Gdy w połowie pierwszej dekady tego stulecia przeprowadzałem się na studia do Wrocławia, niewątpliwie było to jeszcze miasto poetów. Tadeusz Różewicz przygwożdżony zbyt długim, w jego mniemaniu natarczywym spojrzeniem, potrafił gwałtowanie wstać i wysiąść z tramwaju, na nieswoim przystanku, uciekając przed szalonym stalkerem. Janusz Styczeń z wytrwałością Syzyfa krążył między placem Grunwaldzkim, w okolicach którego mieszkał, a Empikiem na Rynku, zawsze w grubych okularach i marynarce pamiętającej libacje z Rafałem Wojaczkiem. Gdyby nie dzierżona dzielnie przez Stycznia reklamówka, można by go pomylić z Maksem Frischem. Tomasz Majeran po opublikowaniu „Kotów. Podręcznika użytkownika” wydawał się najlepszym poetą w Polsce, ale przecież była jeszcze ona, Urszula Kozioł, którą czytałem być może najszybciej z nich wszystkich.
Outsiderka z Odry
Wybór jej wierszy wydanych przez Ludową Spółdzielnię Wydawniczą w serii z portretami poetów w barwach spranej tęczy i tylko ich nazwiskiem na okładce jakimś cudem znalazł się na półce w jednej z klas brzeskiego liceum, do którego chodziłem. Kozioł kurzyła się w towarzystwie „Poezji wybranych” Rimbauda i nie sądzę, żeby ktokolwiek miał mi za złe bezceremonialne przywłaszczenie książkowego mienia.
We wstępie do wspomnianego zbioru wierszy z 1985 r. Kozioł napisała: „W tym, co robię, to znaczy w swoim pisaniu, czuję się od dawna outsiderem”. I rzeczywiście, nawet dla nas, najgorszego gatunku człowieka piszącego, czyli młodych poetów, wrocławska autorka pozostawała poza zasięgiem zainteresowania, czyli szyderstwa. Starych mistrzów traktowaliśmy brutalnie, zrzucaliśmy ich z cokołów z gracją rozbestwionych rewolucjonistów.
Odgrywaliśmy urągliwe pantomimy do wierszy Stycznia, zwłaszcza „Zranionego pingwina”, doskonałego skryptu do młodocianych występków, pastwiliśmy się nad Konopnicką w trakcie niekończącej się domówki z dwójką przyjaciół, dzisiaj znakomitych krytyków, późne tomy Różewicza wywoływały w nas ciarki wstydu, a Szymborską postrzegaliśmy jak najgorszego z wrogów.
Wśród ofiar nie było jednak Kozioł, która wymykała się naszym szczeniackim zabawom, jakby jednocześnie zbyt wielka i bliska, żeby ją złośliwie kąsać. Z największym zdziwieniem i rosnącym podziwem oglądaliśmy nagrany tosterem film z festiwalu poetyckiego w Medellin w 2002 r., na którym Kozioł powoli i spokojnie czyta jeden ze swoich wierszy dla setek siedzących w totalnej ciszy, zahipnotyzowanych, słuchaczy. Nie mogliśmy uwierzyć, że to ta sama niepozorna Urszula, którą spotykaliśmy na wrocławskim Rynku, gdy z roku na rok coraz wolniej pędziła do siedziby „Odry”, w której publikuje od samego początku jej istnienia.
Antyk z Wrocławia
Tam ją poznałem, gdy wspólnie z Przemysławem Witkowskim redagowaliśmy młodoliteracki dodatek „8. Arkusz Odry” w którym nadal, już w nieco bardziej eleganckim stylu, staraliśmy się podgryzać starszyznę. Nie wiem, co o tym myślała, ale za każdym razem, kiedy wchodziłem na piętro, liczyłem, że ją spotkam. Była dla mnie jak literacka babcia, która przy herbacie i suchych ciasteczkach, dla których z trudem znajdowało się miejsce na jej zawalonym papierami, gazetami i książkami biurku, zamiast historii wojennych opowiada historię literatury powojennej, której – mimo bycia outsiderem – pozostawała przecież ważną częścią: lista nagród, jakie otrzymała, jest dłuższa od jej bibliografii.
Spijałem z jej ust historie o Iwaszkiewiczu, Grochowiaku czy Karpowiczu, dziwiąc się, że świat o niej zapomniał, że mimo regularnie otrzymywanych wyróżnień postrzegano ją co najwyżej jako „przyjaciółkę Szymborskiej”, literacki antyk z Wrocławia, zwożony do stolicy raz w roku, przy okazji kolejnego bankietu, do którego przyklejono jakąś nagrodę.
To także nasza wina, jako młodzi poeci nie obraliśmy sobie Kozioł za patronkę, nie miała akolitów i epigonów, ale też zaciekłych artystycznych przeciwników, którzy przecież w takim samym stopniu potrafią podtrzymywać pisarską legendę. Przechodni tytuł nestorki polskiej poezji, pierwszej damy, tudzież, jak to napisał Janusz Drzewucki w recenzji „Znikopisu”, „najstarszej żyjącej i tworzącej w dzisiejszej Polsce poetki”, zdawał się wciąż zajęty niczym brytyjski tron: przez Szymborską, Hartwig czy rok młodszą Miłobędzką, której znacznie bardziej sprzyjały krytyka i środowisko. Do tego stopnia, że nawet jej wiersze w trakcie warsztatów Biura Literackiego padły ofiarą niewysublimowanej parodii uczestników. Kozioł nadal pozostawała poza zasięgiem naszych zainteresowań.
Coś zaczęło się zmieniać na początku poprzedniej dekady, kiedy uhonorowano ją nagrodą Silesius za całokształt – jej wiersze zebrane w monumentalnym tomie „Fuga” zdawały mi się już wtedy tytanicznym, niekończącym się wystąpieniem przeciwko śmierci. A było to rok po odejściu jej męża, tłumacza i wykładowcy Feliksa Przybylaka. Pamiętam, że dzień pogrzebu był jak na czerwiec chłodny i mroczny, niebo miało kolor brudnej kałuży i obiecywało wyłącznie zagładę. Nie znalazłem w sobie dość odwagi, żeby pójść na cmentarz przy kościele św. Wawrzyńca we Wrocławiu.
Pamięć i porządek
Kiedy odwiedziłem Urszulę pół roku później, na początku 2011 r., uprawiała już specyficzny rodzaj książkowej alokacji, potlacz starych ludzi. Sama otrzymała od Wisławy Szymborskiej należący do jej wieloletniego partnera, Kornela Filipowicza, przycisk do papieru. Znalazł się na jednej z okładek „Odry”, a w 2019 r. planowała przekazać go Fundacji Szymborskiej. Prezenty od wrocławskiej poetki służyły podtrzymywaniu pamięci o Przybylaku: obdarowała mnie tomami Paula Celana w jego przekładach, nie jakby się żegnała, ale ofiarowała klucz do swojej przyszłej poezji.
Otwieram cieniutki „Wybór poezji” z 1973 r. i znajduję dwuwiersz: „Niegdyś, śmierć miała do ciebie dopływ, / twój schron był we mnie”. Te słowa wracają przy lekturze pierwszej książki Kozioł wydanej po śmierci partnera, czyli „Klangoru” opublikowanego w 2014 r., gdzie z fraz takich jak „Niosę cię w sobie / jakbyś się schronił tu / przed niepamięcią” zbudowała poetycki nagrobek, epitafium dla Przybylaka, czy raczej „Felka”, jak o nim z czułością mówiła. Za książkę otrzymuje Warszawską Nagrodę Literacką, a świat sobie znowu na chwilę przypomina, że Kozioł istnieje.
W tamtym momencie zaczyna mi chodzić po głowie pomysł, żeby uratować jak najwięcej z jej życia i czytania, bo powoli zaczyna „gubić przejrzystość zdania”, jak to sama określiła w rozmowie z Jarosławem Mikołajewskim. Chciałbym z nią zrobić wywiad rzekę, zachować jak najwięcej z jej wspomnień, ale bardziej się jednak wstydzę i boję odmowy, niż szturmuję.
Chodzi być może o to, że zawsze budziła we mnie szczególny rodzaj respektu, jaki przypisujemy gigantom literatury, otoczonym nimbem jakiejś niby to zamierzchłej, lecz nadal rezonującej świetności. Dodatkowo Kozioł do tego stopnia jest wycofaną osobą, że kiedy w redakcji „Odry” zjawili się doktoranci Uniwersytetu Wrocławskiego i zapytali, jak mogą skontaktować się z Urszulą Kozioł, odpowiedziała: „No, ja nie wiem, ja tu tylko robię porządek”.
Mnie jednak nie unika, może widzi we mnie jakąś formę fantomowego wnuka, bo poetą byłem jednak przeciętnym. Rozmawia nam się na tyle dobrze, że prosi, żebym przed kolejną rozmową przeczytał jej prozę. Dostaję „Postoje pamięci” i robią na mnie większe wrażenie niż jej poezja z lat 70. Ta wydana w 1964 r. autobiograficzna historia o powojennym dorastaniu w prowincjonalnym miasteczku, łagodnie wpisująca się w chłopski nurt polskiej prozy, uderza precyzyjnością i surowością, jakie rzadko charakteryzują pierwsze książki poetów.
Ostatecznie jednak nigdy o niej nie porozmawialiśmy, nasze herbaciane pogawędki meandrowały, rozmywały się, traciły strukturę, upewniając mnie tylko w przekonaniu, że rozmowa z poetką to doświadczenie, a nie tekst. Martwiłem się, że zostawało nam coraz mniej czasu, ale z drugiej strony liczyłem, że dopóki moja o dwa lata starsza od Kozioł babcia jest w formie, to czasu nam nie zabraknie. Wydawały mi się zawsze bytami równoległymi. Nieco ponad miesiąc przed Nike za „Raptularz” babcia skończyła 95 lat. Lubię sobie wyobrażać świat, w którym zamiast opowiadać historie o życiu za Bugiem pisze sążniste powieści.
Sekundy życia
W lutym 2015 r. Kozioł opowiada mi, jak została zatrzymana przez straż miejską za przechodzenie na czerwonym świetle koło dworca głównego we Wrocławiu, w miejscu, w którym każdy mieszkaniec miasta przynajmniej raz złamał przepisy: „Zostały mi sekundy życia, w każdej chwili mogę umrzeć, więc nie mam czasu na stanie na czerwonym świetle. Proszą o dowód, mówię, że nie mam, bo nie ma obowiązku nosić. Pytają o nazwisko, mówię, że nie pamiętam, mam przecież prawo zapomnieć w swoim wieku. W końcu pytają, gdzie mieszkam. Odpowiadam, że nie wiem, bo chodzę na autopilocie, jak koń”.
Te „sekundy życia” nieco mnie paraliżują, ale pamiętam, że o odchodzeniu pisała w swoich wierszach bardzo wcześnie. W puencie poematu „O sobie samej dla potomności” z doskonałego tomu „Żalnik” napisała: „Jeszcze przez chwilę jestem / choć się ciężarem lat już niebezpiecznie przechylam / w stronę / którą mnie bliskie jutro strąci do przeszłości”. „Styl późny”, jak to określał Said, w wypadku Kozioł zainaugurował się dawno temu.
Chwila, kiedy poetka jest, szczęśliwie wciąż trwa. Dla wrocławskiej „Gazety Wyborczej” udaje mi się z nią porozmawiać. Okazja jest błaha i tandetna, walentynkowa, ale w rozmowie, która miała być o miłości, dotykamy czegoś delikatnego i efemerycznego, co Kozioł będzie próbowała uchwycić w kolejnych tomach wierszy. Być może istnieje spektrum wiedzy i świata, które dostępne jest tylko starym poetom, co pewnie miał na myśli przewodniczący jury tegorocznej Nagrody Nike Krzysztof Siwczyk, kiedy nazywał poetkę „posłańcem z przyszłości”.
W rozmowie sprzed lat, wytrącona z równowagi wrocławską inscenizacją „Eugeniusza Oniegina”, w której to, co delikatne i kruche, zostało zmarnowane, z naturalną erudycją opowiadała o dramacie Oniegina, Bachu, Kochanowskim, Odyseuszu i Owidiuszu. Miałem wówczas poczucie, że słucham rzeczywiście kogoś z innego czasu, a Kozioł jawiła mi się jako ostatni literacki matuzalem.
Poczułem, że mi się wymyka, gdy w połowie miesiąca oznajmia mi, że wyjeżdża na stypendium do Francji. Jest umiarkowanie zadowolona, będzie rezydowała w dawnym klasztorze na północy kraju. Wiatr, izolacja i wielka cisza. Zastanawia się, co będzie tam robiła.
– Chyba mogłabym napisać kryminał – stwierdza.
– Ale kogo by pani zabiła?
– Jak to kogo? Pracowników Taurona.
Urszulka
Niedługo później wyjechałem na stałe z Wrocławia, ale nie przestałem myśleć o Urszulce, jak ją czule nazywały dziewczyny z redakcji „Odry”. I nie potrafiłem o niej myśleć źle nawet po kuriozalnym liście, jaki napisała w obronie skazanego pedofila Henryka Gulbinowcza, który w trakcie bierzmowania wytargał mnie za ucho i nazwał bezbożnikiem, co uznaję za symboliczny koniec mojej przygody z Kościołem.
Na szczęście, jak pisała Kozioł w jednym z wierszy, „Śmierć Boga nie przeszkadza dojrzewać poziomce”. Nie umiałem być rozczarowany ani oburzony jej listem, bo pamiętam zaangażowanie poetki w obronie konstytucji, wolnych sądów i klimatu; może dzięki temu moralnemu wybrykowi stała mi się nieco bliższa, bardziej ludzka z tą nieładną skazą, a w ocenie i publicznym postrzeganiu Gulbinowicza nie zmieniło to zgoła nic.
Ucieszyłem się, że Nike wręczyło sobie Kozioł, dodając sobie tym samym powagi. W odchodzeniu i żegnaniu się ze światem poetki, tak mocno udokumentowanym w ostatnich tomach, jest rodzaj poetyckiej prawdy i smutnego piękna, które prosiło się o ostatni snop światła. Może było nieco zbyt jasne, ale z całą pewnością zasłużone.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















