześniej, gdy odsetek imigrantów i ich potomków wynosił kilka procent, nie rzucało się to tak w oczy. Teraz kilkanaście procent w skali kraju – i kilkadziesiąt w miastach – budzą coraz więcej kontrowersji. Oraz oporów, co znajduje odbicie w wyborach.
Kto zwiedza Holandię poza turystycznymi wypięknionymi enklawami – a tym bardziej ten, kto tu mieszka – rozumie, w czym rzecz. Nie jest to już kraj tak bezpieczny i stabilny społecznie, jak zwykło się go przedstawiać jeszcze na początku XXI w.
Większa anonimowość i atomizacja: skutki masowej imigracji
Tym, co dominuje dziś w krajobrazie Hagi – siedziby parlamentu i głównych urzędów (choć stolicą jest Amsterdam) – to śmieci: na chodnikach, trawnikach, w krzakach. Także pod marketami, jak Lidl czy holenderska sieć Albert Heijn. W kanałach, które kiedyś były wizytówką miasta, tu i tam widać wyrzucone stare meble.
Kasy w dyskontach, gdzie mniej więcej ponad połowa pracowników ma nieeuropejskie pochodzenie, są pilnowane ostentacyjnie przez krzepkich ochroniarzy. Pracownice często noszą hidżab lub inne islamskie nakrycie głowy. Są dzielnice, gdzie tak ubrana jest większość kobiet. Nie brak mężczyzn w tradycyjnych narzutach typu kandura (luźnym stroju sięgającym kostek), choć wielu ubiera się wygodniej, po zachodniemu – w odróżnieniu od ich żon.

Na okładce holenderskiego „Cosmopolitan” za kwiecień-maj 2025 r., okres Wielkanocy, widnieje zdjęcie muzułmanki z zakrytą głową, a jednym z przewodnich tematów wydania jest dbanie o włosy pod hidżabem.
W miastach plagą stały się kradzieże rowerów, popularnego tu środka komunikacji (kiedyś mawiano, że w Holandii można zostawić nieprzypięty rower) lub baterii do rowerów elektrycznych.
Mieszkańcy opowiadają mi, że w niektórych dzielnicach po zmroku można oberwać na ulicy, i to bez powodu. Kobieta sama o tej porze zwykle nie wyjdzie na ulicę, to zbyt niebezpieczne.
Przypomina mi to trochę klimat z Polski lat 90., ale multikulturalnie, z dużą domieszką islamu. I bez typowej dla Polski swojskości. Różne nacje, języki i religie, a przez to znacznie większa anonimowość i atomizacja społeczeństwa. W efekcie – słabnące zaufanie między ludźmi, czasem nawet wrogość między sąsiadami.
Zjawisko drenowania imigranckich portfeli
Jednak nie wszędzie tak jest. Są dzielnice, gdzie Holendrzy lub inni Europejczycy są silnie przemieszani z imigrantami (bądź ich potomkami) z Afryki, Azji czy Ameryki Południowej. Są też okolice zamieszkane głównie przez Holendrów. Nie każda część Hagi jest zaniedbana tak jak dzielnice Moerwijk i Spoorwijk – bo to głównie w nich można trafić na ogromne ilości śmieci i właśnie tam żyje bardzo dużo imigrantów oraz ich potomków.
Tym, co rzuca się w tych dzielnicach w oczy, to również bardzo dużo bawiących się dzieci.
Choć bywają zamożne imigranckie rodziny, zwłaszcza marokańskie, wielu Holendrów pochodzenia imigranckiego – a tym bardziej obcokrajowców przybyłych niedawno – wynajmuje mieszkania w starych kamienicach z kiepską kanalizacją i akustyką, często do umeblowania przez najemców na własny koszt. Wynajmującymi zaś są zwykle zamożni Holendrzy, którzy „skąpią na wszystkim, nawet bezpieczeństwie” – jak słyszę w rozmowach.
„Przesadne oszczędzanie”, by nie powiedzieć „skąpstwo” uchodzą wręcz za cechę narodową rodowitych Holendrów – oczywiście zdaniem imigrantów, z którymi rozmawiam.
Zjawisko drenowania imigranckich portfeli przez wynajem podupadłych mieszkań zgrabnie sportretował holenderski pisarz Arnon Grunberg w powieści „Tirza”, wydanej w kilkudziesięciu językach (również po polsku) i nagradzanej.
Imigracja w Holandii: trochę statystyki
Wśród imigrantów, którzy stanowią obecnie kilkanaście procent w 18-milionowym społeczeństwie, spora część to muzułmanie.
Urząd Statystyczny podaje, że w 2023 roku 84,5 proc. obywateli Holandii urodziło się na terenie tego kraju. Jednak niewiele mówi to o skali imigracji: wielu spośród tutaj już urodzonych ma pochodzenie tureckie, marokańskie, somalijskie czy surinamskie (to główne obszary, z których przybywali imigranci).
Rdzenni Holendrzy stanowią zatem mniejszy odsetek, niż może to wynikać z tej statystyki. Jaki dokładnie, nie wiadomo. Na pewno malejący, bo dzietność, w skali kraju wynosząca 1,4 dziecka na kobietę, jest wyższa wśród muzułmanek (w 2012 r. szacowano, że ich dzietność jest średnio o 1-1,3 dziecka wyższa od dzietności rodowitych Holenderek).
Dalej: badanie Urzędu Statystycznego z 2022 r. wskazało, że 57 proc. Holendrów to osoby areligijne, 18 proc. to katolicy, 13 proc. protestanci, a niecałe 6 proc. muzułmanie (pozostałe kilka procent reprezentowane było przez inne religie). Badanie objęło osoby powyżej 15. roku życia, faktyczny udział islamu w „krajobrazie” religijnym jest więc wyższy.
Imigranci: religijność i obyczajowość
Kilka lat temu w Holandii doliczono się ok. 500 meczetów. Większość związana jest ze środowiskami pochodzenia tureckiego i marokańskiego. Meczetom i zarządzającym nimi organizacjom pochodzenia tureckiego zarzuca się realizowanie propagandy prezydenta Turcji Recepa Tayyipa Erdoğana i przenoszenie obcych konfliktów na teren Holandii (istotnie, przy meczetach często widać powiewające flagi tureckie).
A co z religijnością? Według wspomnianego badania z 2022 r., 12 proc. Holendrów regularnie uczęszcza na nabożeństwa; dotyczy to i chrześcijan, i muzułmanów. Z kolei Niderlandzki Instytut Badań Społecznych opublikował w 2015 r. raport pokazujący, że 40 proc. muzułmanów tureckich, 38 proc. somalijskich, 37 proc. marokańskich i 16 proc. surinamskich uczęszcza na swoje nabożeństwa co najmniej raz w tygodniu.
Ta sama publikacja podaje, że 69-94 proc. z nich (zależnie od pochodzenia etnicznego) codziennie spożywa mięso halal z uboju rytualnego (to kolejny spór cywilizacyjny, tym razem o humanitarne traktowanie zwierząt z chowu).
Znacznie ponad połowa Holendrów pochodzenia marokańskiego, tureckiego i somalijskiego wyraziła w tym badaniu niechęć wobec perspektywy, że ich córka mogłaby poślubić kogoś innego niż wyznawca islamu.
Kwestia przemocy
Na tle innych krajów Europy Zachodniej – Francji, Niemiec, Belgii czy Szwecji – Holandia nie ma tak dużych problemów z islamskim terroryzmem. Co nie znaczy, że nie ma go w ogóle.
W 2004 r. holenderski reżyser Theo van Gogh został zamordowany przez muzułmanina Mohammeda Bouyeriego; zabójca zeznał, że do czynu tego pchnął go fakt, iż van Gogh wyprodukował film krytykujący podejście islamu do kobiet. W 2018 r. Afgańczyk, ubiegający się o azyl w Niemczech, zaatakował nożem na dworcu kolejowym w Amsterdamie, raniąc kilka osób. W 2019 r. zamachu terrorystycznego z użyciem broni palnej dokonał Holender tureckiego pochodzenia w Utrechcie; zabił kilka osób i ranił kolejne.
Większym za to wyzwaniem, patrząc z perspektywy społecznej, jest przestępczość zorganizowana: mafia, głównie marokańska. Zwłaszcza w Rotterdamie, gdzie mieści się największy europejski port morski. Walki mafijne, przemyt narkotyków, handel ludźmi, wzrost liczby bezdomnych – rozpowszechnione w Holandii, a zwłaszcza w Rotterdamie – doprowadziły do znacznego zwiększenia przestępczości; notuje się wzrost liczby podpaleń, ataków, walk gangów i morderstw.
Dekada imigrantów w Holandii
Gdy idzie o dynamikę imigracji, znacząca była ostatnia dekada. Urząd Statystyczny przyznaje, że „do 2014 r. przyrost naturalny był głównym czynnikiem napędzającym wzrost liczby ludności w Holandii; od 2014 r. napędzany jest on głównie migracją”.
Po tym, jak w 2015 r. przybyło tutaj 205 tys. osób, w kolejnych latach liczby te rosły, aż osiągnęły 269 tys. w 2019 r. Potem nastąpił spadek (do 220 tys. w 2020 r.), ale później, w 2022 r. nowych imigrantów było już ponad 400 tys. (z czego tylko 47 tys. to byli obywatele państw UE). W 2023 r. do Holandii przybyło niemal 337 tys. imigrantów.
Te statystyki, w połączeniu z wyraźnymi zmianami w tkance społecznej i codziennym funkcjonowaniu miast, budzą reakcje w społeczeństwie. W efekcie zmienia się podejście polityków – także z partii mainstreamowych.
W 2021 r., zaraz po tym, jak Amerykanie opuścili Afganistan, ówczesny premier Mark Rutte (i zarazem lider Partii Ludowej na rzecz Wolności i Demokracji, prawicowo-liberalnej) zadeklarował, że Afgańczycy, którzy nie są związani z Holandią, nie powinni być przyjmowani. W tym samym roku uchwalono reformę ustawy o integracji imigrantów. Nakłada ona obowiązek na imigrantów spoza Unii, by przeszli kurs i zdali egzamin z norm społecznych i języka oraz funkcjonowania rynku pracy.
Pomimo krytyki – krytycy zarzucali reformie, że dyskryminuje muzułmanów – została wprowadzona w życie w 2022 r.
Holandia dołącza politycznie do wielu innych krajów Europy
W 2023 r. czwarty już rząd Marka Ruttego rozpadł się, a powodem był konflikt o politykę azylową (dziś Rutte stoi na czele NATO). Partie mainstreamowe nie mogły się porozumieć, część koalicjantów blokowała restrykcyjne pomysły (chadecy uznali je za niechrześcijańskie).
Ogłoszono nowe wybory, w których najwięcej głosów, prawie jedną czwartą, otrzymała Partia Wolności – ugrupowanie Geerta Wildersa, którego głównym postulatem od wielu już lat jest radykalne ograniczenie imigracji. Zwłaszcza islamskiej, choć Wildersowi zdarzyło się krytykować także imigrantów z „nowej” Unii, w tym Polaków. Czynił to zwykle w taki sposób, że reszta sceny politycznej traktowała go jak enfant terrible.
W ten sposób powstała sytuacja, której schemat powtarza się w ostatnich latach w wielu krajach Europy: na fali sprzeciwu wobec masowej i niekontrolowanej imigracji wybory wygrywa partia, która przez resztę traktowana była do tej pory jako „niedotykalna” skrajność.
Ciąg dalszy jest potem dwojaki. Albo „niedotykalni” nimi pozostają, a reszta zawiera koalicję, by nie dopuścić ich do władzy. To kazus AfD w Niemczech (choć wygrała w landach wschodnich, władzy nie objęła) czy Partii Wolnościowej w Austrii (wygrała wybory, ale nie udało jej się stworzyć koalicyjnej większości). Albo też zostają dopuszczeni do rządzenia, co skutkuje ich „odczarowaniem” (Finlandia) czy swoistą „normalizacją” (Włochy).
Radykalna Partia Wolności wchodzi do rządu
W Holandii zaistniał scenariusz pośredni: po kilku miesiącach negocjacji stanęło na tym, że w marcu 2024 r. Partia Wolności utworzyła koalicję (razem z partią Ruttego, centroprawicową Nową Umową Społeczną i Ruchem Rolnik-Obywatel), ale Wilders nie wszedł w ogóle do rządu (choć miał ambicję zostania premierem).
Na jego czele stanął, jako postać kompromisowa i ponadpartyjna, Dick Schoof: polityk niezależny, który wprawdzie był kiedyś w Partii Pracy, ale reputację zdobył jako urzędnik, wieloletni szef służb wywiadu i bezpieczeństwa wewnętrznego. Natomiast członkini partii Wildersa, Marjolein Faber, stanęła na czele ministerstwa ds. migracji.
Podobnie jak Polska, rząd Schoofa chciałby rewizji unijnego paktu migracyjnego, w stronę jego zaostrzenia. Chce też, na wzór Szwecji, ograniczyć imigrantom prawo do sprowadzania rodzin. I surowiej karać łamiących prawo lub sprawiających problemy społeczne, co uzasadnia kryzysem edukacji, bezpieczeństwa i służby zdrowia.
A także mieszkalnictwa, dlatego minister Faber zapowiedziała wycofanie się z priorytetowego przyznawania mieszkań socjalnych uchodźcom, twierdząc, że łamie to konstytucyjne prawa Holendrów do mieszkań.
Wbrew naciskom Wildersa, Faber uznała natomiast, że ustawa o rozlokowaniu uchodźców w ośrodkach, gdzie mają czekać na decyzję o azylu, będzie obowiązywać co najmniej do 2026 r., gdyż nie można uchylić jej wcześniej. Próby zakładania nowych ośrodków spotykają się teraz często z oporem społecznym.
Po drugiej stronie tej debaty przeciwnicy zaostrzania polityki migracyjnej odwołują się do praw człowieka i idei pomocy ludziom szukającym lepszego życia.
Jaka przyszłość holenderskiego eksperymentu?
Imigranci w Holandii mają smykałkę do biznesów spożywczych. Dzięki nim jest wiele małych sklepów i nie ma – jak w Polsce – monopolu kilku sieci (na markety i małe sklepiki). Przy głównych ulicach pełno jest delikatesów, warzywniaków itp. Ulice te tętnią życiem i jest to ten typ gwarności, jaki dobrze wspominam z dzieciństwa lat 90. XX w. na blokowisku.
Widać też, że część nawet muzułmańskich imigrantów integruje się jakoś z większościowym społeczeństwem. Kobiety w hidżabach suną na rowerach. Nikt z tych, z którymi tu rozmawiałem, nie był świadkiem, by muzułmanie wyzywali Europejki za niezasłanianie włosów – jak to bywa w Wielkiej Brytanii czy Francji.
Być może przy odpowiedniej polityce integracyjnej, laicyzacyjnej i zahamowaniu nowej imigracji cały ten demograficzny eksperyment wyszedłby Holendrom na dobre, pewnie najwcześniej za kilkanaście lat. Ale co z nagminnymi kradzieżami, mafią czy zwyczajnym wyrzucaniem śmieci na ulice?
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















