A może są z nami częściej, niż sądzimy. We wrażliwości, której nas nauczyli. W rzeczach, które zostawili. W myślach, które przychodzą, gdy za nimi tęsknimy.
I w rozmowach. Choć tych potrzebujemy więcej.
Zdania
Ma w pamięci zwłaszcza trzy: „Nieważne co, ważne, że razem”, „tata siłacz” i jedno z ostatnich: „lubię cię, wiesz?”.
Michał miał wtedy cztery lata i niechętnie się przytulał. Nie to co Karol, jego starszy o dwa lata brat. Był sierpień 2022 r. Chłopcy właśnie zasnęli. Filip Tarachowicz powiedział żonie Paulinie, że przyjęcie urodzinowe Michała powinni wyprawić jutro. Przeczuwał, że muszą się spieszyć. Pobiegł do sklepu po składniki na tort, przystroili dom, zapakowali prezent.
Kilka miesięcy wcześniej odebrali telefon z przedszkola, że Michał zwymiotował. Przez kolejne dni obserwowali syna – był częściej śpiący, mniej chętnie się bawił. Po tygodniu lekarz skierował Michała do szpitala. Tomografię zrobili od razu, Paulina zadzwoniła w nocy, że to guz mózgu.
W poznańskim szpitalu zorganizowali transport do warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Michałowi powiedzieli, że ma „kulkę w głowie” i że trzeba ją wyciąć. Kilkugodzinna operacja i kolejna diagnoza: rak mózgu, bardzo złośliwy. Kilka tygodni po operacji Michał stracił przytomność. Rezonans magnetyczny i znów diagnoza: rozsiew nowotworu.
Rozmowy
Czwarte urodziny Michała były w sierpniu, ale wtedy byli w szpitalu. Między chemioterapiami wrócili do poznańskiego mieszkania i wtedy postanowili je wyprawić.
Na jednym ze zdjęć zdmuchują świeczki na torcie. Na nagraniu uchwycili rozmowę braci. Karol powiedział, że Michał jest jego królewiczem i że będzie miał go w sercu. A Michał, że zawsze będzie się o Karola troszczył.
Chwilę wcześniej Michał złapał tatę za rękę, jak nie on, pogłaskał i powiedział: „Lubię cię, wiesz?”.
Sens
– Czy w tym wszystkim jest jakiś sens? – pyta Filip. – Nie, nie ma. Najmniejszego.
Ani w tym, że kolejnego dnia po przyjęciu urodzinowym musieli wracać do szpitala, bo Michał w nocy stracił przytomność. Przestał mówić, więc szeptali mu na ucho, że tam, dokąd pójdzie, nie ma lekarzy, ale są za to prababcia, która na niego czeka, i inne dzieci, które poznał w szpitalu. I że oni z Karolem też tam przyjdą, choć jeszcze nie teraz.
Ani w tym, że gdy dziecko umiera, kąpie się je i ubiera. A potem pomaga włożyć do dwumetrowego zasuwanego worka, zdecydowanie za dużego na małe ciało.
Ani w tym, że po śmierci robi się cicho. Sprzęt podtrzymujący życie przestaje działać, bliscy, lekarze i pracownicy zakładu pogrzebowego wychodzą.
– Michała z nami nie ma. Nie ma go już na zawsze. I jednocześnie jest, każdego dnia – mówi Filip.
Był też tamtego dnia na szczycie Śnieżki. To była druga rocznica jego śmierci. Filip miał zdiagnozowaną depresję, zaczął leczenie. Wdrapali się z Karolem na szczyt. – Piękna pogoda, widok. Obok stał syn, na dole czekała żona, która była w ciąży z naszym najmłodszym synem, Adamem – mówi Filip. – A ja nie chciałem żyć. I właśnie wtedy wróciły słowa Michała: „tata siłacz”.
A zaraz po nich: „Nieważne co, ważne, że razem”.
I jeszcze: „Lubię cię, wiesz?”.
– Pomyślałem, że muszę znaleźć siłę. I że mam żyć tak, żeby on mnie dalej lubił. Bo przecież kochamy się zawsze, ale być lubianym, gdy się kocha, to coś znacznie więcej.
Filip założył Fundację Panda Team imienia Michałka Tarachowicza, której pracownicy pomagają rodzicom, także rodzeństwu, gdy umiera dziecko i bliscy są w żałobie. Panda, bo Michał miał całą rodzinę pluszaków pand.
Cholerny brak
– To taki cholerny brak, że chce się wyć. Jednocześnie to ciągła obecność – mówi Katarzyna Jackowska-Enemuo.
Jest antropolożką kultury, pisze teksty i komponuje, jest pisarką i autorką podkastów „Między Światem a Zaświatem”. W cyklu piosenek „Nieuchronne” żegna córkę Naomi i opowiada o jej ciągłej obecności.
Gdy pytam, jaka ona była, rozpromienia się.
Uporządkowana i chaotyczna. Lubiła być sama i z ludźmi. Gdy wracała z przedszkola, chciała zatrzymywać się przy każdym listku, nachylać się nad nim i szeptać: „poproszę o autograf”. Wymyślała piosenki. Miała sześć lat, bawiła się z bratem w przedziale pociągu i nagle położyła mu ręce na głowie i zaczęła śpiewać: „Wszystko jest, wszystko jest, ale nie wiesz, co to jest”.
– Słyszę jej śmiech. Żołnierski rechot, jak mój – mówi Jackowska-Enemuo. – Lubię o niej myśleć. Przypominać ją sobie. Pamiętać, jaką miała skórę. Rozczochrane włosy. I to uczucie, gdy kładła głowę na moim ramieniu albo przytulała się do pleców. Ciągle ją czuję, wiesz? Jest przez to wszystko nadal obecna w moim życiu – mówi.
Rozmowy
Gdy Naomi umarła, nie potrafiła o niej rozmawiać. – Jednak właśnie rozmowy o naszych zmarłych, ale i te, które prowadzimy z nimi, oddalają nas od pustki, która po nich zostaje. Gdy tuż po śmierci Naomi nie potrafiłam o tym rozmawiać, pomogła mi muzyka, dzięki której ta twarda ściana, z którą się zderzamy po ich śmierci, jest obłożona czymś miękkim, łagodzącym uderzenia.
W domu czeka syn. Gdy Katarzyna wraca z podróży, odbiera jej bagaże, całuje na przywitanie. Podbiega pies.
– Za każdym razem idę się przywitać też z Naomi. Mam w domu święty kąt, gdzie są zdjęcia moich bliskich i niektóre ich rzeczy. Wisi tam portret Naomi, jest pluszowy niedźwiedź, jej ulubiony – opowiada.

Mówi o ciastkach w proszku, które co jakiś czas piecze, okropnych, ale właśnie je lubiła. O szarlotce, którą zostawia jej na pianinie. I o tym, że gdy dzieje się coś superfajnego, pyta córkę w myślach: „Stara, widzisz to?”.
– I tak, mój syn tu jest emocjonalnie i fizycznie. Jej fizycznie nie ma, ale emocjonalnie jest – mówi. – Czasami ktoś mnie pyta, czy mam dziecko. Odpowiadam, że tak, dwoje. Ile mają lat? – pyta dalej ktoś. Syn osiemnaście, a córka miałaby siedemnaście. Jak to miałaby? – dziwi się ktoś. Miałaby, bo nie żyje od sześciu lat – odpowiadam. Wtedy pojawia się napięcie, zapada cisza. Bo jak pytać o taką stratę? I jak o niej opowiadać? Musimy próbować, bo rzeczywistość, z której wyjmujemy śmierć, jest niespójna i pokruszona.
Bliskość
Katarzyna Borowczak, psychopedagożka i edukatorka żałoby, zapraszała do rozmów o śmierci ludzi z różnych kręgów kulturowych, głównie z Ameryki Południowej, w której spędziła pół roku. Bo tam – mówi – zmarli są bardziej obecni w codzienności ich bliskich. Poprzez gotowanie ich ulubionych potraw, opowieści czy domowe ołtarzyki z pozostawionymi po nich rzeczami.
– W Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach Europy, jedynym społecznie akceptowalnym sposobem podtrzymywania więzi ze zmarłymi, jest chodzenie na groby. Coraz więcej osób, zwłaszcza z młodego pokolenia, przyznaje, że to nie wystarcza. Relacji z bliskimi zmarłymi możemy potrzebować całe życie – opowiada. – Relacja może raz przygasać, a w sytuacjach granicznych być znów mocna i żywa. Wtedy zwracamy się do zmarłej osoby, prosimy o opiekę, ochronę, a nawet o znaki obecności.
I przywołuje jedną z opowiedzianych jej historii.
Ktoś po śmieci mamy posadził w ogrodzie jabłonkę, bo mama lubiła jabłka. Drzewo było już stare, objęła je choroba, ale mimo to – dawało co roku owoce. Karmiło, jak matka, rodzinę. A rodzina przeżyła to jak dar, prezent od mamy, która zmarła.
– W opowieściach rozmówczyń z Polski o podtrzymywaniu więzi często pojawiają się ich mamy. Opowiadają o tym także kobiety, które straciły mamy we wczesnym dzieciństwie, a mimo to silnie czują ich obecność, zwłaszcza gdy same stają się matkami – mówi Borowczak. – Ta więź daje im siłę. Czują, że mogą się zwrócić do matek z pytaniami, zwłaszcza w sytuacjach trudnych. I że matki się nimi i ich dziećmi opiekują.
Rozmowy
Borowczak organizuje spotkania online, zaprasza na nie tych, którzy stracili bliskich. Rzadko rozmawiają o wyobrażeniach „życia po”, najczęściej o trwających z bliskimi zmarłymi relacjach.
– Mało jest momentów, gdy ktoś poprosi: opowiedz, jaki on był/jaka ona była. Badania jednak pokazują, że jeśli rodzina po śmierci kultywuje pamięć o zmarłym, lepiej radzi sobie z odejściem – mówi.
Dlatego w czasie spotkań zadaje pytania: Jaki on był? Jakie miał ulubione powiedzonka? Jak się złościł? Jak się do niego zwracałeś? Jak on zwracał się do ciebie?
Katarzyna Borowczak: – Niektórzy znów płaczą, bo przypominanie sobie tego, w jaki sposób zwracaliśmy się do siebie, rozczula. I nieraz ktoś przyznaje, że od śmierci bliskiej osoby z nikim tak długo o niej nie rozmawiał. Wtedy widzę, jak bardzo potrzebujemy rozmów o zmarłych. I jak bardzo oni w nas żyją.
Nigdzie nie chodźcie
– Młodzi czują, że w milczeniu o śmierci bliskich jest coś nieprawdziwego – przyznaje Urszula Kaźmierczak, socjolożka.
Od lat organizuje w Poznaniu spotkania „Porozmawiajmy o śmierci przy kolacji”.
– Ludzie coraz częściej odchodzą odseparowani i pozbawieni bliskości: w szpitalach, w domach opieki. Kwestią pochówku zajmują się zakłady pogrzebowe. Po pogrzebie szybko wracamy do codziennych obowiązków. Być może dlatego jesteśmy pogubieni w tym, jak dbać o relacje z nimi po ich śmierci – mówi.
Zwraca na to uwagę także Aleksandra Kurowska-Susdorf, która zbierała materiał do pracy doktorskiej na Kaszubach.
Najpierw jednak opowiada o dziadku. – Bał się, że umrze w szpitalu, samotnie. Wiedział, że w domu można zapalić gromnicę, pomodlić się, być w tym razem. „Nigdzie nie chodźcie” – mówił nam, jakby czuł, że śmierć się zbliża. To wytrwanie do końca w towarzyszeniu umierającemu może i po jego śmierci umacniać relacje z nim.
Pracując nad doktoratem, pytała osoby po 35. roku życia o ich relacje ze zmarłymi. – Okazało się, że rozumienie tych więzi jest podobne do tej z żywymi. Panuje tu przekonanie, że śmierć nie oznacza końca relacji, zmienia się tylko jej status. Z relacji żywy-żywy na żywy-świętej pamięci. A „świętej pamięci” to znaczy, że żyje w mojej pamięci, jest moim prywatnym świętym – mówi.
Widać to w tradycyjnych kaszubskich domach, gdzie wciąż można znaleźć tzw. święte kąty, czyli małe domowe ołtarzyki. – Jest tam figura Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, lichtarz, krzyż i zdjęcia zmarłych. Czasami także ich rzeczy – opowiada. – Zmarli nie znikają więc z przestrzeni domu, zmieniają tylko swoje miejsce bytowania.
I dodaje: – Podobną rolę pełnią ławeczki przy grobach. Gdy dbamy o relację, to się odwiedzamy, przynosimy kwiaty, rozmawiamy, spędzamy razem czas.
Część natury
Marta Tarnowska najpierw opowiada o swojej półeczce w północno-wschodnim rogu domu, czyli „świętym kącie”. Są tam zdjęcia: siostry Moniki, taty Zygmunta i babci Jadzi.
– Byłam przy śmierci siostry. Miałam wtedy 19 lat, Monika – 27. Ona była ciągle czegoś ciekawa. Studiowała wiele kierunków, ale żadnego nie ukończyła. Podróżowała i czytała Kapuścińskiego. Tańczyła. Malowała. Pisała wiersze. Poślizgnęła się i spadła z dachu kamienicy. A może wcale się nie poślizgnęła? – zastanawia się.
I po chwili: – Monika uwielbiała wrony. Gdy zmarła, wielka czarna wrona zaczęła przylatywać na mój balkon. Hej, to ty? – pomyślałam.
„Święty kąt” w jej domu jest miejscem żywym, zagląda tam regularnie. Pali zmarłym świece, przynosi mak, miód i pszenicę. Rozmawia z nimi, czasami śpiewa im pieśni.
– To dla mnie sposób rozmowy. Sposób na to, żeby utrzymywać z nimi kontakt. Na Kurpiach starsi ludzie mają często w kątach obrazy świętych przykryte rozetami, niektórzy mają telewizory, a u mnie ten kąt jest dla zmarłych – mówi.
Uczyła się śpiewać od wiejskich śpiewaczek i śpiewaków pogrzebowych na Kurpiach i na Podlasiu. – Przez ponad dziesięć lat snułam się po domach, uczyłam pieśni pogrzebowych i rozmawiałam z najstarszymi mieszkańcami o tym, jak dawniej wyglądało życie. Pojawiały się również rozmowy o śmierci i wyobrażeniach tego, co dalej, bo to też jest częścią życia – opowiada.
Gdy dopytuję o wyobrażenia życia po u śpiewaczek i śpiewaków na wsiach, mówi głównie o tych związanych z religią katolicką. – Niepewność, czy pójdzie się po śmierci do piekła, czy do nieba. A może do czyśćca? I że w związku z tym dusze naszych bliskich potrzebują modlitwy – tłumaczy.
Wspomina historię starszego pana, który opowiedział jej o swoich spotkaniach ze zmarłą żoną. Przez wiele lat czuł jej obecność wieczorami. Przychodziła i zajmowała dawne miejsce na łóżku obok niego. Zostawiał jej więc poduszkę. Jednak pewnego dnia poczuł chłód, poprosił, by więcej go nie odwiedzała.
Wiejskie obrzędy pogrzebowe i zaduszne są dla niej źródłem inspiracji przy projektowaniu i prowadzeniu ceremonii pogrzebowych w miastach. – Zwyczaje pogrzebowe na wsiach zmieniają się powoli. Wciąż obecne są w nich opowieści o duchach zmarłych i spotkaniach z nimi – przyznaje.
Jednocześnie coraz silniejszy, także wśród mieszkańców miast, jest nurt powrotu do natury i szukania w niej łączności ze zmarłymi. Także przekonanie, że po śmierci sami stajemy się częścią natury. – W tym cyklu jest coś uspokajającego i pierwotnego. Wyobrażenie życia po i jednocześnie spotkania z nimi.
Pożegnać się
Być może dlatego coraz popularniejsze, zwłaszcza w miastach, są ceremonie humanistyczne.
Izabela Jachnicka miała 17 lat, gdy pierwszy raz odwiedziła starszego brata w Paryżu. Poczęstował ją krewetkami kupionymi na bazarze. Rok po jego śmierci pojechała na konferencję o francuskich interesach na Indo-Pacyfiku, na lunch były krewetki.
– Siedziałam wśród obcych ludzi w garniturach i płakałam. Przeniosłam się we wspomnieniach do małej kuchni Tomka, byliśmy znów razem – opowiada Izabela Jachnicka, która prowadzi ceremonie pogrzebowe.
Pierwszą, którą poprowadziła, choć tylko w części, był właśnie jego pogrzeb.
Przygotowała modlitwę wiernych i fragmenty Pisma Świętego, które odnosiły się do życia Tomka. Ksiądz zwrócił jej uwagę, że obowiązuje ciągłość liturgii i będą się modlić ustalonymi na ten dzień fragmentami. Ale powiedział też, że przed mszą i po niej mogą wprowadzić własne elementy pożegnania.
Przygotowała czuwanie. Osobiste, ze wspomnieniami. Na cmentarzu włączyła ulubioną muzykę brata. Podeszło kilka osób, żeby podziękować i powiedzieć, że też chcieliby być tak pożegnani. Trzy tygodnie później poszła na kurs dla celebrantów pogrzebowych w Instytucie Dobrej Śmierci.
Rozmowy
– Uroczystości współtworzymy z rodziną. Gdy się przygotowujemy, proszę, by opowiedzieli o zmarłym. Płaczemy razem. Niektórzy przyznają, że to pierwsze łzy od chwili śmierci. Bo o tej nikt nas nie uczył, jak możemy mówić. Ani jak o niej słuchać – opowiada Jachnicka. – Omijamy ten temat, bo boimy się, że wspomnienia będą bolesne. Być może nauczyła nas tego też kapitalistyczna kultura i przekonanie, że trzeba się pozbierać, wziąć w garść i iść dalej.
Czego zmarły cię nauczył? Co ci pokazał? Jaki byś był, gdybyś go nie spotkał? – pyta tych, z którymi przygotowuje ceremonię.
Wracają wspomnienia. Starego poloneza i wspólnych wakacji. Zapachu pomarańczy w święta, gdy pomarańcze były nie do zdobycia. – Wraca bliskość i więź, która mimo śmierci jest – mówi.
Ulga
Po śmierci bliskiej osoby. W czasie świąt, rekolekcji. Także wtedy, gdy chorują i przeczuwają własną śmierć.
– Ci, którzy przychodzą do księdza, najczęściej chcą porozmawiać o własnej śmierci. I o tym, co będzie po niej. Nie jest to jednak pytanie o to, jak tam będzie. O wyobrażenia nieba czy piekła. Raczej o emocje z tym związane, głównie niepokój, ale i tęsknotę za zmarłymi – mówi o. Jacek Siepsiak SJ. – Nie jest łatwo pytać o życie wieczne językiem doczesności. Ale często pojawia się wtedy przekonanie, że jeśli Bóg nas kocha, to nie musimy się tak o to martwić – dodaje.
Ksiądz jest też osobą, której opowiadają nie tylko o zmarłych, za którymi tęsknią, ale i o tych, po odejściu których poczuli ulgę. – Nie potrafili z kimś wytrzymać, a mimo tego starali się. Gdy ta osoba umiera, pojawiają się wyrzuty sumienia wobec tej emocji, jakby to pragnienie przerwania męki spowodowało śmierć. I z tym nie chcą zostawać sami – mówi o. Siepsiak.
Nieśmiertelność cyfrowa
Pragnienie więzi ze zmarłymi zauważyły w ostatnich latach firmy, które wykorzystują sztuczną inteligencję.
Katarzyna Nowaczyk-Basińska w ramach projektu, który od dwóch lat realizuje na Uniwersytecie Cambridge, bada, jak ludzie w różnych obszarach geograficznych podchodzą do tematu cyfrowej nieśmiertelności.
Wraz z zespołem wybrali trzy miasta: Pekin, New Delhi i Poznań. I zadali pytania o nowe technologie, w ramach których sztuczna inteligencja zbiera dane, które pozostawiamy w sieci, i na ich podstawie tworzy cyfrowe reprezentacje. Te po naszej śmierci mogą być w kontakcie z naszą rodziną. Chatboty, ale też hologramy, będą się starały udzielać odpowiedzi w imieniu zmarłej osoby.
– Od 2022, odkąd pojawiały się generatywna sztuczna inteligencja, ChatGPT, duże modele językowe, potrzebujemy niewielkiego wysiłku, by taką reprezentację stworzyć – mówi. – W tej technologii możemy oczekiwać relacji z naszymi zmarłymi. Badaczka Jenny Huberman zaproponowała nawet przejście z myślenia od paradygmatu, że pamiętamy o zmarłych, do paradygmatu, że się z nimi komunikujemy.
Lista zastrzeżeń i dylematów etycznych jest długa. Na jej szczycie są pytania o regulacje prawne, których nie ma. I o dane, które wykorzysta technologia. A także o naszą pośmiertną prywatność. Tym bardziej że awatara można nakarmić danymi – naszymi zdjęciami, korespondencją, wszystko po to, by mógł przejąć i naśladować nasz styl komunikacji.
Mogą to zrobić i osoby, które tworzą własnego awatara przed śmiercią, i ich bliscy – po ich odejściu. – Pytanie, czy mamy do tego prawo? I czy to jest w porządku wobec zmarłej osoby? Co z jej prywatnością i pośmiertnym spokojem? – mówi Nowaczyk-Basińska.
Poza tym – jak podkreśla – pracujący w tym obszarze psychologowie czy psychiatrzy zwracają uwagę, że technologie mogą nas uzależniać. Bo jeśli kogoś kochaliśmy i po jego śmierci awatar potrafi zaangażować nas w relację z nim, jest to dla nas ryzykowne.
Co więcej: firmy będą mogły stosować różne mechanizmy, by zwiększyć przychody. – W jednym z negatywnych scenariuszy pokazujemy rozwój technologii w tym kierunku, że firma używa pośmiertnego awatara, by lokować produkty. Rozmawiasz z awatarem i on nagle doradza ci, że powinnaś w coś zainwestować. Manipuluje lub zachęca do konkretnej transakcji. A wszystko dzieje się w czasie, gdy borykamy się z utratą bliskiej osoby i być może nie jesteśmy tak silni, by myśleć krytycznie – dodaje.
Albo – rysuje jeszcze jeden scenariusz – wyobraźmy sobie, że rodzic stworzył awatara swojego dziecka. Czuje, że sytuacja wymyka się spod kontroli, chce pozbyć się awatara i wtedy słyszy: „Mamo nie zostawiaj mnie. Nie chcę drugi raz umierać. Chcę być z tobą już zawsze”.
Awatary mogą też pogłębić nasze poczucie samotności i izolacji, jeśli trudny czas po stracie bliskiej osoby zaczniemy przeżywać z własnym telefonem.
Rozmowy
W ramach badania zespół Nowaczyk-Basińskiej spotykał się z grupą ekspertów i nie-ekspertów: księży, lekarzy i pracowników opieki paliatywnej, przedstawicieli branży funeralnej. Także z artystami, akademikami i ludźmi, którzy przeżyli utratę kogoś bliskiego. Chodziło o to, by badanie miało charakter interdyscyplinarny i międzykulturowy.
– Zorganizowaliśmy „Kolacje z nieśmiertelnością” i zaprosiliśmy na nie łącznie 70 osób w trzech wybranych miastach. Potwierdziło się, że jeśli ludzie są słuchani, to chętnie dzielą się swoimi, nawet intymnymi przeżyciami związanymi z utratą kogoś bliskiego. W tym kontekście zaskoczyły nas Chiny, gdzie mówienie o śmierci należy raczej do sfery kulturowego tabu – opowiada. – Uczestnicy spotkań podkreślali, jak bardzo im takich rozmów brakuje.
Pan od śmierci
Na cmentarzu w Lublinie, najstarszym w mieście i wielokulturowym, zbiera się co roku 2 listopada niewielka grupa ludzi, by wspólnie śpiewać. Spotykają się przy kaplicy, rozdają śpiewniki. W ubiegłym roku przynieśli ich 150, nie wystarczyło dla wszystkich.
Ich śpiew przyciąga kolejne osoby. Inicjatorem spotkań jest Paweł Grochocki, śpiewak pogrzebowy, przez znajomych nazywany „panem od śmierci”.
– W jednym z rodzajów pieśni śpiewak czy śpiewaczka pogrzebowi wyrażają ostatnie życzenie zmarłego i jego pożegnanie z bliskimi: moja żono kochana, moje dzieci, módlcie się za mnie, będę się wami opiekował. Jest w tym nadzieja, że niebawem się spotkamy – mówi. – A sam śpiew sprawia, że stłumione emocje mogą popłynąć.
Tym bardziej że nie zawsze wiadomo, jak do nich dotrzeć.
Opowiada o swojej babci, która zmarła cztery lata temu. Na stypie, która była tylko dla najbliższej rodziny, o babci nikt nie mówił. – Jakbyśmy się spotkali w innej sprawie – wspomina. – Pół roku później zmarła nagle moja mama. Wszyscy byliśmy w dużej rozsypce. Przygotowałem prezentację z jej zdjęciami, którą wyświetliłem na stypie. Dołączyłem nawet krótkie nagranie, na którym słychać jej głos. Płakaliśmy, ale zaczęliśmy też o niej rozmawiać. Jaka była, co nam dała, jak bardzo tęsknimy. Nikt nie prosił, żeby zatrzymać albo wyłączyć prezentację.
Paweł często słyszy od ludzi, którzy stracili bliskich, że na różne sposoby próbują zachować o nich pamięć. Chcą, by byli obecni w ich codzienności. Noszą ich biżuterię, używają ich naczyń. A nawet piszą do nich listy, w których jest dużo tęsknoty i czułości, ale i złości. – Śmierć jest znormalizowana społecznie. Normą jest, że powinniśmy sobie poradzić. A nie przeżywać i opowiadać o tym, że tęsknimy, a przecież tęsknimy – mówi.
Rozmowy
2 listopada ubiegłego roku śpiewali na cmentarzu. – Poprosiłem, by ludzie powiedzieli na głos imię zmarłego, którego mają teraz w sercu.
Najpierw cisza.
Marta, Kazik, Wiola, Marcin. Wybrzmiało kilkadziesiąt imion.
– Przez chwilę znów byliśmy razem – mówi.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















