PiS straszy odsyłanymi z Niemiec migrantami. Co naprawdę dzieje się nad Odrą?

W Słubicach Jarosław Kaczyński ogłosił powstanie Ruchu Obrony Granic. Nieprzypadkowo teraz, w gorącej fazie kampanii prezydenckiej. Z całym tym wzmożeniem wokół zachodniej granicy jest tylko jeden problem: żadnej kryzysowej sytuacji nie ma. Na razie.
Czyta się kilka minut
Konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego przy moście granicznym w Słubicach, 29 marca 2025 r. // Fot. Nancy Waldmann
Konferencja prasowa Jarosława Kaczyńskiego przy moście granicznym w Słubicach, 29 marca 2025 r. // Fot. Nancy Waldmann

Powiadają, że trzepot skrzydeł owada w wybranym punkcie globu może kilka dni później wywołać burzę piaskową w zupełnie innej części świata. Tak w największym skrócie można opisać to, co nazywa się „efektem motyla”: w przyrodzie nawet niepowiązane ze sobą pozornie czynniki mogą oddziaływać na siebie i prowadzić do nieoczekiwanego skutku.

Czasem podobne zjawisko zachodzi w polityce. Czy wybory polskiego prezydenta, a nawet przyszłość strefy Schengen miałyby nieoczekiwanie zależeć od tego, co w najbliższych tygodniach wydarzy się na granicy polsko-niemieckiej?

PiS i migranci: stare melodie, nowe okoliczności

Jest słoneczne przedpołudnie, sobota 29 marca. 

Przy moście granicznym w Słubicach działacze PiS-u ustawiają głośniki. Rafał Bochenek, rzecznik partii, instruuje grupkę zebranych na temat przebiegu zaplanowanej konferencji. Ma rozpocząć się o dwunastej, ale główny mówca, Jarosław Kaczyński, pojawi się z półgodzinnym opóźnieniem.

Jego obecność nie wszystkim się w Słubicach podoba. – Wynoś się! – krzyczy jakaś kobieta przez megafon. Reagować musi policja. Również z aut przejeżdżających obok zgromadzenia kilkukrotnie padają głośne słowa niezadowolenia. 

Kaczyński szybko przechodzi do rzeczy. – Rządzący Polską są zdeterminowani do realizowania polityki narzuconej przez Berlin – mówi 75-letni lider opozycji, po czym przestrzega, że rząd Donalda Tuska będzie przyjmować odsyłanych z Niemiec migrantów. – Często bardzo niebezpiecznych ludzi – dodaje. Stojący wokół niego trzymają plakaty: „Referendum. Stop nielegalnej migracji”.

W tle, za zebranymi, widać wieżowce i wieże kościelne – panoramę Frankfurtu nad Odrą. Bardziej na lewo ciągnie się most, który łączy Słubice z Frankfurtem. Wybija się niebieska barwa łuku, który wzmacnia całą konstrukcję. 

Ten łuk to równocześnie wspólny symbol obu miast, które od ponad trzech dekad pracują na miano wychodzącego poza narodowe schematy „dwumiasta”. Jego hasło przewodnie brzmi: „Bez granic – ohne Grenzen”. Wspólna linia autobusowa nr 983 przejeżdża przez most co pół godziny. Kurs zaczyna przy dworcu autobusowym w Słubicach, a kończy przy dworcu kolejowym we Frankfurcie.

Jednak Kaczyński o tych coraz mocniejszych związkach polsko-niemieckiego pogranicza nie wspomina nawet słowem. Słuchając prezesa PiS, można natomiast doświadczyć déjà vu. Blisko 10 lat temu, 13 października 2015 r., Jarosław Kaczyński przestrzegał na spotkaniu z wyborcami w Makowie Mazowieckim przed tajnym unijnym porozumieniem, na podstawie którego do Polski miało trafić „nawet 100 tys. muzułmanów”. 

To na tym spotkaniu padły słowa: „Różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, które nie są groźne w organizmach tych ludzi, mogą tutaj być groźne”. Dwa tygodnie później PiS świętował wygraną w wyborach parlamentarnych.

Funkcjonariusze Straży Granicznej nie widzą żadnego kryzysu

Tutaj, w Słubicach, Kaczyński ogłasza powstanie czegoś, co nazywa Ruchem Obrony Granic. Zapewne nieprzypadkowo robi to teraz, na początku gorącej fazy kampanii prezydenckiej, podczas której kandydat związany z PiS-em, Karol Nawrocki, radzi sobie słabo. Nie jest nawet pewne, czy do drugiej tury wejdzie on, czy Sławomir Mentzen z Konfederacji.

Jeśli sam kandydat nie pcha kampanii do przodu, to trzeba postawić na sprawdzone sposoby pogłębiania społecznych podziałów. Do tego zadania PiS wyznaczył posła Janusza Kowalskiego i Roberta Bąkiewicza, wcześniej działacza Obozu Narodowo-Radykalnego i organizatora Marszu Niepodległości. Obaj mają doświadczenie w kampaniach bazujących na fobiach antyniemieckich i antyimigranckich. 

Tę dwójkę wspierają na polsko-niemieckiej granicy czołowe nazwiska PiS-u. Na wiecach, organizowanych co tydzień, byli już m.in. Mateusz Morawiecki i Mariusz Błaszczak. Zgorzelec, Słubice, Kołbaskowo – w ubiegłą sobotę kolejna akcja odbyła się w Gubinie.

„To teraz nasza pierwsza linia frontu” – tak Bąkiewicz zachęca do udziału w akcjach na granicy w rozsyłanych mailach. W mediach społecznościowych Kowalski pisze z kolei o „imigrantach nielegalnie importowanych do Polski”.

Z tym całym wzmożeniem wokół zachodniej granicy jest tylko jeden podstawowy problem: żadnej kryzysowej sytuacji nie ma. 

Przynajmniej na razie.

Kogo Niemcy zawracają na granicy polsko-niemieckiej?

– Nie widzę w mojej pracy tego, co obecnie tak uwypuklają politycy. Nie ma masowego przekazywania migrantów z Niemiec do Polski – mówi nam Katarzyna, funkcjonariuszka Straży Granicznej, która stale kontroluje granicę polsko-niemiecką. Nasza rozmówczyni prosi o anonimowość, dlatego w tekście występuje pod zmienionym imieniem. Jednocześnie funkcjonariuszka uczula, by rozróżniać podstawowe fakty. 

Obecnie najczęściej dochodzi do zawróceń. To sytuacja, w której niemiecki funkcjonariusz policji zatrzymuje na granicy wybraną osobę, a po sprawdzeniu dokumentów nie wyraża zgody na wjazd do Niemiec, pozostawiając ją na terenie Polski. Ale formalnie nie odsyła jej z Niemiec, bo nigdy tam nie dotarła.

Liczba takich zawróceń z granicy rośnie. Niemiecka policja w 2024 r. odnotowała 9369 takich przypadków – to efekt wprowadzenia przez Berlin stałych kontroli

– Ale to też nie są takie zawrócenia, jakie sugerują politycy – podkreśla funkcjonariuszka Straży Granicznej. Ponad połowa zawróconych to Ukraińcy (Niemcy zaostrzyli swoją politykę wobec tej grupy narodowej); dużo mniej przypadków dotyczyło Afgańczyków (580 osób) i Syryjczyków (470).

Katarzyna dodaje, że współpraca ze stroną niemiecką układa się dobrze. W wielu konkretnych sprawach polscy pogranicznicy dostają telefon od niemieckich partnerów z informacją o zawróceniu danej osoby lub grupy, tak aby nasi funkcjonariusze mogli sami tych ludzi sprawdzić.

– Służby na granicy obu państw mają cztery wspólne placówki. Razem uczestniczymy w szkoleniach. Działają mieszane patrole, które mogą przekraczać granicę w obu kierunkach – mówi Katarzyna, która twierdzi też, że sytuacja z 2024 r., gdy niemieccy funkcjonariusze na własną rękę zawieźli do Polski i potajemnie zostawili afgańską rodzinę w przygranicznym Osinowie Dolnym, była jednostkowym przypadkiem.

Aby Niemcy kogoś przekazali, Polska musi wyrazić zgodę

Na jeszcze niższym poziomie utrzymuje się liczba oficjalnych przekazań migrantów z Niemiec do Polski – podczas gdy to tym zjawiskiem najbardziej straszy nas Kaczyński. W całym 2024 r. Niemcy przekazały nam 1251 cudzoziemców – było to o 20 proc. mniej niż w roku 2023, gdy rządził PiS.

Do przekazania dochodzi np. wtedy, gdy strona niemiecka stwierdzi, iż osoba ubiegająca się o azyl złożyła już wcześniej taki wniosek w Polsce. Wtedy – zgodnie z unijnym prawem – powinna zostać odesłana, żeby dokończyć procedurę. 

Ale to też nie jest takie proste. Przyjmijmy, że przykładowy Syryjczyk najpierw dotarł do Polski, a następnie wjechał do Niemiec i to tam poinformował podczas policyjnej kontroli, że chce starać się o azyl. Taki człowiek jest przewożony do najbliższego ośrodka recepcyjnego. Następnie pracownicy niemieckiego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców sprawdzają, który kraj powinien rozpatrzeć wniosek.

Jeśli urzędnicy stwierdzą, że sprawa powinna być załatwiona w Polsce, to wydaje się pisemną odmowę prowadzenia dalszych czynności w Niemczech. Niemiecka policja aranżuje wówczas przekazanie danej osoby na granicy w ręce polskiej Straży Granicznej.

Tyle że Polska musi wyrazić zgodę na takie przekazanie. W przeciwnym razie nie dojdzie ono w ogóle do skutku. Cała ta procedura w każdym przypadku ciągnie się tygodniami, czasem miesiącami (w całym 2024 r. w Niemczech złożono ponad ćwierć miliona wniosków o azyl, urzędy są więc przeciążone).

Dla Niemiec dodatkowym problemem jest fakt, że po wykonaniu tej żmudnej papierkowej roboty i przekazaniu migrantów stronie polskiej ci najczęściej i tak zaraz wracają do Niemiec. Olaf Jansen, dyrektor centrum recepcyjnego w Eisenhüttenstadt, mieście przy granicy z Polską, twierdzi, że do Niemiec wróciło 70 proc. migrantów przekazanych wcześniej z jego ośrodka stronie polskiej. Za każdym razem procedura wszczynana jest od nowa. 

Nie dziwi więc fakt, że Niemcy stawiają teraz nacisk na uniemożliwienie wjazdu migrantom. Oszczędzają sobie tym samym masę trudnej pracy, często nieprzynoszącej rezultatów.

Wyborcza lista obietnic kanclerza Merza

Wkrótce może się również okazać, że podejście Niemców do problemu imigracji ulegnie dalszemu zaostrzeniu. Kwestia ta działa bowiem jak płachta na byka nie tylko na wyborców w Polsce, ale coraz częściej także w Niemczech. Od lat i niemieckie społeczeństwo, i władze regionów oraz gmin zwiększają nacisk na rządzących w Berlinie, żeby radykalnie ukrócili napływ obcokrajowców.

Friedrich Merz, szef Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) i prawdopodobnie przyszły kanclerz, w trakcie kampanii przed wyborami do Bundestagu, które odbyły się 23 lutego, złożył wiele obietnic dotyczących m.in. zmian w polityce migracyjnej. Kontroli ma być więcej, a osoby deklarujące chęć złożenia wniosku o ochronę mają być zawracane – w dyskusjach pojawiał się nawet postulat zawieszenia prawa do azylu.

W publicznych wypowiedziach politycy chadecji sugerują, że nie zamierzają oglądać się również na to, co w tej sprawie powiedzą ich sąsiedzi. Rzecz jednak w tym, że nie wszystko zależy tutaj od woli chadeków. W tej chwili wciąż trwają negocjacje koalicyjne z socjaldemokratami z SPD. Migracja jest w nich głównym tematem spornym – SPD nie zgadza się na ostry kurs CDU, w tym na nieoglądanie się na sąsiadów Niemiec.

Czy Berlin i Warszawa znajdą się na kursie kolizyjnym?

Równocześnie Niemcy prowadzą jednak w tej sprawie negocjacje, i to z wszystkimi krajami sąsiadującymi, także z polskimi władzami. 

Teoretycznie jeśli nowy rząd Niemiec zdecyduje się na radykalne kroki, to od ich granicy zacznie „odbijać” się znacznie więcej osób niż dotychczas. Będą to głównie mieszkańcy państw Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji, którzy do Niemiec docierają także przez teren Polski. Przez nasz kraj przebiega bowiem zarówno część tzw. szlaku bałkańskiego (wiedzie on przez Austrię, Słowację lub Czechy), jak też szlak migracyjny prowadzący z Białorusi. Bo nawet jeśli bariera na granicy polsko-białoruskiej jest coraz bardziej skuteczna, to znacznie słabiej strzeżona jest np. granica litewsko-białoruska. A ludzie, którzy ją sforsowali, na koniec i tak muszą iść do Niemiec przez Polskę.

W normalnych warunkach państwa mogłyby długo negocjować szczegóły procedur, które, odciążając Niemcy, równocześnie nie zdestabilizują sytuacji w Polsce. Jednak czas nie sprzyja dziś ani rozsądkowi, ani logice działań.

Friedrich Merz zapowiedział, że zmiany w polityce migracyjnej wprowadzi zaraz po objęciu stanowiska kanclerza. To zaś może nastąpić na przełomie kwietnia i maja. Wychodzi więc na to, że przyszły niemiecki rząd może zademonstrować nową twardą politykę na granicy w chwili, gdy w Polsce będzie trwać kulminacyjna faza kampanii prezydenckiej.

Dlatego nie dziwi zdecydowana postawa polskiego rządu. Doskonale zdaje on sobie sprawę, że na granicy może być gorąco – i że siłą, która na tym skorzysta, byłby PiS. To ugrupowanie znów buduje swój przekaz na poczuciu zagrożenia – ze strony i migrantów, i Niemiec.

Polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie wyklucza już żadnych rozwiązań. Wiceminister Maciej Duszczyk mówi nawet o możliwości wprowadzenia polskich kontroli granicznych. „Gdyby pojawił się jakikolwiek problem, gdyby nastąpił proceder taki, że migranci by przekraczali granicę UE w drugą stronę, to zapewniam, że granica zostanie zamknięta” – tak tę wciąż hipotetyczną sytuację komentował kilka dni temu Rafał Trzaskowski, kandydat KO na prezydenta. 

Temat wszedł do kampanii i zostanie z nami do jej końca.

Realne problemy mieszkańców pogranicza polsko-niemieckiego

Na politycznej burzy wokół imigrantów najbardziej stracić mogą mieszkańcy terenów przygranicznych. Ci ze Słubic już odczuwają negatywne skutki niemieckich działań: na autostradzie A2 na moście w Świecku kontrola oznacza zwężenie drogi do jednego pasa, auta muszą zwolnić do 10 km/h. Tworzą się korki, na które narzekają też polscy spedytorzy. 

Mieszkańcy, z których wielu pracuje po niemieckiej stronie, unikają więc tej drogi. Cały lokalny ruch spiętrza się obecnie na moście miejskim, który łączy Słubice i Frankfurt. Od strony niemieckiej stoją przy nim policjanci. Korki tworzą się na moście i dojazdowych ulicach po obu stronach Odry. Jeśli pojawią się polskie kontr-kontrole, to cofną pogranicze do stanu z pandemii. Albo do czasu sprzed roku 2007, gdy Polska dołączyła do strefy Schengen.

Mieszkańcy i lokalne władze dwumiasta wielokrotnie interweniowały u władz centralnych w sprawie zniesienia kontroli lub ich lepszej organizacji. Wygląda na to, że w obecnej sytuacji muszą się liczyć z jeszcze większymi utrudnieniami. Politycy nie potrzebują przecież realnych migrantów, by dalej prowadzić kampanię ich kosztem. „Na całej granicy zachodniej z Niemcami chcemy doprowadzić do manifestacji, która zablokuje wszystkie przejścia graniczne, żeby sparaliżować kompletnie ten ruch” – powiedział w Radiu Maryja Robert Bąkiewicz, organizujący Ruch Obrony Granicy.

ŁUKASZ GRAJEWSKI jest korespondentem „Tygodnika” w Niemczech.
NANCY WALDMANN jest dziennikarką „Märkische Oderzeitung”, regionalnego dziennika z Frankfurtu nad Odrą.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Migracyjny poker