O dwa martini za dużo. Opowiadania Johna Cheevera

W pewnym sensie opowiadania Johna Cheevera są zawsze o nim samym– starającym się zachować twarz wyrzutku, idealizującym ognisko domowe alkoholiku albo niekochanym chłopcu, którego pierwszą miłościąnie była dziewczyna z sąsiedztwa, ale jego własny, starszy brat.

09.10.2023

Czyta się kilka minut

Fot. Bachrach / Getty Images

Historia literatury podpowiada początkującym pisarkom i pisarzom: róbcie swoje, bądźcie cierpliwi, nie ulegajcie zniechęceniu, nie bójcie się upływającego czasu – a niewykluczone, że się uda. Kurt Vonnegut, wprawdzie zgorzkniały i zrezygnowany, powszechnego aplauzu dla swojej twórczości doczekał się, raczej niespodziewanie, tuż przed pięćdziesiątką. Cormac McCarthy z niszowego ekscentryka awansował na gwiazdę niedługo przed 60. urodzinami. Może zresztą być też tak, jak było z fenomenalną Angelą Carter: pełne uznanie zyskała w zasadzie dopiero po przedwczesnej śmierci.

Z Johnem Cheeverem (1912-1982), specjalistą od blasków i cieni życia na nowobogackich przedmieściach Wschodniego Wybrzeża, autentycznym (choć trochę dziś zapomnianym) mistrzem krótkiej formy, sprawy miały się jeszcze inaczej. Jego długa kariera – debiutował w wieku 18 lat – miała osobliwą dynamikę: najpierw dwie dekady klepania straszliwej biedy i uporczywego stukania w maszynę, w wyniku którego Cheever wypracował sobie renomę czołowego amerykańskiego autora opowiadań (swoją drogą, znana jest opinia samego autora na temat tej roboty, wypowiedziana pod koniec tamtego okresu: „Pisać opowiadania chce mi się mniej więcej tak samo jak ruchać kurczaki”).

Potem przyszło piętnaście lat wybitnej formy literackiej i pasmo sukcesów, uwieńczone National Book Award za powieść „Kronika Wapshotów” (1958) i okładką „Time’a” z jego podobizną przy okazji wydania kontynuacji, „Skandalu u Wapshotów” (1964). Na wspomnianej okładce obwołano Cheevera dość nieskromnie „Owidiuszem z Ossining” (Ossining to nieduże miasteczko leżące nad rzeką Hudson, na północ od Nowego Jorku, w zasięgu kursowania pociągów podmiejskich, Cheever z rodziną mieszkał tam od 1961 r., wcześniej przez dekadę wynajmowali dom w pobliskim Scarborough).

Następna dekada z okładem to powolny upadek – redaktorzy (także ci z „New Yorkera”, którego był stałym autorem przez ponad 40 lat) odrzucają jego teksty, recenzenci pastwią się bezlitośnie nad powieścią „Bullet Park” (1969), a sława poprzednich książek Cheevera blednie w oczach – sprzedają się słabo, wydawcy nie decydują się na dodruki. Ów kryzys nie pozostaje bez związku z niszczącym pisarza alkoholizmem, który w tych latach przybiera formy bez mała samobójcze.

W każdym razie w 1975 r., po dłuższym pobycie w ośrodku odwykowym, Cheever przestaje pić. I powraca jako pisarz: w 1977 r. wydaje powieść „Falconer” (jedyną nieprzełożoną na polski) i znów ląduje na okładce wpływowego tygodnika, tym razem „Newsweeka”, w towarzystwie sloganu „Wielka Amerykańska Powieść”. Z kolei w rok później ukazuje się wybór opowiadań „The Stories of John Cheever”, uważany za jeden z najsłynniejszych – i najlepiej sprzedających się – zbiorów krótkich próz w dziejach literatury amerykańskiej.

W 1981 r. lekarze diagnozują u Cheevera raka płuc z przerzutami. Umiera w czerwcu 1982 r. Na dwa miesiące przed śmiercią, wyniszczony chorobą nowotworową, przemawia w nowojorskiej Carnegie Hall podczas ceremonii przyznania mu prestiżowej nagrody za całokształt twórczości (National Medal for Literature). „Strona zapisana dobrą prozą – oświadcza – pozostaje niezwyciężona”.

Mąż na przedmieściach

Można chyba powiedzieć, że zawijasy kariery Cheevera – uważnego kronikarza dziejów rodzącej się na jego oczach klasy średniej z aspiracjami, realizującej swoje marzenia o domu z ogródkiem i basenem, dobrej pracy w mieście, cotygodniowej wizycie w kościele, dziecku w prywatnej szkole i umiarkowanie oprocentowanym kredycie; klasy średniej, której obiecano swoistą, solidną wersję American Dream jako merytokratycznie rozdystrybuowanej nagrody za ciężką pracę i poświęcenie – otóż zawijasy te są powiązane z meandrującą historią polityczno-kulturową samych Stanów Zjednoczonych. Najlepsze 15 lat Cheevera przypada na okres powojennej prosperity czasów Trumana, Eisenhowera i Kennedy’ego, epokę pospiesznej akumulacji i radosnej konsumpcji. „Gości w salonie Farquarsonów zdawało się jednoczyć milczące przeświadczenie, że żadna przeszłość nie istnieje, żadnej wojny nie było – że na świecie nie ma zagrożeń ani problemów” – wybrzmiewa refleksja w opowiadaniu „Mąż na przedmieściach”.

Kłopoty Cheevera zaczynają się natomiast wraz z rozkwitem kontrkultury, gdy wspomniana klasa średnia zostaje posadzona na ławie oskarżonych za jej, domniemany bądź autentyczny, materializm, a także za prawicowy militaryzm, rasizm, obłudę religijną i seksualną, kult odmóżdżającej pracy i mizoginię – co znaczy tylko tyle, że najpewniej nigdy nie czytano Cheevera uważnie.

Autor „Pływaka” powraca następnie do łask, gdy w Ameryce przychodzi czas nowego, ultraliberalnego konserwatyzmu – w jakiejś mierze powraca zapewne w wyniku nagłego przypływu nostalgii za wyidealizowaną przeszłością, gdy mężczyźni byli męscy, kobiety kobiece, a świat prosty, przewidywalny i moralnie czysty. Co znów wskazuje na to, że Cheever nie mógł liczyć na uważną lekturę, rzeczywistość jego opowiadań jest bowiem znacznie bardziej skomplikowana. Podobnie zresztą jak jego biografia.

Podróż jedenasta

Przyjrzyjmy się zatem najpierw prozie Cheevera – jest ku temu dobra okazja, jako że w bardzo obiecującej serii „Opowiadania amerykańskie” wydawnictwo Czarne opublikowało zbiór „Wizja świata”, w wyborze i z przedmową Juliana Barnesa. Ów zbiór – świetnie przełożony przez Krzysztofa Majera – zawiera w zasadzie crème de la crème krótkich próz Cheevera, choć polski czytelnik, który pamięta poprzednie edycje tłumaczeń nowelistyki Amerykanina (było to dawno, ostatnie pozycje to jeszcze lata 80.), zdziwi się nieobecnością paru klasycznych tekstów (dajmy na to: „Włamywacza z Shady Hill”, „Brimmera”, „Miłosnej ballady” czy „Wykształconej Amerykanki”).

Mniejsza o to, zawartość „Wizji świata” wystarczy, by Cheever przypomniał nam, jak wytrawnym był pisarzem – oraz ile potrafił wycisnąć z dosyć spetryfikowanej już wówczas formy popularnego, czasopiśmiennego opowiadania, przeznaczonego dla masowego czytelnika. Dobrze bowiem pamiętać o tym, że „New Yorker” – najważniejszy „Cheeverowski” tytuł – nieodmiennie wymagał precyzyjnego formatowania tekstów: redakcja oczekiwała małego realizmu, wartkiej fabuły i klarownego języka, nie życzyła sobie zaś żadnej awangardy i surrealnej fantastyki, żadnego nieobyczajnego prowokowania czytelników. A jednak dojrzale modernistyczne opowiadania Cheevera przesycone są fundamentalnym, egzystencjalnym niepokojem dotyczącym samych podstaw ludzkiego istnienia w świecie.

Bohaterowie Cheevera, owi white collars dojeżdżający z przedmieść do biurowej pracy w metropolii, ich zagrzebane w dzieciach niepracujące żony, ich wyrachowane albo szalone kochanki, ich dzieci zaprzęgnięte od małego w system reprodukcji prestiżu, ich kasiaści sąsiedzi skupieni na organizowaniu kolejnych ogrodowych bankietów, całe to towarzystwo żyje w skrajnej niepewności – nie tylko materialnej (jako że zawsze znajdują się o jedną brakującą wypłatę bądź ratę kredytu od bankructwa), lecz także psychologicznej: prześladuje ich syndrom oszusta, mają poczucie, że ich roszczenia względem przynależności do tego hiperpoprawnego, ułożonego, grzecznego pejzażu, do tej równo przystrzyżonej sielanki, są nieuzasadnione, że biorą coś, co im się nie należy, i że zostaną za to ukarani. U Cheevera pod gładką powierzchnią codziennej rutyny zwykle kryje się jakaś sztywność, dyskomfort, nerwowe napięcie, zapowiedź nagłej eksplozji, obnażenia, demaskacji.

Ta sytuacja – w której ostatecznie wszyscy udają, że są kimś innym – przypomina mi „Podróż jedenastą” Ijona Tichego z „Dzienników gwiazdowych” Stanisława Lema: Tichy udaje się na planetę zasiedloną przez zbuntowane roboty, owe roboty wytworzyły złożoną kulturę nienawiści wymierzoną w ludzkość, wzajemnie tropiąc u siebie jakiekolwiek przejawy „lepniactwa” („lepniakami” nazywają pogardliwie ludzi). Finał jest taki, przypominam, że – jak odkrywa Tichy – ogół mechanicznych członków społeczności planety to ludzie, zakuci w robotyczne zbroje i szantażowani przez anonimowego urzędasa przemawiającego z wnętrza wielkiego pudła, które imituje superkomputer.

Odpowiednikiem „lepniaków” u Cheevera są ci, co im się powinęła noga, ci, co okazali się uzurpatorami albo przegranymi w tym pozornie niewidocznym wyścigu, ewentualnie ci dostrzegający całą marność owego światka. Sam Cheever pisał w dzienniku niedługo po wyprowadzce z Nowego Jorku: „Przedmieścia! Dobry Boże! Niczym wrogie terytorium okrążały miasto i kiedy myśleliśmy o nich, widzieliśmy całkowitą utratę prywatności, szambo konformizmu i nieopisanie ponure życie w bliżej nieokreślonej, posegregowanej majątkowo dziurze, której nazwa miała szansę pojawić się w »New York Timesie« tylko wtedy, gdy jakaś znudzona gospodyni domowa postanowi odstrzelić sobie głowę przy użyciu strzelby”.

Pływak ze stójką

Nic dziwnego, że bohaterowie zamieszkujący te narracje w kółko piją – albo są wciąż jeszcze na lekkim rauszu, albo kompletnie schlani, albo na kacu. „Była to jedna z tych niedziel w samym środku lata, gdy wszyscy mówią: »Za dużo wczoraj wypiłem«” – takim zdaniem zaczyna się „Pływak”, jedno z najsłynniejszych opowiadań Cheevera, w którym Neddy Merrill, prosperujący, choć już niezupełnie młody biały kołnierzyk z przedmieść, postanawia, pełen życia i trochę wstawiony, przepłynąć do domu wpław z imprezy u znajomych.

Brak cieku wodnego, który mógłby zostać wykorzystany do tego celu, nie stanowi problemu, bo Neddy umyślił sobie pływać tylko w basenach, a odległości między nimi pokonywać pieszo. „Nie czuł, że życie go w jakiś sposób ogranicza, więc zachwyt, jakim przepełniło go to spostrzeżenie, nie wiązał się z powabną perspektywą ucieczki. Jak gdyby w jednej chwili dojrzał – okiem kartografa – ów sznur basenów, półpodziemny strumień, przebijający się krzywizną przez całe hrabstwo. Poczynił odkrycie, oto jego wkład w nowożytną geografię; strumień postanowił nazwać Lucinda, na cześć żony”.

O dwa martini za dużo

Basen – to symbol statusu. Ale nie tylko: to także, naturalnie, metafora intymnej kobiecości. „Gość podróżuje ze stójką” – notował sarkastycznie Cheever w dzienniku. Owa podróż – także przez basen byłej kochanki – zaczyna podlegać dziwnym, groteskowym zniekształceniom, rzeczywistość otaczająca Neddy’ego rozpada się, gnije, lato nagle przechodzi w późną jesień. Jest to, by tak rzec, podróż w ciemność, w krainę męskich lęków, dotyczących zarówno ról społecznych: obywatela, męża, głowy rodziny, jak i własnej seksualności. A także, bez wątpienia, wyzwanie rzucone purystom z redakcji „New Yorkera”.

Równowaga akrobaty

Niedługo po śmierci Cheevera jego dorosłe już dzieci za zgodą matki wzięły się za rozbrajanie bomby, jaką stanowiło osnute tajemnicą, pełne sprzeczności życie pisarza. Najpierw, w 1984 r., córka Susan wydała „Home Before Dark”, książkę wspomnieniową o ojcu, w której pojawiły się refleksje na temat jego potwornego pijaństwa, chronicznej niewierności małżeńskiej i otoczonego zmową milczenia biseksualizmu. W 1988 r. wyszedł wybór listów Cheevera w opracowaniu jego syna Benjamina. W roku 1991 natomiast ukazały się fragmenty dzienników autora „Kroniki Wapshotów” – brutalnie szczerych, pełnych autoagresji, wściekłości i resentymentu, otwarcie relacjonujących jego trudne przygody z alkoholem, seksem, małżeństwem, ojcostwem i skrajnie niskim poczuciem własnej wartości. Dopiero jednak lektura obszernej biografii Cheevera („Cheever. A Life” z 2009 r.) pióra Blake’a Baileya przynosi pełny obraz udręki, jaką dla pisarza było jego własne życie.

„Nie mam życiorysu. Przychodzę znikąd i nie wiem, dokąd zmierzam” – napisał kiedyś o sobie Cheever. A w dzienniku podkreślał nędzę swojego pochodzenia: „Urodziłem się poza jakąkolwiek klasą społeczną i sam bardzo wcześnie podjąłem decyzję, by wkraść się jak szpieg w środowisko klasy średniej, co miało mi zapewnić korzystną pozycję do ataku. Wydaje się jednak, że potem zapomniałem o tej misji i swoje przebranie potraktowałem zbyt poważnie”.

Faktycznie Cheever sprawę rodzinnych korzeni traktował nader serio. Nazwisko Cheever w Nowej Anglii kojarzy się jednoznacznie z postacią Ezekiela Cheevera (1614-1708), wybitnego nauczyciela i łacinnika, podziwianego przez współczesnych za „niestrudzone wyrzekanie się diabła”. Problem w tym, że linia, z której wywodzili się bezpośredni męscy protoplaści pisarza, należała do tych bocznych – zarówno dziad, jak i ojciec Johna nie należeli już od dawna do nowoangielskiej elity: byli z zawodu szewcami.

Niemniej byli szewcami czytającymi książki i chodzącymi do teatru – wuj Cheevera nie przypadkiem miał na drugie Hamlet. Przodkowie matki z kolei nosili elegancko brzmiące nazwisko Deveraux, co skłaniało Johna do opowiadania wszystkim, że jego pradziadem był Sir Percy Deveraux, lord rodem z Windsoru; nikt podobny nie istniał, dodajmy.

Tak czy owak, wielkim, niespełnialnym marzeniem Cheevera, urodzonego w Quincy na przedmieściach Bostonu w rodzinie obwoźnego szewca i pielęgniarki, była przynależność do lokalnego grona szlachetnie urodzonych – jedyne, co mógł zrobić prócz konfabulowania, to wymyśleć od nowa samego siebie. Istnieją liczne świadectwa tej kreacji, ale jedno uważam za wyjątkowo trafne: to relacja poety Dany Gioia ze spotkania z Cheeverem na Uniwersytecie Stanforda we wczesnych latach 70. – w czasach, warto zaznaczyć, gdy jego akcje stały nisko, a znajomym zdarzało się znajdować go śpiącego po pijanemu wśród bezdomnych na nowojorskich ulicach, z flaszką w dłoni, ale za to bez ubrania, jedynie w płaszczu.

„Chociaż Cheever wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach z książkowej obwoluty, zaskoczyły mnie trzy rzeczy” – pisze Gioia („Studying with Miss ­Bishop: Memoir from a Young Writer’sLife”, 2021). – „Po pierwsze, że był tak niski. Z jakiegoś powodu (...) spodziewałem się czarująco wysokiego jankeskiego dżentelmena. Zamiast tego ujrzałem drobnego, chłopięco wyglądającego mężczyznę, który mierzył ledwie kilka cali powyżej pięciu stóp. Po drugie, Cheever był najbardziej opanowanym facetem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Każdy jego gest był tak pełen gracji, że z trudem mógł uchodzić za element topornej codzienności. Nawet to, jak siedział, wydawało się starannie skomponowane, niczym portret. (...) [Cheever] miał styl, który przykuwał uwagę, podobnie jak wielki aktor może skraść scenę, nie mówiąc przy tym ani słowa. Wreszcie, byłem oszołomiony jego głosem. Cheever mówił patrycjuszowską angielszczyzną z Massachusetts, którą, jak podejrzewam, sam wymyślił, bo nigdy nie słyszałem nikogo innego mówiącego w podobny sposób. Używał jednak tego eleganckiego, fikcyjnego dialektu tak przekonująco, że w jego głosie rozbrzmiewała siła starożytnego autorytetu. Rozmawiałem w życiu z ludźmi zabawniejszymi i mądrzejszymi niż Cheever, z ludźmi bardziej pomysłowymi, (...) spostrzegawczymi lub sympatycznymi, ale nigdy nie spotkałem nikogo, kto posiadałby wszystkie te cechy (...) w tak zręcznej równowadze. Nie była to banalna równowaga umysłowości mocno stojącej obiema nogami na twardym gruncie, ale równowaga akrobaty”. I było to właśnie owo przebranie.

I po wszystkim

W pewnym sensie więc podmiejskie opowiadania Cheevera są zawsze o nim samym – starającym się zachować twarz oraz status przybłędzie i wyrzutku, idealizującym ognisko domowe alkoholiku wychowanym w rodzinie, w której nie wylewało się za kołnierz, niekochanym chłopcu, którego pierwszą miłością nie była dziewczyna z sąsiedztwa, ale jego własny, starszy brat (z biografii autorstwa Baileya wynika skądinąd, że nie była to relacja czysto platoniczna), i który niemal przez całe życie obwiniał się za homoseksualne skłonności, głosił dość odstręczające homofobiczne poglądy i, o ile akurat był w stanie utrzymać się na nogach, rzucał się – niczym Neddy Merrill do kolejnych basenów – w następujące po sobie, pospiesznie konsumowane romanse z kobietami (jedna z jego kochanek wspominała, że nigdy nie widziała równie napalonego faceta, inna – że „wystarczyło wejść do pokoju, a już miał cię na kanapie. Raz, dwa i po wszystkim. I w zasadzie mogłaś sobie stamtąd pójść na resztę wieczoru. A on był szczęśliwy”).

O dwa martini za dużo

Dopiero w ostatnich latach przed chorobą i śmiercią w bliskim kręgu Cheevera zagościł – niemal oficjalny – kochanek, młody pisarz Max Zimmer. Ale nawet wtedy nie mogło być całkiem normalnie: Zimmer mieszkał z Cheeverem i jego żoną Mary w ich domu w Ossining, w ramach kamuflażu pełniąc rolę jakiegoś bliżej nieokreślonego asystenta.

Gdy był dzieckiem, matka Cheevera co jakiś czas przypominała mu, że nikt nie oczekiwał jego przyjścia na świat. „Wypiłam po prostu o dwa martini za dużo – mówiła. – A twój ojciec tak pragnął aborcji, że producenta aniołków zaprosił do nas na obiad”. Przez wszystkie dekady swojego życia – z własnego wyboru – był sam wśród ludzi. W dodatku miał to nieszczęście, że nawet gdy wspinał się na szczyty popularności, zawsze w pobliżu lśniła pisarska gwiazda większego formatu: w latach 50. J.D. Salinger, w latach 70. choćby John Updike, Philip Roth czy Raymond Carver (z którym zresztą Cheever ostro popijał).

Mówiąc o formacie, nie myślę o jakości pisarstwa – to sprawa gustu – lecz o rozgłosie i prestiżu: wyśnione przedmieścia Cheevera stały się w pewnym sensie jego literackim więzieniem. A przecież był prozaikiem fenomenalnie czułym, mądrym i samoświadomym. ©

O dwa martini za dużo

John Cheever WIZJA ŚWIATA przeł. Krzysztof Majer, Wydawnictwo Czarne 2023

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru Nr 42/2023