Reaktywacja Oasis odpowiada nie tylko na sentymentalne zapotrzebowania słuchaczy, ale też na sytuację pogrążonej w nudzie popkultury

Przez ostatnią dekadę giganci popkultury oswoili publiczność z przeciętnymi piosenkami i kosmicznymi cenami koncertów, więc w trakcie przyszłorocznej trasy bracia Gallagherowie będą mogli zjeść wisienki z tortu, którego nie upiekli.
Czyta się kilka minut
Oasis
Fot. Idols/Photoshot/REPORTER

Na moje osiemnaste urodziny rodzice opuszczają dom i udają się na noc do dziadków. Ojciec przed wyjazdem kupuje skrzynkę piwa – w tamtym czasie, w gronie licealnych abnegatów, najchętniej spożywamy Warkę Strong. Po kryjomu organizuję też butelkę whisky, czerwonego Johnniego Walkera, co wydaje mi się wówczas szczytem alkoholowego luksusu, ale też symbolicznym wejściem w świat dorosłych. 

Upiję się nim sam i zalegnę w sypialni, a z rozkosznego snu wyrwie mnie i przywróci na łono towarzystwa mój niemal o dekadę starszy brat, który atmosferę wydarzenia określi później jako „schyłkowe Beverly Hills 90210”.

Oasis na Wembley

Jedynym prezentem z tamtego dnia, jaki nie tylko pamiętam, ale nadal mam, jest koncertowa płyta Oasis „Familiar to Millions” z zapisem koncertów na Wembley w 2000 r. (i częściowo z Yokohamy, bo na drugim Liam był zbyt pijany, by go uwieczniać). Dostałem ją od licealnych przyjaciół z klasy i sąsiedniej wsi, Aśki i Michała, który wyglądał jak środkowoeuropejska wariacja na temat Liama Gallaghera: ta sama fryzura, charyzma, szelmowski sznyt i bezczelność.

Nie było trudno wyobrazić sobie tego chłopaka z Dobrzynia, jak wychodzi na legendarny londyński stadion i złośliwie wita fanów tymi samymi słowami, co młodszy z braci Gallagherów: „Cześć, Manchesterze”. Dobrze wyglądałby z tamburynem, który Liam brał w ręce, żeby nie nudzić się w trakcie gitarowych solówek Noela.

Przez całą noc płyta grała na zniesionej do salonu wieży, stając się soundtrackiem mojej pełnoletności. Leżeliśmy na podłodze przy samych głośnikach, nie mając świadomości (stałe łącze nie znajdowało się nawet w zasięgu naszych najśmielszych marzeń), że dziennikarz modnego serwisu Pitchfork nazwał ją „papierkiem lakmusowym patosu”, i napawaliśmy się tym pompatycznym, stadionowym rockiem tak, jak mogą się napawać tylko wstawieni, rzewnie rozkołysani nastolatkowie. 

Koncertowe wersje niektórych piosenek zainstalowały się na stałe w mojej głowie, uniemożliwiając słuchanie ich płytowych wersji, a chóralne zaśpiewy publiczności przy refrenie „Don’t Look Back in Anger” do dzisiaj wywołują u mnie orgazm skóry i z rozkoszą trwonię na nich resztki słuchu.

Oasis, czyli Cool Britania

Podobne emocje, podlane silnym wzruszeniem, przyniosło nagranie manchesterskiego tłumu, który w 2017 r. zebrał się, żeby minutą ciszy uczcić ofiary terrorystycznego zamachu po koncercie Ariany Grande w ich mieście. Milczenie zostało przełamane śmiałym, spontanicznym wokalem Lydii Bernsmeier-Rullow, intonującej właśnie ten utwór Oasis, rozpoczynający się przecież jak „Imagine” Lennona, a kolejne dołączające się głosy uczyniły z niego narzędzie zbiorowego katharsis. Nie wierzę, żeby muzyka mogła zmienić świat, ale chwile spontanicznego, egalitarnego uniesienia, takie jak ta, przydarzają się tylko dzięki niej.

Piosenka stała się symbolem manchesterskiego ducha i żywym dowodem na nieśmiertelność muzyki Gallagherów. Dla tysięcy, jeśli nie milionów Brytyjczyków, zwłaszcza z generacji X, dorastających w post-thatcherowskiej, smutnej jak tył lodówki Anglii, ich piosenki są nierozerwalnie złączone z tym cudownym okresem, kiedy zamiast bić się po pijaku na stadionach i w knajpach, znajdowali ujście dla najbardziej brytyjskich afektów we wspólnym pianiu, a bycie poddanym królowej po raz ostatni było całkiem fajne.

Ten krótki okres świetności brytyjskiej kultury, na który złożyła się popularność britpopu, Spice Girls, Diany, piłkarskie mistrzostwa Europy w 1996 r. oraz wygrana młodego i niespółkującego ze świniami premiera, zyskał dziejową nazwę „Cool Britania”, a jednym z jego symboli stała się gitara Noela Gallaghera z flagą Union Jacka oraz wizyta muzyka u Blaira niedługo po wygranej laburzystów.

Wybitny dziennikarz Simon Reynolds twierdził, że pusty triumfalizm wyniósł Oasis do rangi popowego fenomenu, wykorzystując pragnienie młodych dzieciaków, by frunąć w obliczu ponurej rzeczywistości, ale chyba trudno mieć o to do nich pretensje? „Live Forever” z debiutanckiej płyty Oasis „Definitely Maybe”, wydanej równo 30 lat temu, stanęła w opozycji do grunge’owego nihilizmu i wciąż nie tylko najlepiej oddaje hurraoptymistycznego ducha tamtych czasów, ale też pozostaje ulubioną piosenką Liama i paru milionów innych ckliwych gamoni.

Nie sposób przecenić moc sentymentalnego wehikułu, jaki został odpalony wraz z informacją, że po 15 latach przerwy bracia znów staną na jednej scenie, ale niewątpliwie chodzi o coś znacznie więcej niż tylko ostatni lot tatuśków, którzy w przyszłoroczne lato, zamiast wybrać się na Kanary, wcisną się w sprane tiszerty z logiem Oasis, a resztkę włosów spróbują ułożyć w jeden z britpopowych kociołków, jakie nosił na głowie Liam w latach 90.

Oasis, czyli ta historia się nie skończy dobrze

Braterskie swary to klisza stara jak świat, ale Gallagherowie wznieśli je na poziom nieznany od czasów Jakuba i Ezawa. Potrafię to zrozumieć: kiedy w roku 2009 Noel miał dość i z hukiem oraz, jak się zdawało, na amen opuścił zespół, młodszy z braci miał mniej więcej tyle lat, ile ja teraz. Dlatego wiem, że gdybyśmy ze starszym bratem mieli zespół, on oberwałby w głowę tamburynem, a ja gitarą co najmniej kilkanaście razy. Być może tak właśnie musi być, odwieczna dychotomia, jak Legia i Polonia, jak Wisła i Cracovia, a od czasów szekspirowskiego Dromia nikt nie słyszał słów: „Zrobię, co każesz, boś starszym jest bratem”.

„Biblical” to jedno z ulubionych określeń Liama, a jego potyczki z Noelem od początku istnienia zespołu można wpisać w ciąg rodowych wojen ciągnących się od Kaina i Abla. Rok po premierze debiutanckiej płyty ukazał się singiel zatytułowany „Wibbling Rivalry”. Nie zawiera ani jednej piosenki, lecz piętnastominutowy wywiad, jakiego braciszkowie udzielili reporterowi „NME”, czy raczej, jak nazwał to dziennikarz magazynu „Q”: „bezlitosny zbiór urywków z wczesnego wywiadu, który obnażył zdolność rodzeństwa do wulgarnych epifanii wewnętrznej głupoty”. 

Wówczas można go było uznać za ekscentryczną formę promocji i strategiczny element budowania własnego wizerunku, z perspektywy czasu widzimy wyłącznie profetyczną moc nagrania, na którym bracia wyznają sobie nienawiść, otwarcie opowiadają o nadużywaniu narkotyków i pijackiej szamotaninie na promie do Amsterdamu, zakończonej aresztowaniem muzyków. Wszystkich, poza Noelem. Starszy z braci wykonał telefon do menedżera zespołu, który na wieść o rozróbie zareagował w sposób sankcjonujący całą przyszłą przemoc, jaka będzie towarzyszyła relacjom braci: ucieszył się, bo wiedział, że na wieść o bójce sprzedaż biletów i płyt poszybuje jak sir Douglas Bader.

Zachwyt publiczności na ciągnące się latami wzajemne drwiny i szyderstwa, niektóre błyskotliwe (Liam jest zdaniem Noela „człowiekiem z widelcem w świecie zupy”), inne mniej (uciążliwe nazywanie Noela „ziemniakiem”), oraz fizyczne potyczki nie malała, ale te z czasem przyćmiewały muzyczne osiągnięcia Gallagherów. Bo muzyczny pik Oasis to zaledwie lata 1994-1997, kiedy nazywanie się przez nich „najlepszym zespołem świata” było egzageracją wagi muszej. Dwa razy dłużej urzędował na stanowisku premiera nawet nieszczęsny John Major. 

Jednak od 30 lat, bez względu na to, czy zespół promował nowy materiał, był w trasie czy nie istniał, nie było miesiąca, żeby bracia sobie nie docinali. Okazało się to znakomitym sposobem nie tylko na podtrzymywanie pamięci o dziedzictwie Oasis, ale stało się także barometrem fanowskich i społecznych oczekiwań.

Od 1996 r. można już było śmiało obstawiać, że ta historia się nie skończy dobrze. 10 i 11 sierpnia Oasis zagrało dwa spektakularne koncerty w Knebworth dla ćwierć miliona ludzi, jednak już tydzień później na nagraniu w ramach popularnej serii „Unplugged” dla MTV Noel śpiewał sam. Przez dwa tygodnie prób Liam pojawił się zaledwie dwa razy, tłumacząc się bólem gardła, a w dniu koncertu przyszedł pijany w tych samych ubraniach, w których chodził od kilku dni. 

Ten występ w londyńskiej Royal Festival Hall to spektakularne tour de force Noela, starszego i mniej urodziwego z braci: „Liam ma chore gardło, więc utknęliście z brzydką czwórką”, tymi słowami zaczął swój występ. Był spokojny i skupiony. Charyzmatyczny w wyciszony sposób, zupełnie inaczej niż brat. Nie był ziemniakiem. 

Okazało się, że Oasis może istnieć bez swojego frontowego bad boya, i chociaż jest to niewątpliwie istnienie zupełnie inne, łagodniejsze i zniuansowane, to odpowiada na te same potrzeby – czyli elementarny głód ładnych piosenek, a te pisał wtedy wyłącznie Noel. Pod koniec nagrania z koncertu na zbliżeniu balkonu widzimy Liama w kapeluszu, z papierosem i butelką piwa, w otoczeniu znajomych. Podobno po koncercie chciał jednak zaśpiewać choćby jeden kawałek.

Na „Wibbling Rivalry” Liam naśmiewa się z Noela, że jest abstynentem i „pieprzonym księdzem. Urodził się, żeby być księdzem”, na co starszy z braci odpowiada: „Nie, różnica jest taka, że ja nie daję się złapać”. I rzeczywiście, w późniejszych wywiadach wspominał, że z okresu 1993-1998 nie pamięta prawie nic, a kokainę zażywał codziennie, jednak zespół był dla niego priorytetem. Po raz pierwszy nie wytrzymał na samym początku, załamany amerykańską trasą i katastrofalnym koncertem w klubie The Whisky-A-Go-Go, powszechnie uznanym za najgorszy występ zespołu w historii, bez słowa udał się do San Francisco, gdzie poznana wcześniej Melissa Lim odwiodła go od pomysłu porzucenia zespołu, a Noel napisał o niej piękną piosenkę „Talk Tonight”, po czym zapomniał, kim była.

Rok później Liam odmówił wyjazdu na trasę do Stanów. W 2000 r., w połowie europejskiej trasy, Noel ponownie opuścił zespół – bez niego Oasis zagrało jedyny dotąd koncert w Warszawie dla garstki najwierniejszych fanów, podobno znakomity. Braterska relacja rozbujana w latach 90. gigantycznym sukcesem trwała aż do koncertu w Paryżu w roku 2009, przed którym Noel zdał sobie sprawę, że nie może pracować z młodszym bratem ani chwili dłużej.

Oasis oraz sympatyczna pani Peggy

Znaki pojawiały się wcześniej. Po rozpadzie zespołu bracia odpalili całkiem udane kariery solowe, wymieniali się między sobą dawnymi kolegami-muzykami z Oasis, a na żywo karmili sentymenty fanów solidnymi porcjami dorobku zespołu, którego byli jedynymi stałymi członkami od początku działalności w 1991 r. Przez cały ten czas podsycali plotki o możliwym powrocie grupy, a komunikaty rozciągały się od „nigdy” do „wkrótce”, gdyż zdaniem młodszego brata Noel jest „chciwy i kocha pieniądze”.

Noel przeistaczał się w rockowego zgryźliwego patriarchę, Liam zadbał o głos i okazało się, że potrafi nie tylko zgrabnie nosić parki, ale także pisać piosenki. Jedna z nich stała się światełkiem w tunelu dla wszystkich, którzy chcieliby powrotu Oasis. Zaliczałem się do nich nie dlatego, że w moim życiu zapanowała po rozpadzie zespołu pustka, wieczne muzyczne bezrybie, i nie umarłbym szczęśliwy, nie usłyszawszy na żywo „Live Forever”. 

Noel Gallagher z bratem Liam​​em podczas koncertu Glasgow Green Festival. Szkocja, 26 sierpnia 2000 r. // Fot. Trinity Mirror / Mirrorpix / Alamy / Be&W

Podobnie jak wielu fanów miałem dość smętnej braterskiej telenoweli o przygodach Kaina i Abla z Manchesteru, rozciągniętej do rozmiarów brazylijskiego tasiemca, pożerającego resztki godności jej bohaterów oraz cierpliwości widzów, nawet tych najmłodszych, nieopatrznie dopuszczonych do historii przez rodziców.

W całej historii Gallagherów najmocniej utożsamiałem się z ich matką, sympatyczną panią Peggy, sprzątaczką, która porzuciła męża-alkoholika, żeby chłopcy dorastali z dala od domowej przemocy. Jej marzeniem było znów zobaczyć urwisów razem na scenie i odegrała być może kluczową rolę w całym procesie, gdy zamiast „kiedy ślub?” przy każdej rodzinnej okazji pytała „kiedy powrót?”. Wszyscy ostatecznie pragnęliśmy, żeby w rodzinie Gallagherów znów zapanowała zgoda, a historia zakończyła się dokładnie tak, jak przywoływana „Komedia omyłek” Szekspira: „Wyszliśmy razem na świat jak bliźnięta, / Idźmyż jak bracia, a nie jak gąsięta”.

Sierpień był zawsze miesiącem Gallagherów: w 2019 r., w dziesiątą rocznicę rozpadu Oasis, Liam wypuścił piosenkę „One of Us” opowiadającą o rodzinie i wprost nawiązującą między innymi do „Live Forever”. W teledysku widzimy archiwalne nagrania z braćmi, syn Liama gra na bongosach, nad całością unosi się duch rzewnej refleksji, że życie mija i szkoda czasu na rodzinne rozruchy. 

Niewątpliwie był to pierwszy namacalny gest dający nadzieję na zjednoczenie. Musieliśmy na nie poczekać jeszcze pięć lat, ale o tym, że w całym czekaniu chodziło przede wszystkim o braterską zgodę, niech świadczy fakt, że po ujawnieniu terminów i miejsc pierwszych koncertów reaktywowanego Oasis nadal nie wiedzieliśmy, kto na nich tak naprawdę zagra. 27 sierpnia zobaczyliśmy zdjęcie Liama i Noela razem, oznaczające, że piekło zamarzło, a najbardziej oczekiwany muzyczny reunion XXI wieku nastąpił.

Oasis, czyli twórcy landszaftów

Lepszego momentu na powrót nie można sobie wyobrazić. Zespół nie doczekał się godnych następców, a reaktywacje Blur czy Pulp dowiodły, że na sentymencie można się solidnie obłowić. W dokumencie „Supersonic” o złotych latach zespołu zblazowany Liam w sali prób opowiada, że nie zajmuje się muzyką, bo od jej komponowania są inni. On śpiewa i dobrze wygląda. Od tamtego momentu trend się zmienił: przeważnie jest czterech, pięciu albo dwóch chłopców, którzy dobrze wyglądają, ale ktoś zapomniał o napisaniu piosenek.

Jasne, Coldplay stało się w tym roku pierwszym zespołem, który zarobił na swojej trasie miliard dolarów, ale ostatnie piosenki, które nie pożerałyby mózgu, Chris Martin nagrywał na początku stulecia. Już pod koniec pierwszej dekady XXI w. zaproszony przez niego do współpracy David Bowie odpowiedział z charakterystyczną dla siebie grzeczną flegmatycznością: „To nie jest zbyt dobra piosenka, prawda?”. Arctic Monkeys podobnie jak Oasis stali się ofiarami kompleksu amerykańskiego, który w ich przypadku przybrał rozmiary psychozy, a Kasabian po odejściu wokalisty Toma Meighana przypomina własny coverband. Smętne przypadki można by wyliczać dalej, a dla Noela wołaniem rynku o pomoc stała się popularność kiczowatego The 1975.

Oasis od lat nie są wyznacznikiem muzycznej jakości: nawet jeśli ich dwa pierwsze albumy mają status arcydzieł, to ostatecznie jest to muzyka do śpiewania przez nawalonych Angoli na stadionach i krakowskim rynku, a sam Noel nigdy nie ukrywał swoich ograniczonych możliwości twórczych. Opowiadając o autorze „Starmana” powiedział: „Żeby być Bowiem, trzeba być geniuszem. A tym nie jestem. Bowie był jak Jackson Pollock: Farba! Plask! Akcja! A na koniec wychodziło z tego coś fantastycznego, na co nikt nie mógł liczyć. Ja jestem bardziej malarzem landszaftów: tu trochę zielonego, na górze chmurka”.

Okazało się, że w ostatnim ćwierćwieczu nie pojawił się nikt, kto mógłby go przebić w pojedynku na gitarowe pejzaże, a oldschoolowa maczystowska iskra boża Liama pozostaje w cenie: 4 proc. brytyjskiej populacji próbowało zdobyć bilety na jego koncerty w Knebworth w 2022 r. W ciągu jednego dnia sprzedało się ćwierć miliona wejściówek. Ostatecznie nie chodzi o jakość, lecz o to, na jakie zapotrzebowania odpowiada powrót i jakie emocjonalne mechanizmy uruchamia – zbiorowy sentyment to jedno, ale bez żyrowania go jakością skończyłoby się na występach na festiwalu toczenia sera w Cooper’s Hill.

Trudno sobie wyobrazić zapotrzebowanie, jakie wygenerował powrót Oasis, który będą chcieli zobaczyć arabscy szejkowie, celebryci, podstarzali rockmani, ich dzieci, wnuki i kilkanaście milionów innych osób, od nieletnich fanek, katujących „Wonderwall” po rozstaniu z chłopakiem, po wyznawców wczesnych demówek, a konflikt między nimi już napędza angielskie media. Zapisując się w kolejce do losowania biletów, musimy odpowiedzieć na pytanie o pierwszego perkusistę zespołu, co raczej nie odsieje ziarna od plew.

Rynek muzyczny zmienił się drastycznie w ostatnich latach: znane zespoły, jak The Black Keys, muszą odwoływać niesprzedające się trasy, ale jednocześnie najwięksi pożerają coraz większe połacie tortu, przyzwyczajając publiczność do wywindowanych w kosmos cen biletów.

Zdobycie wejściówek na Oasis będzie wymagało kumoterstwa, nepotyzmu, oszustwa i sprzedaży rodzinnych precjozów, ale w zamian dostanie się towar deficytowy, rzadki jak charyzma u młodych wokalistów i równie zbędny, czyli dwie godziny najsolidniejszego stadionowego grania.

O ile zgadzam się z Simonem Reynoldsem, autorem znakomitej „Retromanii”, że Gallagherowie niemal uśmiercili ideę rocka jako progresywnego i eksperymentalnego gatunku, sprowadzając go do wokalnej dominanty i gitarowego budyniu, o tyle okazało się, że potrzeba zbiorowego, bombastycznego doświadczenia o charakterze akustycznym jest silniejsza niż największa braterska nienawiść. A w tej kategorii nikt nie jest od nich lepszy, rocka zaś ocaliło Radiohead. Tylko że „Creep” pozostanie hymnem introwertyków, a nie bazą sympatycznej, spontanicznej wspólnoty na świeżym powietrzu.

Angielscy bukmacherzy natychmiast zaczęli przyjmować zakłady o to, czy Gallagherowie pokłócą się znów, zanim wejdą na scenę, lub pobiją się na niej, a światowe media, nie tylko muzyczne, mogą poczuć się jak w latach 90., kiedy popkultura nie była tak rozdzierająco poprawna, nudna i grzeczna jak teraz. Wierzę, że braciszkowie dojrzeli, ale przede wszystkim łasi na czekające na nich góry złota nie wygenerują więcej żółci i kwasu niż przez ostatnie półtorej dekady. A nawet jeśli, to będę wdzięczny za podróż w czasie. 

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 38/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Oasis, reaktywacja