Piękna jak życie

Stephen Jenkinson, specjalista opieki paliatywnej: Nasz błąd polega na tym, że staramy się kochać życie niejako przeciwko śmierci. A tego się po prostu nie da zrobić. Kochać życie to znaczy być w żałobie po życiu. To stany niewystępujące oddzielnie: miłość i żałoba.

26.10.2013

Czyta się kilka minut

 / Fot. Mark Tucker
/ Fot. Mark Tucker

AGATA OKOŃSKA: Co to właściwie znaczy: pomagać ludziom w umieraniu?
STEPHEN JENKINSON: Parę lat temu powiedziałbym, że to jest właśnie to, co robiłem w hospicjum i odwiedzając terminalnie chorych w domach. Ale teraz widzę, że to, czym się de facto zajmuję, to sprawianie, żeby ludzie świadomie umierali. Kiedy śmierć się zbliża, starają się zająć wszystkim, tylko nie umieraniem. Wspiera ich w tym nieszczęśliwym zapętleniu otoczenie: „Co też mama mówi, jaki grób, przecież nie trzeba tak pesymistycznie...”. Kobieta 87-letnia, z rakiem, od miesięcy nie wychodzi z domu, od tygodni prawie nie wstaje z łóżka. Jak można tak jej mydlić oczy? Ona sama też zresztą robi wszystko, by nie przyjmować swojej obecnej sytuacji.
I Pan zmusza ludzi, by spojrzeli prawdzie w oczy?
Nikogo do niczego nie mogę zmusić. Przychodzę, siadam – nigdy twarzą w twarz, tylko zawsze zwrócony w kierunku, w którym patrzy umierający. „Jak się masz?” – pytam. „Dobrze” – odpowiadają często, a czasem skarżą się na ból i poczucie osamotnienia. Mało kto zaczyna od razu mówić o strachu. „Ale jaka jest twoja obecna sytuacja życiowa?” – pytam. Prawie nigdy nie słyszę najprostszej, najbardziej oczywistej odpowiedzi: „Umieram”.
 

To nie chce przejść przez gardło.
Właśnie do tego zmierzam. To trochę tak, jak z kobietami w ciąży: iluś lekarzy i ludzi dobrej woli będzie wmawiało ciężarnej, żeby jak najdłużej funkcjonowała tak, jakby nie nosiła w sobie dziecka. I kobiety wierzą, że oznaką dobrze znoszonej ciąży jest pełna aktywność w jej trakcie. Tylko że w ten sposób mogą przez dziewięć miesięcy ani razu nie poczuć się tak naprawdę w błogosławionym stanie. A potem przychodzi poród i trauma.
Dziś śmierć zaskakuje umierających. A przecież można się na swój koniec przygotować.
 

Jak?
Zakładając, że to się stanie. Nigdy jednak nie proszę, żeby ktoś zaakceptował fakt, że umiera.
Odwiedzałem kiedyś kobietę, która przy każdej kolejnej wizycie witała mnie coraz słabsza, ale rozmawiać chciała tylko o swojej pracy w przykościelnej organizacji i o przebudowie domu. W końcu powiedziałem: „Mam wrażenie, że jesteś niespokojna i że przed czymś uciekasz, popraw mnie, jeśli się mylę”. Wtedy się rozpłakała, a potem po raz pierwszy porozmawialiśmy o jej śmierci.
Byłem u niej jeszcze parę razy, nasze spotkania przebiegały w coraz większym spokoju, pod koniec właściwie tylko milczeliśmy. To było wspaniałe widzieć, jak ta kobieta odnajduje w sobie umieranie, jak zaczyna się nim rozkoszować.
Nasz błąd, powiedziałbym: nagminny, polega na tym, że staramy się kochać życie niejako przeciwko śmierci. A tego się po prostu nie da zrobić. Kochać życie to znaczy być w żałobie po życiu. Miłość i żałoba nie występują oddzielnie. Jeśli jesteś w żałobie, to znaczy, że kochasz. Jeśli kochasz, to znaczy, że (nawet jeśli tego nie wiesz) już czujesz żal. Dlaczego tak bardzo wzrusza mnie widok łąki całej w kwiatach, porannego szronu, wschodu słońca? Bo zaraz będzie po wszystkim. Bo to są istnienia, którymi mogę się cieszyć tylko przez chwilę.
Czy wie pani, co wymieniają umierający jako przedmiot swego największego lęku?
 

Cierpienie?
Tak. Mówią, że nie boją się śmierci, tylko tego, że będzie bolało. Tyle że ogromna większość z nich nie czuje fizycznego bólu. Akurat w uśmierzaniu go współczesna opieka paliatywna jest bardzo dobra. Każdy jest obstawiony lekami, lecz boi się nadal, nawet jeszcze bardziej. Tak, prawie wszyscy, z którymi pracowałem, byli przerażeni. Tylko że to nie cierpienie ich tak naprawdę przerażało.
Bezimienna zmora naszych czasów to obawa, co ze mną, umarłym, zrobią ci, co przeżyją. Nikt z osób, którym towarzyszyłem w umieraniu, nie był od niej wolny.
 

Ale czego się tak naprawdę boimy? Że nas nie pochowają dobrze?
Żyjemy w kulturze wykorzenienia, życie we wspólnocie, w kontakcie ze starszymi pokoleniami i z przodkami, jest nam kompletnie obce. Jeśli ja nie znam swoich przodków, jaką mogę mieć nadzieję, że sam zostanę przodkiem? To jest lęk przed tym, że po mojej śmierci wszystko będzie toczyło się, jak gdyby nigdy nic, że nikt nawet nie zauważy naszego odejścia.
W iluż takich scenach uczestniczyłem: na parę godzin, dni, tygodni przed śmiercią ktoś zaczyna wspominać brata, z którym zerwał stosunki wiele lat temu, albo dom rodzinny, do którego nigdy nie pojechał. Towarzyszyłem kiedyś mężczyźnie, który nie mógł odnaleźć spokoju, nie potrafiłem mu pomóc, aż w końcu, kiedy był już bardzo słaby, zaczął mówić – nie wprost, tylko aluzjami – o tym, że był adoptowany i że żałuje, bo nigdy nie odnalazł swoich prawdziwych rodziców. Ruszyliśmy na poszukiwania. Nie zdążyliśmy, ale myślę, że ten człowiek umarł pogodzony ze sobą, ze swoimi przodkami.
 

Nie spotkał Pan nikogo, kto nie obawiałby się śmierci?
Spotkałem kilka osób, owszem. Można nie odczuwać lęku przed śmiercią nawet w tej śmierciofobicznej kulturze, w której żyjemy. Ale nie przeceniałbym deklaratywnego braku lęku przed śmiercią. Usłyszałem kiedyś: „Jestem bardzo poważnie chory, ale nie pozwalam, by stało się to treścią mojego życia”. Pytam, co ma być treścią naszego życia, jeśli nie to, co jest poważne: to, że umieramy?
 

A ludzie religijni?
Z mojego doświadczenia wynika, że religia nie chroni przed wątpliwościami, nie powstrzymuje pytań i nie jest lekarstwem na lęk przed śmiercią. Spotykam oczywiście ludzi, których religijność ukształtowała się przez życie na tyle silnie, że daje im rodzaj osłony w obliczu śmierci. Nie zadają zbyt wielu pytań, mają bardzo konkretne wyobrażenie o tym, co ma się stać, czasem po prostu milczą.
 

To milczenie Pana niepokoi?
Uważam, że ludzie umierający mają ważne zadanie do wykonania. Wiem, jest przyjęte, iż terminalny stan to tak ciężka sprawa, że nie wypada umierającego niczym obarczać, o nic go prosić. Ja jednak proszę. Proszę, choć nikt mnie o to nie prosi. Właściwie to moje proszenie i cały przekaz, jaki za nim stoi, odbierane bywają często jako kłopotliwy, niechciany podarek. Uznaję go jednak za mój etyczny i moralny obowiązek.
 Proszę więc, by ci, którzy umierają, zrobili tę wstrząsającą, nie do opisania, domagającą się języka poezji rzecz, która przed nimi stoi. By pięknie umarli.
 

A oni? Jak można przyjąć taką prośbę?
Jest im oczywiście bardzo trudno, bo nie mają w umieraniu wprawy.
 

Wprawa w umieraniu? Umiera się przecież tylko raz.
Umiera się wiele razy. I nie chodzi mi tu o symboliczne umieranie przy mijaniu kamieni milowych naszego życia, tylko o realną śmierć.
Już wyjaśniam. Przekonanie, że śmierć jest pojedynczym wydarzeniem, to jedno z głównych zaklęć naszej kultury. Skuteczne na tyle, że umysł poddaje się, nim podejmie próbę objęcia myśli o wielokrotności naszej śmierci. Tymczasem wciąż są na świecie miejsca, w których prawda, że umiera się po wielokroć, jest dostępna na wyciągnięcie ręki. W indiańskiej wiosce takiej jak ta, w pobliżu której mieszkam, kiedy ktoś umiera, okna i drzwi domu pozostają nieustająco otwarte. To komunikat: śmierć nie jest prywatną sprawą. Umieranie jest wydarzeniem publicznym, co znaczy, że moje umieranie nie jest moje: ono należy do wspólnoty. Nie w sensie własności, tylko tak, jak przepływająca obok rzeka należy do wioski. Jest jej częścią.
Tu pojawia się oczywiście kwestia etykiety: nikt nie przyjdzie do domu umierającego, żeby popatrzeć, jak on umiera: są określone formy, których się przestrzega. Jednak każdy ma przywilej nauczyć się umierać, przeżywając śmierć innych.
 

Przywilej?
Obowiązek nawet, bo uczestniczenie w umieraniu członków społeczności, nawet takich, których nie znało się zbyt dobrze, jest oczywiste.
Tylko jako małe dzieci mamy szansę zbliżyć się do śmierci w naturalny sposób: przepychając się między zgromadzonymi w pokoju docieramy do zmarłego i dotykamy, widzimy, wąchamy. Większość dzieci wdrapuje się bez zastanowienia na łóżko umierającego dziadka, ku przerażeniu lub w najlepszym razie zakłopotaniu rodziców. Nie dlatego, że są wyjątkowo odważne albo że są małymi dalajlamami: po prostu jeszcze się nie nauczyły, że śmierci trzeba się bać. Nie nabrały odruchu unikania śmierci, który my mamy wyćwiczony w stopniu doskonałym.
 

Kiedy to gubią?
Gdy zaczynają świadomie doświadczać dysonansu poznawczego: zdają już sobie sprawę, że oto zbliża się głęboko smutne wydarzenie, a doświadczenie podpowiada im, że w obliczu smutku szuka się ciepła drugiej osoby. Tyle że dookoła widzą dorosłych, którzy zachowują się „normalnie”, albo takich, którzy nie zachowują się „normalnie”, ale są natychmiast przywoływani do porządku przez pozostałych. Postawione w sytuacji wyboru między własnym osądem a przykładem dorosłych, idą w ślady dorosłych. To znaczy, że muszą odrzucić swoją intuicję i wewnętrzną mądrość w imię bycia akceptowanymi przez tych obłąkańców, którzy je ubierają i karmią.
Czasem ktoś pyta mnie o radę: „Uważasz, że powinienem zabrać dzieci do szpitala, do mojego ojca?”. „A dlaczego nie miałbyś ich zabrać?” – odpowiadam. „No wiesz, on wygląda dość okropnie: bez zębów, ślini się, co chwila walczy o oddech”. To prawda, że umierający często kiepsko wyglądają i patrzenie na nich nie jest łatwe, ale pytanie brzmi: dlaczego nie miałyby tego widzieć dzieci? Bo my sami nie radzimy sobie z tym widokiem?
 

Jeśli się tylko da, wolę oszczędzić dziecku traumy.
Proszę mnie źle nie zrozumieć: nie zalecam odwrotności tej postawy, czyli przytrzymywania dzieciaka, żeby na pewno zobaczył, jak dziadek wymiotuje. Zejdźmy dzieciom z drogi i obserwujmy, dokąd je prowadzi ciekawość. Np. zaprowadźmy dzieci do wrót tej skarbnicy mądrości, jaką jest pokój naszych umierających rodziców, i je tam zostawmy. Nie wchodźmy z nimi. Może będą w środku minutę, a może pół. Życiodajne pół minuty. Tylko nie róbmy tej uprzejmie zatroskanej miny, jak już wrócimy do domu, nie wypytujmy o nic. Pozwólmy mądrości obyć się bez naszego, obwarowanego uprzedzeniami komentarza.
 

Ktoś mógłby powiedzieć: „Chcę, żeby zapamiętali dziadka takim, jaki był”.
Czyli wspomnienie o dziadku chorym i śliniącym się jest nieautoryzowane? Autoryzowane są tylko te, w których dziadek wozi wnuki na kolanie? Każemy naszym dzieciom wierzyć, że życie to disneyland, do którego co jakiś czas wkrada się świństwo w postaci śmierci albo rozwodu? Świństwa nie są prawdziwe, prawdziwe jest tylko to, co miłe i przyjemne?
Żywimy nasze dzieci watą cukrową, oto, co im robimy, a nazywamy to współczuciem, miłością, dobrym rodzicielstwem.
 

Nie bardzo mam ochotę przyjąć Pana słowa: niepokoją i ranią.
Nie chodzi mi o ranienie ludzi, tylko o sprawienie, by zaczęli żyć świadomie. Oczywiście wiem, jak czasem jest trudno, kiedy próbuje się być wiernym czemuś większemu niż tylko własna satysfakcja. To ogromne wyzwanie wszędzie, gdzie myślenie rynkowo-ekonomiczne zdominowało wszystkie inne sposoby myślenia. Czyli w większości miejsc na świecie – w Polsce z tego, co widzę, też.
Z całą pewnością nie staram się utrudniać czegoś, co i tak jest trudne.
 

A może Pan nie próbuje ułatwiać.
Znam takich, co czasem próbują: McDonald’s, terapeuci, księża. Ja staram się dać ludziom coś innego.
 

Odpowiada Pan na duchowe potrzeby ludzi tak samo, jak księża i terapeuci.
Nie użyłbym określenia „duchowy”, bo wtedy zasugerowałbym, że istnieją jakieś „nieduchowe” sprawy czy potrzeby. Powiedziałbym: „życiowe potrzeby”. To, czym się zajmuję, nie potrzebuje potwierdzać swojego statusu istnieniem jakiegoś specjalnego stanu. Ja zajmuję się życiem. Co jest kompatybilne z tym, że zajmuję się śmiercią.
Od pracujących w branży śmierci często oczekuje się, że będą ułatwiać, pocieszać. To wielkie nieporozumienie: nie można sprawić, żeby ktoś poczuł się wygodnie ze śmiercią, bo wygoda zakłada przebywanie w znajomym środowisku. Jak miałbym pocieszyć umierającą matkę czworga dorastających dzieci? Co pocieszającego mogę odpowiedzieć, gdy zwierza mi się z niepokoju o ich los?
Pocieszanie polega przecież tylko na budowaniu złudzenia bliskości. Chcę, żeby ludzie spotkali się ze swoją śmiercią, a żeby to się stało, nie można śmierci oswajać. Oswojona nie jest tym, czym jest: radykalną innością. Oswojona śmierć, łatwa śmierć to sprzeczność.
 

To co Pan powiedział tej umierającej matce?
Kiedy rozmawiam z umierającymi, pochłoniętymi przeżywaniem lęku, odizolowanymi fizycznie i psychicznie od bliskich, proszę: umierajcie dla nich. Nie po to, by ich od siebie uwolnić, o nie! Wręcz przeciwnie: po to, by przy nich i w nich zostać. Zastawcie dla nich stół. Wasza śmierć to ostatnia i najważniejsza rzecz, jaką możecie dać, nie przegapcie tego. Nie zostawcie bliskich nad pustym stołem. Dajcie im z siebie jeść.
Kiedy umierasz jako rodzic, twoja śmierć jest ostatnią nauką, jaką dajesz dzieciom. Twoja śmierć to dar dla nich, dar miłości. Dlatego tak ważne jest, jak będziesz umierał. Sposób umierania to ostatnie wyznanie miłości do dzieci, małżonka, ludzi z twojej wspólnoty. To okazja, by zwrócić się do nich w sposób, w jaki nigdy jeszcze tego nie robiłeś. To dar szlachectwa dla tych, którzy będą cię mieli za przodka.
 

Odwołuje się Pan do Ostatniej Wieczerzy?
Ostatnia Wieczerza to mistrzostwo umierania. Jezus wie, że umrze, i co robi? Zastawia stół, mówi: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”, i jeszcze: „to jest ciało moje”. Karmi własną śmiercią. To wielka nauka: że śmiercią można się najeść.
Gdybym miał jednak wybrać jedną scenę związaną z tamtą historią byłaby to ta, gdy Tomasz wkłada palec w bok Zmartwychwstałego. Nie rozumiem, czemu za ten gest Tomasza obdarzono przydomkiem „niewierny”. Moim zdaniem to najodważniejszy, najbardziej ludzki bohater Nowego Testamentu. Nie niedowiarek, domagający się dowodu, ale człowiek wielkiej otwartości i odwagi. On nie szuka potwierdzenia, że Jezus żyje, jak się powszechnie interpretuje jego gest. On otwiera się na śmierć kogoś, kogo tak bardzo kochał.
Gdyby chciał się upewnić, że Jezus żyje, nie wkładałby palca w jego bok, tylko prosił: „Odezwij się do mnie, popatrz na mnie”. To właśnie mówią ludzie, gdy nie chcą przyjąć do wiadomości czyjejś śmierci. A Tomasz w geście radykalnej miłości przyjął śmierć Jezusa. Czczenie zmartwychwstania bez przyjęcia śmierci jest pomyłką.
 

Twarda jest ta mowa.
Sprzeciwiam się „eutanazji eufemizmami”. Co mówią ludzie, kiedy informują o czyjejś śmierci? Mówią np.: „odszedł”, „jest w lepszym miejscu”, jeśli do dzieci, to: „bawi się z aniołkami”. To rujnacja języka i wyobraźni. Dlaczego mówienie o śmierci tak często przypomina zgadywankę, pod którym kubkiem kryje się kuleczka? Jest tylko nieustanny ruch odwróconych do góry dnem kubków, które starają się zakryć prawdziwe znaczenie.
Weźmy sformułowanie „stracić kogoś bliskiego”: wydaje się doskonale przyjaznym synonimem śmierci. Zastanówmy się, po czyjej stronie składa odpowiedzialność za śmierć? Zapytałem kiedyś podczas towarzyskiego spotkania, kiedy ludzie nie spodziewali się tematu śmierci, komu się zdarzyło stracić pieniądze w głupi sposób. Ludzie się rozgadali o tym, jak źle się czuli w takiej sytuacji, jak gryzło ich potem poczucie winy. W identycznym tonie zapytałem, kto stracił matkę lub ojca. Parę osób, nie zastanawiając się, skinęło głową, ale zaraz zamarło. Coś do nich dotarło. Otóż opisywanie śmierci w kategoriach straty czyni odpowiedzialnymi za nią tych, którzy przeżyli. O ileż lepiej byłoby powiedzieć: „mój ojciec umarł” zamiast „straciłem ojca” – wtedy natychmiast stałoby się jasne, że umieranie to coś, co się robi samemu, a nie coś, co się nam przytrafia. Zresztą powiedzmy to bardzo jasno: nie ma obowiązku tracenia swojego ojca tylko dlatego, że on umarł.
Wróćmy do tych eufemizmów... Śmierci nie da się opisać i w ogóle nie o to chodzi, żeby ją opisywać, ale można wygłosić do niej inwokację. Można, zamiast mówić o umieraniu, mówić zamierającym językiem. Wcale nie chodzi o to, by ocaleć, ochronić się przed rozpaczą. Proszę moich uczniów z Orphan Wisdom School o to, żeby ponieśli porażkę. Chcę, żeby przegrywali w próbach nazywania i rozumienia, żeby przegrywali jak najwięcej, aż nauczą się robić to pięknie. Tego samego uczę terminalnie chorych i ich rodziny.
 

Ludzie jednak mówią w kategoriach porażki o śmierci bliskich, zwłaszcza dzieci.
W dokumentalnym filmie „Griefwalker”, który opowiada o mojej pracy, pojawiają się rodzice umierającej dwuletniej dziewczynki, którzy decydują się przerwać uporczywą terapię. Ich twarze i twarz tego dziecka, kiedy odłączają aparaturę, ich śmiech, kiedy leżą ostatni, a może przedostatni raz wszyscy razem we własnym łóżku, mówią wszystko o porażce. I płacz matki, kiedy dziecko umarło... Porażką jest próba zrozumienia tego, opowiedzenia.
Tym, co daje świadkowanie śmierciom wielu osób, jest pewna właściwość serca. Nie wiedza – wiedza jest przeceniana w naszej kulturze – tylko rodzaj wrażliwości. Za nią idzie wzrastająca otwartość, ciekawość własnej śmierci. Bo śmierć jest ciekawa, jeśli mowa o głębokiej ciekawości, nie tej codziennej. Jedną z pięknych stron śmierci, wciąż możliwą do odkrycia, nawet w naszych zwariowanych czasach, jest jej powszednia tajemniczość, „mroczne udomowienie” – powiedziałbym za amerykańską poetką Mary Oliver. Prawdziwa tajemnica nie rozjaśnia się w miarę jej zgłębiania.
 

Dla wielu z nas, w tej części Europy, śmierć pozostaje Celanowskim „mistrzem z Niemiec”.
Na wojnie nie ma śmierci, są morderstwa, a morderstwo to nie podzbiór zbioru śmierć. To kompletnie różne wydarzenia: egzystencjalnie, moralnie, nawet gramatycznie. Nie istnieje strona bierna od czasownika „umierać”, nie istnieje coś takiego jak „być umieranym”. Umieranie to coś, co się robi, nie coś, co ktoś może zrobić komuś. W czasie wojny nikt nie umiera, wszyscy zostają zabici bezpośrednio lub pośrednio, np. przez głód.
Polskie doświadczenie z czasów II wojny światowej stoi na przeszkodzie otwartej i łatwej rozmowie o śmierci. Spacerowałem po żydowskiej dzielnicy w Krakowie – dla kogoś wychowanego i żyjącego w Kanadzie to doświadczenie nie do ogarnięcia. Nie zamierzam więc uczyć ludzi mieszkających w Polsce niczego na temat życia tutaj. Ale coś chciałbym powiedzieć: ci, którzy żyli w czasie wojny, przekazują swoim dzieciom rodzaj niemoty w sprawach związanych z wojną. „Nie ma o czym gadać” albo „słowa tego nie oddadzą”, albo „i tak tego nie zrozumiesz”, albo „nie chcę, żebyś wiedziała o tych rzeczach”.
 

Czego dzieci ofiar dowiadują się o wojnie?
Prawie niczego. Ale za to dowiadują się bardzo wiele na temat traumy: przede wszystkim, że domaga się ona wypowiedzenia. Oraz że domaga się międzypokoleniowego porozumienia na głębokim poziomie. To, że młodość waszych dziadków jest dla was niedostępna i niewytłumaczalna, to głęboka wyrwa. Możecie przyjąć wobec waszych dziadków tzw. współczującą postawę i nie pytać ich o wojnę, ale wtedy będziecie przestrzegać zasad narzuconych przez traumę, będziecie ją deifikować. I żyć w pogłębiającej się pustce, świecie zanikających pozornie bez przyczyny wartości, gdzie trauma jest jedynym bogiem.
Czym innym jest kwestia odkupienia win, ale tu już naprawdę nie mnie was uczyć. To wy mi powiedzcie, czym jest odkupienie. Wytłumaczcie mi głębię tej tajemnicy, o którą się otarłem, stojąc w miejscu, gdzie była komora gazowa, i dostrzegając ponad starym drutem kolczastym mężczyznę kopiącego ziemniaki. Nie umiem tego wyjaśnić, ale coś mi podpowiada, że odkupienie łączy zachowane baraki i komory gazowe, tego rolnika i mnie, faceta z Kanady, któremu dano dotknąć i zobaczyć.
 

Dlaczego Pan to robi?
Pewnego dnia zdałem sobie sprawę, że moje dzieci umrą. Było to jak uderzenie prawdy, że powołując je do życia, wprowadziłem je na drogę, która wiedzie obok mojego łoża śmierci do ich własnego. I poczułem, że za żadne skarby nie chciałbym, żeby moje umierające dzieci trafiły w ręce jakichś nieświadomych, niemądrych ludzi. „Zamierzasz sam się nimi zajmować, wobec tego? – zapytałem sam siebie. – Życzysz im, żeby umarły przed tobą?”. Oczywiście, że nie. Będę musiał komuś zaufać. Wam, waszym dzieciom.

 

STEPHEN JENKINSON określa swój fach mianem „griefwalker” – polskie tłumaczenie „żałobnik” nie wydaje się w tym przypadku odpowiednie, on sam mówi „kroczący żal”. Przez wiele lat towarzyszył umierającym w szpitalach, hospicjach i domach; zajmował się także ich rodzinami i osobami pogrążonymi w żalu po utracie bliskich. Studiował teologię i nauki społeczne, pracował na Uniwersytecie w Toronto i w jednym z miejscowych szpitali, był współtwórcą Dziecięcego Centrum Żałoby i Opieki Paliatywnej, szkolił pracowników hospicjów. W Kanadzie, skąd pochodzi, założył Orphan Wisdom School. W Polsce przebywał kilkakrotnie na zaproszenie Fundacji Pathways.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Nauczycielka, współzałożycielka Szkoły Demokratycznej w Krakowie, autorka tekstów i wywiadów publikowanych m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, dotyczących zwłaszcza problematyki wychowania oraz literatury dziecięcej.

Artykuł pochodzi z numeru TP 44/2013