Sensacyjny powrót zespołu, o którym wszyscy zapomnieli. Ale nie ja

The Beta Band potrafili brzmieć jak każdy zespół, który był przed nimi i po nich, zachowując autentyczność i autonomię w swej dziwności.
Czyta się kilka minut
Obecny skład zespołu The Beta Band: Steve Mason (gitara i wokal), Richard Greentree (bas), John Maclean (instrumenty klawiszowe) oraz Robin Jones (perkusja). 7 marca 2025 r. // Fot. Neil Thomson / Forum
Obecny skład zespołu The Beta Band: Steve Mason (gitara i wokal), Richard Greentree (bas), John Maclean (instrumenty klawiszowe) oraz Robin Jones (perkusja). 7 marca 2025 r. // Fot. Neil Thomson / Forum

Ich pięć minut przypadło na ostatni rok XX wieku. W filmowej adaptacji książki Nicka Hornby’ego „High Fidelity”, znanego u nas pod figlarnym tytułem  „Przeboje i podboje”, sarkastyczny właściciel sklepu muzycznego Rob Gordon grany przez Johna Cusacka szepcze swojemu łysemu współpracownikowi na ucho, że zaraz sprzeda pięć kopii ich albumu. Po czym puszcza najbardziej znaną piosenkę The Beta Band: „Dry the Rain”. Klienci zaczynają delikatnie falować w rytm trąbki i refrenu niczym trzciny poruszane wiosennym zefirkiem.

Przez krótką chwilę w sklepie panuje sielankowa atmosfera kosmicznej jedności. Jeden z kupujących, gładko ogolony meloman, najpierw pyta o nazwę zespołu, a otrzymawszy odpowiedź, z pewnym siebie uśmieszkiem stwierdza: „Są dobrzy”. „Wiem” – odpowiada Gordon.

Szczodre i rozpasane

Nie dowiadujemy się, ile egzemplarzy kompilacji trzech minialbumów „The Three E.P.’s” znalazło nowych właścicieli w filmie Stephena Frearsa, bowiem rozkoszne gibanie zostaje przerwane brutalnym wtargnięciem realnego, czyli próbą kradzieży płyt. Amerykański wydawca potwierdził jednak, że w ciągu miesiąca od premiery filmu w marcu 2000 r. sprzedaż albumu wzrosła czterokrotnie.

Dlaczego w takim razie cztery lata później zespół z St. Andrews, miasta z najstarszym polem golfowym na świecie, zakończył działalność z długiem w wysokości ponad miliona funtów we własnej wytwórni? I dlaczego, chociaż nigdy nie podbili list przebojów i sprzedaży, to po reaktywacji właśnie wyprzedają na pniu bilety na swoje koncerty? „Zawsze wyobrażałem sobie, że będziemy tak wielcy jak Radiohead – mówił po rozwiązaniu zespołu jego założyciel, Steve Mason – ale tak się nie stało. Wciąż nie mogę zrozumieć, dlaczego”.

Najkrótsza i najprostsza odpowiedź byłaby taka, że wyprzedzili swoje czasy. Zwinęli się niedługo po powstaniu serwisu MySpace i przed narodzinami social mediów, które wobec medialnej fatwy, jaką zostali objęci, umożliwiłyby im swobodne kreowanie własnego wizerunku abnegatów skupionych na muzyce. W jednym z późniejszych wywiadów Mason przyznawał, że muzyka jego zespołu była reakcją na popularność miałkiego britpopu i toksyczną męskość tamtej epoki. Na fenomenie nowej rockowej rewolucji, jaka przetoczyła się przez świat muzyki na przełomie stuleci, nie mogli daleko zajechać, bowiem nagrywali albumy zbyt szczodre i rozpasane, szalenie eklektyczne i heterogeniczne, nie poddające się łatwej kategoryzacji, będące koszmarem wytwórni i krytyków. 

„The Beta Band byli połączeniem bezgranicznego eksperymentowania, ostrej samokrytyki i radosnego humoru, którego możemy już nie zobaczyć” - Alan McGee, legendarny szkocki menadżer muzyczny

Ich muzyczny fenomen być może najlepiej ujął legendarny szkocki menadżer Alan McGee: „The Beta Band byli połączeniem bezgranicznego eksperymentowania, ostrej samokrytyki i radosnego humoru, którego możemy już nie zobaczyć”. Humor był najjaskrawszym przejawem stanu permanentnej kontestacji, w którym tkwili od swoich początków. Jakby bycie w zespole było przykrywką do realizacji najbardziej bezecnych fantazji o sabotażu własnej kariery i branży muzycznej. Na przełomie tysiącleci było w niej całkiem sporo miejsca dla wszystkich i jeszcze więcej pieniędzy. To nie pozostawało bez znaczenia dla Szkotów. Mason wielokrotnie przyznawał, że otrzymywane od wytwórni setki tysięcy funtów paraliżowały go tak bardzo, że z rozkoszą przepuszczał je na nagrania – sobie wypłacali głodowe pensje, które porównywał do wypłat w McDonaldzie.

Z trąbką na wieloryba

Debiutancki album planowali zrealizować na trzech różnych kontynentach, stanęło ostatecznie na trzech miastach szkockiej prowincji: finiszowali gorączkowo w obawie przed terminem, czego nigdy więcej nie powtórzyli, i po wydaniu ogłosili, że „album jest straszny”. „To zdecydowanie najgorsza płyta, jaką kiedykolwiek nagraliśmy i prawdopodobnie jedna z najgorszych, jakie ukażą się w tym roku” – mówił w 1999 r. Mason. Spektakularnie torpedowali promocję własnego debiutu, ale nawet mimo tego na koniec roku znaleźli się w niejednym muzycznym podsumowaniu. Za karę zostali przez wytwórnię wysłani na koncerty po europejskiej prowincji.

Pieniądze od wytwórni przepuszczali na ciągnące się w nieskończoność nagrania i tony sprzętu muzycznego czy kombinezony na rzepy, do których można było przyczepiać litery (technik zgubił je w metrze). Sami kręcili swoje teledyski, małe arcydzieła sztuki wideo. W trakcie jednego z koncertów w Stanach Mason urządził zbiórkę na broń, z której mógłby zastrzelić George’a Busha, w efekcie czego za zespołem podobno podążało FBI.

„To prawdopodobnie jedna z najgorszych płyt, jakie ukażą się w tym roku” - Steve Mason o debiutanckim albumie swojego zespołu

Wszystko, co robili, począwszy od włączania do swojego brzmienia elementów elektroniki, r&b, hip hopu, psychodelii i popu, przez zaproszenie do współpracy przy nagraniu najbardziej znanej piosenki faceta, który na trąbce potrafi imitować dźwięki wielorybów, a skończywszy na zatrudnieniu menadżera z Los Angeles tylko ze względu na jego absurdalnie kalifornijski akcent, było nieustraszoną zabawą w sztukę, niekończącym się performansem, którego cel wydaje się równie brawurowy, co mglisty.

Bez względu na to, czy powodowała nimi troska o własną niezależność i artystyczną wolność, czy niechęć do korporacyjnego świata muzyki, zdołali w ciągu zaledwie ośmiu lat nagrać trzy minialbumy oraz trzy płyty. Wszystkie były napakowane niekonwencjonalnymi pomysłami, ale też rozkosznie niekonsekwentne, lekceważące poziomem złożoności i długością piosenek zasady rynku i cierpliwość słuchaczy. Potrafili brzmieć jak każdy zespół, który był przed nimi i po nich, zachowując jednocześnie autentyczność i autonomię w dziwności.

Być może dlatego przetrwali. The Beta Band nie mieli prawa odnieść sukcesu w momencie, kiedy pozycję zespołów wyznaczały tradycyjne media, a radiowi didżeje mieli moc autarchów. Ich muzyka została jednak na stałe wprowadzona do muzycznego krwiobiegu świata, gdzie krążyła jak promile najlepszej szkockiej przez ostatnie dwadzieścia lat.

Dług jest spłacony

Ostatni koncert zagrali dzień przed moimi osiemnastymi urodzinami, zanim jeszcze zacząłem na poważnie interesować się muzyką, więc gdy odkryłem ich dla siebie kilka lat temu, byłem przytłoczony skalą, zróżnicowaniem i bezkompromisowością tego artystycznego projektu. „Dry the Rain” natychmiast zsynchronizowało się z moją wrażliwością sentymentalnego budowlańca, ale bogactwo muzycznego spektrum The Beta Band domagało się powolnej eksploracji, podobnie jak dorobek innych muzycznych kameleonów, np. Scotta Walkera czy Davida Bowiego.

Swoim odkryciem nieskąpo dzieliłem się ze światem, niczym Rob Gordon z „Przebojów i podbojów” namawiałem znajomych do słuchania kapeli z St. Andrews, a gdy potwierdzali, że „jest niezła”, w duchu klepałem sam siebie po ramieniu i powtarzałem: „wiem”. Miesiącami przymierzałem się do napisania o nich, choćby przy okazji rocznicy dwudziestolecia ostatniego koncertu, ale czy ktokolwiek chciałby czytać o zespole, który nawet we własnym kraju wydawał się zapomniany? W żadnym muzycznym sklepie Szkocji i Londynu nie udało mi się kupić ich płyt.

Po rozwiązaniu zespołu muzycy zostali z niczym. Mason przez jakiś czas pracował na budowie, a swoje długi spłacał przez dwanaście lat. Realizował solowe projekty, ale też przyznawał, że nie jest w stanie zrobić niczego, co dorównuje nagraniom The Beta Band. Tłumaczył, że w latach 90. cierpiał na kliniczną depresję, którą próbował leczyć kwasem i „magicznymi grzybkami”. Choroba z jednej strony przydawała muzyce zespołu głębokiej, nieco niepokojącej melancholii, ale z drugiej owocowała napadami szału lidera, który potrafił zmasakrować samurajskim mieczem instrumenty.

Przez lata nie było mowy o reaktywacji, chociażby ze względu na konflikty personalne wewnątrz kapeli, ale kiedy już nam się szczęśliwie przydarzyła, wydaje się najbardziej naturalną rzeczą na ziemi. Teraz, w marcu, po 21 latach, zespół ogłosił, że ruszy w trasę koncertową po Wielkiej Brytanii i Ameryce. Zaczną we wrześniu. Na razie odświeżyli swoje profile w mediach społecznościowych.

Ich powrót nie jest odpowiedzią na wiszące w powietrzu zachłanne zapotrzebowanie czasów popkulturowej posuchy czy wołanie nowego pokolenia fanów. Ale sami organizatorzy musieli być zaskoczeni, kiedy niezbędne okazały się dodatkowe terminy koncertów. Dopiero teraz, kiedy nie muszą z nikim walczyć, a Mason uporał się z demonami, mogą się skupić wyłącznie na muzyce. Ostatecznie to o nią przecież w tym wszystkim chodzi.

Autor jest poetą, prozaikiem i dziennikarzem. Laureat Nagrody Fundacji im. Kościelskich. Sekretarz redakcji miesięcznika „Herito”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 15/2025

W druku ukazał się pod tytułem: Szkocka szkoła gry