„Dane odosobowe”: brutalne rozliczenie Elfriede Jelinek z aparatem państwowym

Nowa książka Elfriede Jelinek to polifoniczny krzyk w proteście przeciwko sytuacji, w jakiej narratorkę stawia bezduszna biurokracja. Nigdy wcześniej też austriacka autorka nie pisała tak otwarcie o sobie i swojej rodzinnej historii.
Czyta się kilka minut
Elfriede Jelinek w swoim domu w Wiedniu, 2004 r. // Fot. Leonhard Foeger / Reuters / Forum
Elfriede Jelinek w swoim domu w Wiedniu, 2004 r. // Fot. Leonhard Foeger / Reuters / Forum

Od pewnego czasu wraz ze znajomymi, szczególnie tymi, którzy mieli z bliska do czynienia z niemiecką biurokracją, lubimy powtarzać, że „Niemcy się kończą”. Stało się to naszym rubasznym refrenem, szyderczym aforyzmem powtarzanym z głęboką satysfakcją przy okazji kolejnych informacji na temat niemieckich dysfunkcji czy coraz mniej lokalnych triumfów faszystów z AfD. 

Skromne w rozmiarach i nieszkodliwe Schadenfreude jest reakcją sąsiada, u którego wreszcie, po latach klęsk i nieurodzajów, wiedzie się nieco lepiej, lecz swoją genezą sięga daleko w głąb pokojów, zapewne ciasnych i niskich, do których światło wpada tylko przez mały, wysoko położony otwór, w których rezydują organizmy urzędnicze, cichutkie trybiki administracji. Ich zadaniem jest piętrzyć trudności, uniemożliwiać bezsporne i dręczyć petentów. Anegdoty można by mnożyć, niemiecka administracja tkwi głęboko w czasach słusznie minionych, a polskie urzędy zdają się przy niej posterunkami życzliwości i nowoczesności z utopijnego jutra, w którym głód, wojny i kolejki na poczcie zostały powstrzymane dzięki wspólnym staraniom miss świata i Elona Muska. 

Dość powiedzieć, że niemieccy urzędnicy regularnie i z lubością nie tylko używają faksów, ale także wysyłają hasła do wszelkiego rodzaju kont internetowych pocztą tradycyjną, listem bynajmniej nie poleconym, co skutecznie uniemożliwia załatwienie nawet najprostszej sprawy. Każdego dnia 52 drzewa są poświęcane, by zasilić złaknioną machinę administracyjną rządu centralnego.

Oskarżona Elfriede Jelinek 

Niemcy sami sobie znakomicie zdają sprawę ze swojej urzędowej wszetecznej wsteczności: w trakcie tegorocznych wakacji lobbingowa organizacja INSM uruchomiła w Berlinie Muzeum Biurokracji, punktujące absurdy niemieckiego formalizmu. Znalazł się w nim między innymi sadomasochistyczny darkroom, symbolizujący dotkliwą wegetację w zbiurokratyzowanym niemieckim świecie. 

W takim właśnie mrocznym miejscu, poddawana przez fiskus finezyjnym torturom, spędziła sześć lat Elfriede Jelinek, laureatka Nagrody Nobla z 2004 roku. Przy okazji umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania (napiszmy to: Doppelbesteuerungsabkommen) między Austrią a Niemcami, krążąca między Wiedniem a Monachium, gdzie przez lata żył jej partner, zmarły w 2022 roku Gottfried Hüngsberg, Jelinek została wzięta na ruszt i oskarżona o unikanie płacenia podatków. Bawarczycy to ludzie poważni i nieznający się na żartach, dlatego z rozmachem wkroczyli do domu pisarki w wiedeńskiej dzielnicy Hütteldorf i zajęli 33 pudła z dokumentami oraz dyskami twardymi, na których znajdowała się także prywatna korespondencja pisarki. Rozpoczęła się dystopijna biurokratyczna poniewierka Jelinek, zupełnie jakby Niemcy lecąc na dno koniecznie chciały ją za sobą pociągnąć.

„Na tym świecie pewne są tylko śmierć i podatki” – napisał Benjamin Franklin w liście do Jeana-Baptiste’a Leroya, a dla Jelinek oba tematy są nierozerwalnie sprzężone. Pojawienie się w jej domu aroganckich służbistów wymachujących słowami „możemy panią zniszczyć” odbiera jej podmiotowość i sprawczość, pisarka zostaje sprowadzona do funkcji oskarżonej, czyli w rozumieniu systemu niemal winnej. System działa dokładnie tak samo jak w „Procesie”, gdzie jego celem było „możliwie zupełne wyeliminowanie obrony, obwiniony powinien być zdany we wszystkim na siebie samego”. 

W swoim tekście o Kafce Hannah Arendt podkreślała, że człowiek uwięziony w biurokratycznej machinie jest już skazany i że nikt nie może oczekiwać sprawiedliwości od procedur sądowych, w których interpretacja prawa jest połączona z administrowanym bezprawiem, a chroniczna bezczynność interpretatorów rekompensowana jest przez biurokratyczną machinę, której bezsensowny automatyzm ma przywilej ostatecznej decyzji. „Od tej chwili nie wierzy się w ogóle człowiekowi, kiedy państwo się o niego upomni” – pisze Jelinek w swojej najnowszej książce.

W takiej sytuacji zabranie głosu we własnej sprawie jest próbą wyjścia z pozycji ofiary, w którą to rolę Jelinek wchodzi z przewrotnym entuzjazmem, jakby tylko ona gwarantowała wysłuchanie. Teatralny tekst „Dane odosobowe” w brawurowym przekładzie Agnieszki Kowaluk to polifoniczny krzyk w proteście przeciwko izolującej sytuacji, w jakiej narratorkę stawia bezduszna biurokracja. „Dopóki mówię, jestem” pisała Jelinek w swoim krótkim tekście o Thomasie Bernhardzie, jej wielkim prekursorze, „obok którego nikt już nie może przejść obojętnie”, lecz te słowa mogłyby być mottem książki wydanej w 2022 roku. Tylko język pozwala jej się utrzymać na powierzchni, nie zginąć w starciu z nieludzką machiną biurokracji.

Tyrada przeciwko systemowi finansowemu

W swoim świetnym tekście o biurokracji opublikowanym w „Dwutygodniku” Michał Paweł Markowski zwracał uwagę, że „jeśli jawnie wyznawanym celem biurokracji jest usprawnienie działania społecznego, to celem niejawnym jest wielokrotna izolacja petenta”. Poczucie bezsilności, bezradności i nieważności nie dominuje jednak w tekście Jelinek, przebija raczej w pojedynczych frazach. Kiedy narratorka ogłasza, że „z czasem poddaje się bez walki”, jest to raczej sygnałem do podjęcia radykalnych werbalnych działań, niż retoryczną białą flagą. 

Jelinek wykorzystuje powiedzenie, że „podatek dochodowy stworzył więcej przestępców niż jakiekolwiek inne prawo”, do uderzenia w narodowy sport Niemców, czyli uchylanie się od płacenia. Na biurokratycznej giełdzie prawda jest niewiele warta, dlatego pisarka wymyka się fiskusowi z rąk serią zmasowanych i niepohamowanych ataków, bo tylko wściekłość może ją ocalić, zwłaszcza w starciu z „niebezpiecznym, pewnym siebie, nieznającym zwątpienia językiem szykownych technokratów i twardzieli”, jak go nazwała w tytułowym eseju ze zbioru „Moja sztuka protestu”.

Już wcześniej, głównie w swoich tekstach dla teatru, sięgała po historyczne wydarzenia: burzliwe dyskusje wywołał jej dramat „Burgtheater”, o parze aktorów Pauli Wessely i Atilli Hörbigerze uśmiechających się całkiem szeroko do narodowego socjalizmu. Szyderczy dramatUlrike Maria Stuart”, powstały na bazie dramatu Schillera i historii przywódczyń RAF-u, musiał zostać przez Jelinek ocenzurowany po interwencji córki anarchistycznej męczennicy Ulrike Meinhof. W „Podróży zimowej” piwniczne historie Nataschy Kampusch i Josefa Fritzla wpisała w muzyczny cykl pieśni Franza Schuberta; w „Rechnitz” opowiedziała historię rzezi Żydów podczas balu na zamku baronowej Margit von Batthyány w marcu 1945 roku, zaś w „Das schweigende Mädchen” próbowała zbliżyć się do postaci neonazistki związanej z NSU Beate Zschäpe, skazanej na dożywocie za współudział w 10 zabójstwach na tle rasowym. Nigdy wcześniej jednak nie pisała tak otwarcie o sobie i swojej rodzinnej historii, jak w „Danych odosobowych”. Zastrzega jednak, że „oczywiście mówię o sobie cały czas, tylko inaczej, jak gdybym to nie była ja”.

W postdramatycznych tekstach Jelinek, które ona sama definiuje jako „płaszczyzny tekstowe”, brakuje klasycznych postaci, dialogów czy działania, istnieje jednak silne powinowactwo między sztuką o Zschäpe a „Danymi odosobowymi”, wyrażające się nie tylko w sytuacji bycia oskarżoną, lecz także w przestrzeni, którą rozpoznajemy jako salę sądową. O ile jednak w pierwszym tekście Jelinek związuje ze sobą protokoły procesowe i fragmenty biblijne, a proces NSU przepoczwarza się w Sąd Ostateczny, o tyle polifoniczne tyrady, gry językowe i kalambury, kaskady nie zawsze pierwszorzędnego humoru w najnowszej książce noblistki, niewątpliwie sprawiające jej dziką rozkosz, są wymierzone w cały współczesny system finansowy, z jego lukami, niesprawiedliwościami i rajami podatkowymi, w których pieniądze krezusów spędzają czas w klapkach na plaży.

Poszukiwania prawdy

Jelinek przywołując najbardziej znane przypadki migania się od płacenia podatków próbuje niejako wpisać swoją sprawę, ostatecznie zakończoną umorzeniem, w ciąg podatkowych konfliktów i publicznych upokorzeń, bo „w Niemczech się nie negocjuje, tu prowadzi się wojnę”. Przypomina sprawy tenisisty Borisa Beckera czy byłego piłkarza i prezesa Bayernu Monachium Ulego Hoeneßa, skazanego na 3,5 roku więzienia, aferę Wirecard, kiedy to pracownicy firmy przez co najmniej osiem lat wynosili z biurowca setki tysięcy euro w siatkach z Aldiego i Lidla, złośliwie przygląda się funkcjonowaniu schronów przeciwko opodatkowaniu – Szwajcarii (dokąd ze swoimi podatkami uciekł między innymi słynny Franz Beckenbauer, zanim nie zwiał ponownie do Austrii) i Cyprowi, ale przede wszystkim z kronikarską rzetelnością odtwarza swoje drzewo genealogiczne.

Kawalkada martwych wujów, ofiar kolejnych uprzedzeń i opresji, defiluje przez jej książkę, zupełnie jakby Jelinek chciała udowodnić swoją historią, że jest, że żyje, że ma oparcie w protoplastach, mimo że „bycie prześladowanym zdaje się w każdym razie typowe dla mojej rodziny”. Podobnie jak w powieści „Dzieci umarłych” to martwi przesądzają o losie żywych, jednak kataklizm zesłany na ziemię ma charakter czysto urzędowy. Historia prześladowania nadal jest jednak historią bycia. 

I chociaż Jelinek powtarza, że prawdy nigdzie nie ma, to sama zdaje się jej szukać właśnie w przeszłości, to ona daje jej tyradom solidne oparcie w walce z wysłannikami urzędniczych piekieł. Historia bliskich, którzy padli ofiarą Holokaustu, czyli znakomicie zorganizowanej i zbiurokratyzowanej rzezi, jak kuzyn pisarki Walter Felsenburg zamordowany w Terezinie, rodzi polityczne oskarżenie – Jelinek błyskotliwie otwiera rachunek krzywd, który nigdy nie może zostać spłacony, zamiast prowadzić obłudne, oficjalnie nakazane i inscenizowane w najdrobniejszych detalach rozliczenie z przeszłością. 

To jeden z lejtmotywów pisarstwa Jelinek – jak zauważała Monika Gromala, projektowany po wojnie „nowy wspaniały świat” został wzniesiony na szczątkach pomordowanych ofiar. Jelinek oddaje im głos w nekromantycznym geście, z którym żadna administracja i urząd nie mogą sobie poradzić, funkcjonują bowiem w innym, racjonalnym porządku praw i przepisów.

Język demaskujący stosunki społeczne

Monika Szczepaniak, badaczka Jelinek, zwróciła uwagę, że teksty austriackiej pisarki to „kompleksowe tekstury przesycone »obcymi« głosami, specyficzne kolaże cytatów, muzyczne korowody materiału językowego. Ta dramaturgia nadmiaru sprawia, że czujemy się zaatakowani, osaczeni, bezradni wobec nieprzerwanego strumienia tekstu, który dodatkowo zaskakuje permanentną zmianą perspektywy i tworzy wrażenie braku panowania nad materią języka”. To tylko wrażenie: aktorzy grający teksty austriackiej pisarki wielokrotnie podkreślali, że początkowe wrażenie chaosu i bełkotliwej hermetyczności pęka pod wpływem kolejnych lektur i rozkładu tekstu na mniejsze części. Ich nieusuwalnym elementem pozostaje jednak krytyka społeczna zainstalowana w języku.

Jelinek wielokrotnie podkreślała, że w przeciwieństwie do literatury niemieckiej, literatura austriacka począwszy od wczesnego Wittgensteina i Krausa, przez Grupę Wiedeńską, wyróżniała się krytycznym podejściem do języka. Sama wpisywała się w tradycję literatury demaskującej stosunki społeczne nie tylko przez treść, ale także przez sam język. Pisarka po brechtowsku przepisuje rzeczywistość, by ujawniać sposoby, w jakie wzorce ucisku, szczególnie te o charakterze klasowym lub seksualnym, są maskowane przez rządzącą ideologię patriarchalnego kapitalizmu i przedstawiane jako niezmienne fakty o świecie.

Niezmiennym faktem, jaki wyłania się z „Danych odosobowych”, jest marksistowskie stwierdzenie, że biurokracja jest państwem fikcyjnym obok państwa realnego, co zdaniem Markowskiego zbliża ją do literatury – podobnie jak ona w swoim nowoczesnym wydaniu „wpędza wszystko bezlitośnie w ruch i nigdzie nie znajduje wytchnienia, bo w tym łańcuchu nieskończonych znaczących nigdzie nie ma ostatecznego znaczonego”. To bezsensowna biurokracja napędza tryby językowej machinerii Jelinek, podejmującej ostatecznie grę z fiskusem, ale na własnych zasadach, mając w głębokim poważaniu policję językową. 

Brutalne rozliczenie Jelinek z aparatem państwowym jest prowadzone z pozycji oskarżonej w sposób, który tylko ją wzmacnia i konstytuuje jako podmiot, nie pozwalając sprowadzić się ani na moment do roli przedmiotu postępowania. Markowski zaznacza, że biurokracja izoluje człowieka „od niego samego, od jego prywatnego życia, zamieniając w petenta lub numer sprawy”, lecz Jelinek pisząc uporczywie o sobie, o własnej historii, wymyka się z rąk systemu, który najbardziej interesuje się żywymi, bo przecież „umarłych nie można jeść”. Swoją opowieścią kopie głęboki rów między sobą a biurokracją, rów „głęboki jak groby na cmentarzu pieczonych gołąbków”.

Ucieczka od śmierci

Literacka droga Jelinek nie jest naznaczona ekonomicznymi decyzjami – jej teksty przez lata nie były wystawiane ze względu na ich perwersyjny i antyteatralny charakter, a w maju 1996 sama po raz pierwszy zakazała ich wystawiania w Austrii, znosząc embargo sześć lat później. Ostatnią powieść, „Neid”, udostępniła za darmo na swojej stronie internetowej, dając do zrozumienia, że jej pisaniem nie rządzą zasady zysku, lecz wyłącznie prawa językowej wściekłości. Czytelnik musi dopuścić do siebie jej roszczenia, dać się im ponieść, żeby odwlec nieuniknione zanikanie i śmierć. „Śmiejemy się z pani poczynań, pani koniec będzie niewiele lepszy” – szydzi jeden z oprawców, a Jelinek z otwartą przyłbicą stawia mu opór.

W „Pianistce” napisała, że „za darmo jest tylko śmierć, a i ona kosztuje życie”, ale „Dane odosobowe” są spektakularną ucieczką od niej. Milczenie wobec terroru i opresji technokratów byłoby równoznaczne ze zgodą na własną anihilację, zupełne unicestwienie. Jak się kończy oddanie bez walki w ręce rzekomo rzetelnych formalistów, znakomicie zilustrował Joseph Roth na przykładzie Imre Ziski, notariusza, który po pierwszej wojnie światowej stał się bezpaństwowcem. Prawo do jego bytu rościli sobie zarówno Słowacy, jak i Węgrzy, nie dlatego, że byli dumni ze swojego syna, lecz dlatego, że go nie chcieli. 

Jego nazwisko nie figurowało w żadnych księgach wieczystych. Bez zobowiązań i praw, nieuwierzytelniony i problematyczny notariusz żył problematycznie. Oddychał, jadł i pił, więc był. Myślał i żył, w sensie filozoficznym, ale nie otrzymał paszportu, więc dla państwowych urzędów nie istniał, nie miał poświadczonego bycia. Fizycznie notariusz był obecny, jako obywatel nie. Trwał zawieszony na granicy, dosłownie i w przenośni. Dlatego jako urodzony służbista sam przekroczył granicę i w presburskim hotelu odebrał sobie życie, żeby dłużej nie robić nikomu kłopotów.

„Umrzeć każdy potrafi, ja na pewno też, jakoś sobie poradzę” – pisze w nowej książce Elfriede Jelinek.

Elfriede Jelinek DANE ODOSOBOWE, przeł. Agnieszka Kowaluk, W.A.B., Warszawa 2024

 

 

 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 40/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Śmierć i podatki